
Assassin’s Creed to seria gier, która od lat funkcjonuje na styku historii i fikcji. Ubisoft sprzedaje ją jako podróż w czasie, pełną pieczołowicie odtworzonych miast, postaci i wydarzeń, ale nigdy nie była to gra historyczna w ścisłym tego słowa znaczeniu. To raczej fantazja osadzona w przeszłości, gdzie asasyni skaczą po dachach renesansowej Florencji, walczą z Templariuszami w czasach rewolucji francuskiej czy przemierzają antyczny Egipt, rozmawiając z Kleopatrą.
Mimo tego, w związku z zapowiedzią najnowszej odsłony serii – Assassin’s Creed Shadows, której akcja rozgrywa się w XVI-wiecznej Japonii – niespodziewanie rozgorzała debata o historycznej poprawności. Powód? Jednym z głównych bohaterów gry jest Yasuke – postać historyczna, ale jednocześnie otoczona aurą tajemnicy. Był sługą Ody Nobunagi afrykańskiego pochodzenia, ale historyczne źródła na jego temat są skąpe i często się wykluczają. Dla wielu osób sam fakt, że Ubisoft uczynił go protagonistą gry, stał się powodem do oburzenia i oskarżeń o „fałszowanie historii” czy „wpychanie agendy do gier”.
Zjawisko to jednak wydaje się symptomatyczne. Przez lata mało kto przejmował się tym, że Assassin’s Creed regularnie naginał fakty. Teraz jednak historyczna zgodność nagle stała się kluczowa – ale tylko dla tych, którym nie pasuje do światopoglądu.
Czarnoskóry samuraj i kobieta ninja
W Assassin’s Creed Shadows gracze wcielą się w dwie grywalne postacie: Naoe, japońską shinobi, oraz Yasuke, afrykańskiego samuraja. Ta dwójka przedstawia dwa różne style rozgrywki – Naoe działa z ukrycia, stosując klasyczne techniki asasynów, a Yasuke polega na sile i otwartej walce. Gdyby Shadows było kolejną odsłoną Assassin’s Creed jak każda inna, pewnie nie wzbudziłoby większych kontrowersji, ale tym razem pojawiły się oskarżenia o „wpychanie agendy”, „niezgodność z historią” i „zachodnią propagandę”.
Najwięcej emocji budzi postać Yasuke. Faktycznie istniał i służył u Ody Nobunagi, ale jego historia jest dość enigmatyczna – nie wiadomo, jak długo walczył, czy miał status samuraja w pełnym tego słowa znaczeniu, ani co się z nim stało po śmierci Nobunagi. To wystarczyło, by niektórzy gracze uznali go za postać „za mało japońską”, co w ich oczach czyni go niewłaściwym protagonistą. Zarzuty? „Nigdy nie był prawdziwym samurajem”, „Japończycy nigdy by go nie zaakceptowali” i oczywiście klasyczne „to zachodnie wymysły, żeby dogodzić lewicowej ideologii”.
Naoe, mimo że jest Japonką, również wzbudziła kontrowersje – bo jak to, kobieta ninja? Krytycy szybko zapomnieli, że historyczne kunoichi faktycznie istniały i były szkolone w szpiegostwie, trucicielstwie i dywersji. Nie przeszkadzało to jednak w oskarżaniu Ubisoftu o „forsowanie feministycznej propagandy”.
Historia jest ważna, ale tylko wtedy, kiedy mi pasuje
Kiedy Assassin’s Creed Shadows zostało zapowiedziane, można było przewidzieć, że wywoła pewne kontrowersje. Każda gra, w której nie gra się białym heteroseksualnym mężczyzną tak kończy. Czego jednak nie można było przewidzieć, to skala absurdu, jaki wylał się na grę jeszcze przed jej premierą. Oskarżenia o „przepisywanie historii”, „wpychanie ideologii” i „niszczenie japońskiej kultury” pojawiły się szybciej, niż Ubisoft zdążył cokolwiek sensownego o samej grze powiedzieć. Problem w tym, że te zarzuty nie tylko są bezpodstawne – one pokazują, jak bardzo selektywnie gracze traktują historię.
Pierwszy zarzut to „fałszowanie historii”. Brzmi poważnie, ale to klasyczny przykład wybiórczej pamięci. Każda odsłona serii Assassin’s Creed od samego początku była fikcją inspirowaną historycznymi wydarzeniami. Nikt nie protestował, gdy Ezio Auditore zmyślnie manipulował przebiegiem renesansu, gdy Bayek z Origins walczył z pseudo-magikami, czy gdy Edward Kenway praktycznie samodzielnie kierował losami piractwa na Karaibach. Ale nagle, gdy pojawia się Shadows, to historia staje się świętością, której nie wolno naruszać?
Co zabawniejsze, Shadows jest jedną z najbardziej wiernych historycznie części serii. Nie tylko odwzorowuje realia okresu Sengoku z większą dbałością niż poprzednie odsłony, ale też nie romantyzuje samurajów jako szlachetnych wojowników o czystych sercach. Oda Nobunaga nie jest wybielony, buddyjskie sekty nie są przedstawione jako niewinne ofiary, a brutalność epoki jest ukazana bez cenzury. I właśnie to boli wielu graczy – że rzeczywistość nie pasuje do ich romantycznych wyobrażeń o Japonii.

Bushido i inne romantyczne iluzje
Jednym z kluczowych zarzutów wobec gry jest fakt, że Yasuke – główny bohater – bierze udział w niszczeniu świątyń i zabijaniu mnichów. „Prawdziwy samuraj nigdy by tego nie zrobił! Samurajowie mieli kodeks bushido!” – krzyczą komentatorzy na forach. Problem w tym, że prawdziwi samurajowie robili dokładnie to.
Kodeks bushido nie był niezmienną, świętą doktryną przestrzeganą przez wszystkich samurajów. Często był kształtowany i interpretowany według potrzeb pana. Oda Nobunaga, pod którego rządami służył Yasuke, zasłynął ze swojej brutalności, a jego samurajowie dopuścili się niezliczonych okrucieństw w czasie wojny. Spalili Enryaku-ji na górze Hiei, mordując tysiące mnichów, kobiet i dzieci. Podczas oblężenia Nagashimy Nobunaga rozkazał swoim żołnierzom podpalić ufortyfikowane świątynie, paląc żywcem dziesiątki tysięcy wojowników ikkō-ikki i cywilów. Jego kampanie charakteryzowały się masakrami, grabieżami i niszczeniem miejsc kultu, ponieważ postrzegał grupy buddyjskie jako zagrożenie polityczne, a nie święte instytucje. W tym kontekście niszczenie ołtarzy i zabijanie mnichów przez Yasuke nie jest jakąś dziką fantazją i jest całkowicie zgodne z rodzajem wojny, jaką prowadził Nobunaga. Samurajów nie wiązał niezmienny kodeks moralny; postępowali zgodnie z wolą swego pana. Bushido jako sztywny system etyczny był idealizowany w czasach pokoju. Samurajowie byli brutalnymi najemnikami, którzy służyli swojemu daimyo, a nie abstrakcyjnemu kodeksowi honorowemu. W japonii ery Sengoku przetrwanie i lojalność były o wiele ważniejsze niż honor. Nie jestem pewien, ale myślę, że to może być pierwsza gra o samurajach, która ma jaja na tyle duże, by nie romantyzować ślepo samurajów i pokazuje, jak ponura była ta rzeczywistość.
Ale Yasuke był wasalem, a nie samurajem!
I co z tego? Poprzednie odsłony się z takim odbiorem nie spotkały. Amerykańskiej rewolucji nie wygrał przecież samotnie indianin zabójca, który w ogóle nie powinien być w to zamieszany. A jednak Connor z trzeciej części w jakiś sposób w pojedynkę odwrócił losy wojny, mimo że w rzeczywistości udział indiańskich rdzennych Amerykanów był minimalny. Nie zapominajmy o drugiej odsłonie, gdzie papież dosłownie okazał się być templariuszem z supermocami. Historyczna dokładność nigdy nie była mocną stroną tej serii, a teraz, gdy czarnoskóry mężczyzna jest przedstawiany jako samuraj, nagle staje się to NAJWAŻNIEJSZYM ASPEKTEM dla wszystkich?

Lewacka propaganda Assassin’s Creed – homoseksualizm i kobieta sumo
Nowemu Asasynowi oberwało się także za to, że obaj grywalni protagoniści mogą wchodzić w erotyczne/romantyczne relacje z osobami tej samej płci. Gracze stwierdzili zatem, że zrobienie z czarnego samuraja homoseksualisty to typowa korporacyjna usilna inkluzywność i progresywność. I tak, jest to zachowanie inkluzywne, jednak trzeba wziąć pod uwagę fakt, że Yasuke wcale homoseksualistą nie jest. To gracz ma zapędy homoseksualne, bo gra daje mu WYBÓR. W trakcie gry to gracz wybiera z kim chce romansować, a lista kandydatów wykracza poza stricte homoerotyczne skłonności. Gracz dosłownie sam decyduje o seksualności swojej postaci. Zabawne, jak rzadko widzę ten argument przeciwko Naoe, grywalnej protagonistce. Co, homoseksualizm między dwoma mężczyznami jest lewacki, ale dwie lesbijki są przyjemne do oglądania?
Innym argumentem przeciwko AC jest postać poboczna – Yaya – którą część graczy błędnie określiła mianem „kobiety sumo” tylko dlatego, że jest przy kości. Stąd narodził się kolejny „dowód” na rzekome zakłamanie historyczne, bo przecież kobiety nie mogły brać udziału w walkach sumo… Problem w tym, że Yaya wcale nie jest zawodniczką sumo. Czy naprawdę uważasz, że każda japońska kobieta o większej posturze automatycznie musi być sumotorką? Yaya to mieszanka onna-musha i bikuni, czyli wojowniczki i buddyjskiej mniszki. Niektóre z nich, podobnie jak sohei (wojowniczy mnich), były szkolone w sztukach walki i rzeczywiście uczestniczyły w walce oraz samoobronie – choć rzadko.
Co więcej, nawet jeśli możesz ją zwerbować jako towarzyszkę, jej podejście do walki jest zupełnym przeciwieństwem tego, za co jest ona krytykowana. Tak, jest wyszkolona w sztukach walki, ale w duchu prawdziwej bikuni – jest zasadniczo pacyfistką. Nieustannie próbuje odwieść cię od niepotrzebnego rozlewu krwi i sięga po broń wyłącznie w ostateczności. Nie jest wojowniczką szukającą starcia, a jej umiejętności nie służą do gloryfikowania wojny.
To, że postać potrafi walczyć, nie oznacza, że gra promuje współczesne ideologie. Historia pełna jest zniuansowanych postaci takich jak ona – ale trudno o tym wiedzieć, jeśli cała twoja wiedza o Japonii pochodzi z anime i Reddita.

Sztuka wybiórczego oburzenia
Dawniej „woke” oznaczało świadomość społeczną i krytyczne spojrzenie na nierówności. Dziś to słowo straciło jakiekolwiek konkretne znaczenie i stało się bojowym okrzykiem internetowych wojowników walczących z… no właśnie, czym? Cokolwiek nie pasuje do ich światopoglądu – od bohaterki kobiety, przez postać LGBT+, po czarnoskórego samuraja – zostaje natychmiast ochrzczone jako „woke propaganda”. Nie ma znaczenia, czy coś ma podstawy historyczne, fabularne, czy czysto artystyczne – jeśli w grze pojawi się choćby cień różnorodności, natychmiast uznawane jest za polityczną agitację.
Ale gracze zaczęli się tym męczyć. Po latach wrzasków o „wpychanie ideologii” to słowo straciło impakt, a każda nowa gra natychmiast obrywała tym samym, wyświechtanym zarzutem. W odpowiedzi anty-woke krucjata zaczęła kombinować, jak atakować „podejrzane” produkcje bez używania tego magicznego terminu. W przypadku Assassin’s Creed Shadows wymyślono więc nową strategię: „To nie o woke chodzi! To o historyczną zgodność!”.
Tak, ta sama społeczność, która przez lata beztrosko akceptowała laserowe jabłka Edenu, papieży rzucających ognistymi kulami i Steve’a Jobsa jako templariusza, nagle poczuła się głęboko zraniona w swoim historycznym sercu.

Dlaczego większość z oskarżeń wobec Assassin’s Creed jest fałszywa?
Cała ta nagonka na Assassin’s Creed Shadows opiera się na oskarżeniach, które w większości nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości. Przykłady? Gra miała rzekomo zawierać kobietę sumo, a kobiety nie mogły brać udziału w tej sztuce walki – nie zawiera. Yasuke, czarnoskóry samuraj, miał być homoseksualistą – nie jest. Samurajowie mieli być przedstawieni jako nieludzcy i okrutni, co miałoby być brakiem szacunku dla japońskiej historii – a przecież to właśnie historyczna prawda, bo samurajowie nie byli honorowymi wojownikami ze starego kina samurajskiego lub anime, tylko elitą wojskową i najemnikami, którym nie przeszkadzało dokonywanie bestialskich czynów w imię swojego pana.
Dlaczego więc te zarzuty w ogóle powstały? Bo osoby je wysuwające wcale nie mają problemu z „historyczną poprawnością” czy „szacunkiem dla kultury”. Po prostu nie chcą otwarcie przyznać, że ich jedynym realnym zarzutem jest istnienie czarnoskórej czy kobiecej postaci. Zamiast tego gorączkowo szukają czegokolwiek, co dałoby im pretekst do oburzenia i pozwoliło ukryć ich prawdziwe motywacje. W efekcie powstają absurdalne argumenty o rzeczach, które w grze w ogóle nie istnieją.
Najbardziej smutne w tym wszystkim jest to, że ta histeria nie ma żadnego przełożenia na rzeczywisty odbiór gry. Fora dyskusyjne na Steamie są zalewane setkami postów „anty-woke” wojowników, ale kiedy spojrzymy na tej samej platformie na recenzje od faktycznych graczy – do której napisania wymogiem jest kupienie gry i zagranie w nią – okazuje się, że Assassin’s Creed Shadows ma aż 81% pozytywnych ocen. Innymi słowy, gra zbiera fatalne oceny na wszystkich portalach, na których każdy może oceny dodawać; noty są natomiast świetne wszędzie tam, gdzie portal wymaga, aby gracz rzeczywiście zagrał w grę przed ocenieniem jej. To mówi samo za siebie. Ci ludzie nigdy nie mieli zamiaru tej gry kupić, nigdy nie mieli zamiaru w nią zagrać – ich cała „krucjata” to po prostu bezsensowna obsesja, która z jakiegoś powodu stała się ich jedynym sposobem na wyrażanie siebie. Aż trochę mi ich szkoda.
Jak NAPRAWDĘ gra się w Assassin’s Creed Shadows? (krótka recenzja)
Może i was zaskoczę, ale od lat jestem jednym z największych krytyków serii Assassin’s Creed. W moich oczach ostatnią dobrą odsłoną była trójka, a potem wszystko zaczęło się sypać. Ubisoft stopniowo przekształcał tę serię z klimatycznych i widowiskowych gier akcji w coraz bardziej rozdmuchane, rozwodnione RPG-akcje, które zamiast wciągać, bardziej męczyły. Do tego dochodzi podejście samego Ubisoftu jako korporacji – firma, która gardzi graczami i traktuje gry nie jako sztukę, ale jako szybkie, masowe „zabieracze czasu”, które ludzie łykają jak pelikany.
A jednak – Assassin’s Creed Shadows to duży krok w dobrym kierunku.
Największym problemem nowożytnych odsłon serii było to, że walka była… nudna. Tymczasem Shadows w końcu oferuje system walki, który jest angażujący. Ciosy mają wagę, starcia są dynamiczne, a walka w zwarciu różni się w zależności od postaci – Yasuke to siła, Naoe to precyzja. Ale największy szok? Skradanie się jest naprawdę fajne. Po raz pierwszy w historii tej serii czułem, że skradam się, bo chcę, a nie dlatego, że rodzaj misji mnie do tego zmusza. Mechaniki skradania działają płynnie, światło i cień mają znaczenie, a AI przeciwników nie jest aż tak beznadziejne jak w poprzednich częściach.
Ubisoft czasem ma przebłyski geniuszu w warstwie audiowizualnej, ale tu przeszli samych siebie. Soundtrack Shadows to genialne połączenie tradycyjnych japońskich instrumentów z basowymi dropami, co na papierze brzmi jak porażka, ale w praktyce… to działa. I to działa świetnie. Muzyka idealnie podkreśla zarówno momenty akcji, jak i eksploracji.
Jednym z najbardziej irytujących elementów starszych odsłon było to, jak postać nie chciała pokonać tej jednej, małej przeszkody, bo silnik gry uznał, że lepiej, żebym zatrzymał się i przemyślał swoje życie (albo chociaż spowolnił, bo przecież przeskoczenie z dachu na drugi dach nie może być szybkie). Stanowiło to dla mnie element nie do przyjęcia, bo od zawsze głównym aspektem serii był parkour. W Shadows ten problem w końcu zniknął. Animacje są płynne, parkour jest szybki, a świat zaprojektowano tak, by eksploracja miała sens.
Od czasów Origins Ubisoft próbował nas przekonać, że „eksploracja” oznacza zbieranie pierdół rozsianych po mapie. Problem osiągnął swoją szczytową formę w Assasin’s Creed Valhalla, gdzie trzeba było te znajdźki zbierać, żeby grywalna postać nie była bezużyteczna. Shadows wycofuje się z tego idiotycznego systemu. Owszem, znajdźki dalej istnieją, ale jest ich zdecydowanie mniej, dają lepsze nagrody i są zdecydowanie ciekawsze. Dzięki temu eksploracja świata wreszcie jest czymś więcej niż tylko obowiązkiem. Po raz pierwszy od bardzo dawna zwiedzałem, bo chciałem i byłem ciekawy czym jest ten znacznik na mapie, a nie dlatego, że czułem się zmuszony do bezsensownego zbierania śmieci.