A.J.K.S: wykonawca, który zdefiniował wszystko

Okładka z logiem A.J.K.S

Dzisiaj na Kulturalnych Bzdurach wracamy do czasów, gdy polska alternatywa nagrywana była na mikrofony pamiętające Windowsa XP, a piwniczne studio nagraniowe nie było wcale urokliwym terminem na kameralny underground, tylko dosłownie – piwnicą. Będzie o projekcie, który może nie każdy zna, ale każdy, kto zna, pamięta go dobrze. A.J.K.S., czyli A Jezusowi Kazali Spać – nazwa, która mogłaby być tytułem albumu grindcore’owego albo pracą zaliczeniową z filozofii. A jednak pod tą nazwą kryje się twór niejednoznaczny. Twór, który zdefiniował cały mój gust muzyczny i twór, dzięki któremu jestem w stanie prowadzić Kulturalne Bzdury. Czyli, de facto, najważniejszy projekt muzyczny mojego życia.

Gimnazjalne inicjacje muzyczne

Moja historia z A.J.K.S. sięga zamierzchłych czasów gimnazjalnych – okresu, w którym człowiek zaczyna powoli wychodzić ze swojego dziecięcego kokonu i łapie pierwsze, często niezgrabne, ale bardzo emocjonalne fascynacje. Ja, jako dzieciak, bardzo szybko zacząłem interesować się muzyką – szybciej niż większość rówieśników z podstawówki, którzy słuchali po prostu tego, co akurat leciało z komórek starszych braci na osiedlowych ławkach. Nic dziwnego – dzieci do pewnego wieku traktują muzykę bardziej użytkowo niż emocjonalnie. To raczej przyjemna melodia przygrywająca w tle niż coś, co faktycznie ma dla nich większe znaczenie na poziomie osobistym.

I nie jest to przypadek. Psychologia rozwoju podpowiada, że mniej więcej w wieku 10-12 lat dzieci zaczynają świadomiej wybierać, czego słuchają, a wczesna adolescencja – czyli właśnie okres końca podstawówki i początku gimnazjum – to czas, kiedy zaczyna się budować muzyczna tożsamość. To wtedy u dzieci zaczyna wyraźnie rosnąć poziom tzw. muzykalności funkcjonalnej – czyli umiejętności odbioru, przetwarzania i emocjonalnego reagowania na muzykę w bardziej złożony sposób. To nie jest już tylko nucenie melodii z bajek czy dziecięcych piosenek, ale budowanie własnej tożsamości muzycznej – wybieranie gatunków, identyfikowanie się z subkulturami, szukanie muzyki, która „mówi do mnie”. Muzyka przestaje być tylko czymś, co leci w tle, a staje się elementem określającym przynależność do grupy, sposobem na wyrażanie emocji i poszukiwanie własnego „ja”.

Gdy poszedłem do gimnazjum, spotkałem ludzi, którzy – tak jak ja – już wtedy traktowali muzykę jak coś więcej niż tylko dźwięki lecące w tle. Wtedy okazało się, że moje muzyczne horyzonty będą się musiały rozszerzyć. Dzięki nim, wychowany na metalu, zacząłem słuchać też punku i rapu, bo to właśnie te dwa nurty najmocniej pulsowały w szkolnych korytarzach i na przystankach.

Metal, rap, punk – trzy muzyczne plemiona

Wychowany na metalu, bardzo szybko poznałem kilku metalowców. Ale obok nich byli punkowcy, a jeszcze kawałek dalej – ekipa rapowa. I nie mówię tu o niedzielnych słuchaczach, a o osobach, które miały obszerną i nieadekwatną do wieku wiedzę na tematy muzyczne. Każda z tych grup miała swój własny kodeks muzyczny i każda szczerze gardziła pozostałymi. Metalowcy uważali punk za muzykę prostą i prymitywną, punkowcy widzieli w metalu tylko brud i smród, a obie te ekipy nie znosiły rapu, który z kolei patrzył na nich jak na relikt zamierzchłej epoki. I tak, krążąc między nimi, sam zacząłem z ciekawości sięgać po rzeczy spoza mojego metalowego grajdołka – trochę punku, trochę rapu, szukając czegoś, co połączyłoby te wszystkie światy w jedno.

A.J.K.S – muzyczna chimera

I właśnie wtedy wpadłem na A.J.K.S., czyli A Jezusowi Kazali Spać – projekt, który w tamtym momencie brzmiał jak coś sklejonego z moich wszystkich muzycznych fascynacji, ale zamiast ładnych szwów, miał widoczne zszywki, poszarpane brzegi i całą masę brudu. Już sama nazwa przyciągała – brzmi jak tytuł obrazka z demotów, jak hasło z anarchistycznej ulotki albo graffiti na ścianie squatu. Ale muzyka? To była mieszanka, która nie miała prawa działać, a jednak działała. Metalowa bezkompromisowość spotykała się tam z punkową surowością i rapowym wokalem, który raz był klasycznym rapowaniem, raz wrzaskiem, a czasem melodyjnym, choć kanciastym śpiewem. Tak na marginesie, każdemu z trzech obozów pokazywałem ten projekt, jednak punkowcy uznali, że jest asłuchalny, bo zbyt rapowy; metalowcy uznali, że jest asłuchalny, bo zbyt punkowy i rapowy; słuchacze rapu uznali, że zbyt punkowy/metalowy…

Przejdźmy jednak do sedna sprawy – bo A.J.K.S. lirycznie czerpał pełnymi garściami z punku, ale robił to w formie bardziej przypominającej rapowe strumienie myśli, niż klasyczne punkowe „piosenki”. Metal nigdy nie słynął z dobrej liryki – jeśli ktoś sięgnie po teksty klasyków death metalu, dostanie co najwyżej zestaw klisz o śmierci, krwi i szatanie, podane w formie, która nie wychodziła poza podstawowe rymowanki. Punk był w tej kwestii bardziej świadomy, teksty były ważniejsze, ale wciąż osadzone w piosenkowych ramach. Rap natomiast – wywodzący się z poezji śpiewanej – pozwalał na dużo szerszą narrację i bardziej literacką formę. I właśnie A.J.K.S. wziął tę formę i zapełnił ją treścią, którą bardziej kojarzylibyśmy z polskim punkiem – bezkompromisową, społeczną, antyreligijną, brudną, nawołującą do rewolucji. Brzmiało to trochę tak, jakby typowy blokers dorwał się do płyty Analogsów i postanowił nagrać coś w tych klimatach. Poniżej przykładowy fragment tekstu, aby lepiej to sobie zobrazować.

Przez lata tylko krzyk, to straszne że mnie rozumiesz
Czasem trzeba się bić, bo zapakują nas do trumien
I nie usłyszy nikt, staniem się tylko szumem
Potrzeba krwi, techniki zarządzania tłumem
Momenty zaklęte w skompresowanym dźwięku
Życie staję się lekkie, kiedy już nie odczuwasz już lęku
Kiedyś plujesz w ryj pięknu i zaczynasz rewolucję
Władca trzyma bat w ręku, A Ty rękę mu utniesz!

A.J.K.S – Transfer9

Metalowe korzenie, punkowe gałęzie, rapowe owoce

Brzmienie A.J.K.S. to osobna historia – pierwsze nagrania brzmiały jak zarejestrowane na mikrofonie za 20 zł z Allegro, w pokoju z kablem przewieszonym przez kaloryfer albo w wilgotnej piwnicy bloku o PRL-owskiej architekturze. Szum, trzaski, brak popfiltra – wszystko to sprawiało, że wokal brzmiał tak, jakby ktoś darł się prosto do ucha z drugiego końca kanału wentylacyjnego. Dykcja? Beznadziejna. Wokal? Często bardziej przypominał brudne deklamacje albo charkotliwy krzyk, niż klasyczny rap czy śpiew. A mimo to – albo właśnie dlatego – było w tym coś szczerego, surowego i bezpośredniego.

Z biegiem lat brzmienie A.J.K.S. ewoluowało, ale nigdy nie straciło swojej chropowatości. Produkcja stała się bardziej przejrzysta, ale nigdy nie ugrzeczniona. Bity stały się bardziej selektywne, ale nie straciły tego industrialno-piwnicznego brudu. Nadal było w tym słychać DIY w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa – nagrania nie brzmiały jak zrobione w profesjonalnym studio, ale też nigdy nie miały brzmieć w ten sposób. Ten lo-fi sznyt stał się integralną częścią klimatu A.J.K.S. – nie był to zabieg estetyczny na siłę, ale naturalny efekt podejścia, w którym najważniejsza była treść, a nie to, jak ładnie jest podana.

Instrumentalnie A.J.K.S. żonglował (i dalej żongluje, ale to wspominki, więc pozwólcie na ten czas przeszły) elementami metalu, punku i rapu w sposób, który nie miał prawa działać, a jednak działał. Metalowa perkusja, blast beaty i agresywne riffy spotykały się z surowością punkowych akordów i hip-hopowymi samplami. Bas często bujał jak w klasycznym boom-bapie, ale zarazem brzmiał jak wyrwany z jakiegoś sludge’owego bagna. Wiele utworów miało strukturę, którą trudno było jednoznacznie przypisać do konkretnego gatunku – czasem był to rap na sterydach, czasem brzmiało to jak hardcore punk na hip-hopowym bicie, a czasem po prostu jak black/death metal. W gruncie rzeczy chodzi tu o to, że podczas odsłuchu albumu nigdy nie można było mieć pewności co do brzmienia nadchodzącego kawałka.

Jak A.J.K.S otworzył mi oczy

To właśnie A.J.K.S. otworzył mi oczy na to, że muzyka nie musi być zamknięta w ścisłych ramach gatunkowych. Był to projekt, który pokazał mi, że można łączyć style, które powszechnie uważane są za wzajemnie wykluczające się. Metal, punk i rap to trzy muzyczne plemiona, które w czasach mojego gimnazjum stały na wojennej ścieżce. Każde z nich uważało się za lepsze, każde odrzucało pozostałe jako gorsze i mniej autentyczne. A.J.K.S. był jak dowód na to, że te podziały są sztuczne, a muzyka nie zna granic.

Dzięki temu projektowi zrozumiałem, że zamykanie się w jednej subkulturze i pozwalanie, by jeden gatunek definiował całą moją osobowość, to droga donikąd. Dziś mogę jednego dnia słuchać psychodelicznego trance’u, drugiego dnia agresywnego metalowego łupania, trzeciego dnia amerykańskiego preriowego country, a potem siąść do pisania artykułu o ulubionym zespole space-popowym. I nie czuję potrzeby tłumaczenia się z tych wyborów. Muzyka to przestrzeń wolności, a nie wyścig lojalności wobec konkretnego gatunku.

A.J.K.S. to nie tylko projekt muzyczny, ale dla mnie również symbol tego, że muzyka nie ma jednolitych barier. To mieszanka, która nauczyła mnie, że nie trzeba wybierać między jednym a drugim, nie trzeba ograniczać się do etykiet. I chyba właśnie dlatego A.J.K.S. zostanie ze mną na zawsze – jako przypomnienie, że muzyka ma sens wtedy, gdy nie pozwalamy jej zamknąć nas w szufladkach.

Przemyślenia po latach

A.J.K.S. to projekt, który odcisnął na mnie piętno i którego twórczość wraca do mnie co jakiś czas – niezależnie od tego, w jakim punkcie muzycznym czy życiowym aktualnie się znajduję. To, co kiedyś wydawało mi się brutalnym wylewem emocji, teraz czytam bardziej jako świadomą dekonstrukcję rzeczywistości, w której dorastałem. Nadal słucham A.J.K.S., ale inaczej – kiedyś traktowałem te teksty niemal dosłownie, teraz bardziej jako komentarz do tego, jak ludzie odbierają świat, jak się w nim gubią i jak próbują się z niego wydostać.

I mimo że projekt wciąż działa i wydaje kolejne płyty, to ja patrzę na niego już z innej perspektywy. Kiedyś był dla mnie jak brutalna prawda wykrzyczana w twarz, teraz bardziej jak zapis pewnego etapu w życiu – nie tylko moim, ale całego pokolenia, które dorastało w tej samej rzeczywistości. Może to kwestia dorastania, może dystansu, ale coraz bardziej widzę w tej muzyce coś więcej niż tylko gniew i frustrację. Widzę w niej historię.

A.J.K.S. nauczył mnie czegoś, co pozwala mi Kulturalne Bzdury prowadzić – że gatunki muzyczne nie powinny być klatką, a muzyka to nie tożsamość, którą trzeba sobie przypisać raz na zawsze. Kiedyś wierzyłem w podziały między subkulturami, dziś słucham tego, co do mnie przemawia, niezależnie od etykietki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *