Brzydkie słowa, ładny język. O przeklinaniu w polskich filmach i nie tylko

Kadr z filmu "Symetria" (2003)
Kadr z filmu „Symetria” (2003)

„Nie oglądam polskich filmów, bo tam tylko klną” – to zarzut, który słyszałem wiele razy – od znajomych, w komentarzach w internecie, a czasem nawet od nauczycieli od polskiego, którzy próbowali przemycić nam Wajdę, ale bali się Pasikowskiego. Mówią to z jakąś dziwną mieszaniną zażenowania i wyższości, jakby przekleństwo było automatycznie synonimem estetycznej porażki i prostactwa. Jakby „kurwa” wymawiane z odpowiednią intensywnością i intonacją nie potrafiło znaczyć więcej niż pół dialogu zmarłego Bergmana. Jakby język polski był zbyt cenny, by go brudzić.

I może właśnie tu zaczyna się problem, bo język to nie jest czysta karta. To nie jest sterylny system, który działa tylko w swojej najpiękniejszej wersji. Język żyje – i to żyje intensywniej właśnie tam, gdzie się drze, gdzie wypluwa się z niego ból, gdzie pęka rytm i pojawia się rynsztok. A przekleństwa, choć obłożone społeczną pogardą, są jego najbardziej wyrazistym narzędziem. Jego ostrzem.

Złudna elegancja PRL-u

Kiedy ktoś mówi, że „kiedyś polskie filmy były lepsze, bo mniej wulgarne”, ma zazwyczaj na myśli kino PRL-u – moralnego niepokoju, niedopowiedzeń, subtelnych aluzji, cenzuralnych metafor. I owszem, były mniej wulgarne. Ale nie dlatego, że ludzie wtedy nie przeklinali. Raczej dlatego, że nie mogli. Cenzura, autocenzura, ograniczenia formalne i niepisane zasady „dobrego smaku” skutecznie temperowały język filmowy. Ale czy naprawdę chcemy dziś mitologizować tamtą powściągliwość?

Po transformacji ustrojowej kino polskie zaczęło mówić innym językiem – brutalnym, dosadnym, prawdziwym. Ustawa o radiofonii i telewizji z 1992 roku określiła nowe zasady obecności przemocy i wulgaryzmów w mediach, ale też otworzyła przestrzeń do eksplorowania tematów, które wcześniej były zamiecione pod dywan. Nareszcie można było mówić „kurwa” w pełnym znaczeniu tego słowa. Można było pokazać świat takim, jakim naprawdę jest – nie tylko tym z perspektywy inteligenckiej kawiarenki, ale również z dołu, z kanału, z celi.

Symetria przeklinania

Jednym z filmów, który najlepiej obrazuje potrzebę językowej brutalności, jest Symetria Konrada Niewolskiego. To nie jest film, który można by zrozumieć bez przekleństw – one nie są tu dodatkiem, nie są próbą podkręcenia realizmu. One są tym realizmem. Przekleństwa w Symetrii są elementem scenografii: dokładnie tak, jak kraty, jarzeniówki, zimna ceramika kibla – są integralne z rzeczywistością więzienną. Język w celi nie służy tylko komunikacji, bo jest jak rytuał inicjacyjny. Przekleństwa wyznaczają granice wspólnoty, przynależności, siły i strachu. Żaden „normalny” język tu nie przetrwa. Gładkie formułki są w tym świecie równie martwe, co regulamin aresztu.

Weźmy jedną z najmocniejszych scen, gdy do celi trafia pedofil:

Strażnik: Mam dla was nowego.
Albert: Kogo?
Strażnik: Lubi dzieci.
Albert: Wiedział, gdzie go wrzucić.
(Do celi wchodzi pedofil.)
Kosior: No, uwal się, kurwa, na pizdę i nawet nie mruknij!

To nie jest „dialog” w klasycznym sensie, a werbalna egzekucja, język jako narzędzie dominacji. Przekleństwo nie służy tu wzmocnieniu przekazu. Ono jest przekazem. Zdanie Kosiora to nie prośba, to rozkaz; nie ostrzeżenie, a wyrok. Proste zdanie, które zwiastuje, jak będzie wyglądało życie pedofila w tym więzieniu. Każde słowo kaleczy przestrzeń. I nie da się tego „ocenzurować” bez zabicia sensu.

Albo inna scena, w której jeden z osadzonych konfrontuje nowego więźnia z oskarżeniami o bycie konfidentem:

Dostaliśmy grypsa od Miętusa! Że się rozprułeś i chłopaków posprzedawałeś! Że jesteś frajer z wolności! Chuj ci w dupę, nygusie!

To język niepodrabialny. Zbudowany z rynsztokowych inwektyw, ale mający precyzję prokuratorskiego aktu oskarżenia. Nie ma tu miejsca na synonimy. Nie ma miejsca na eufemizmy. Gdyby to powiedzieć „ładnie”, sens by zniknął. To, co szokuje, to spójność przekleństw z etyką miejsca, z logiką, w której język jest przedłużeniem przemocy.

Symetria to film, który nie udaje ani pod względem treści, ani formy językowej. Jest brudny, tak jak brudne są realia polskiego systemu penitencjarnego. A język, który opisuje brud, nie może być czysty.

Wulgaryzm jako gest językowej ekspresji

Można by się zapytać – dlaczego przeklinamy? I dlaczego kino, które chce być uczciwe wobec rzeczywistości, powinno przeklinać razem z nami?

Przekleństwa nie są – wbrew pozorom – wyrazem słabości językowej. Wręcz przeciwnie. Język polski ma jedną z najbardziej rozbudowanych palet przekleństw na świecie – nie tylko pod względem liczby słów, ale przede wszystkim ich elastyczności składniowej. „Kurwa”, zależnie od odmiany i intonacji, może być czasownikiem, przymiotnikiem, rzeczownikiem, wykrzyknikiem, znakiem interpunkcyjnym, a czasem całym zdaniem.

Co ty, kurwa, odpierdalasz?

To przecież zdanie kompletne, złożone, dynamiczne. I choć zawiera tylko jedno pełnoprawne „normalne” słowo, niesie ogrom ładunku emocjonalnego: niezrozumienie, groźbę, frustrację, ironię, być może opiekę, jeśli wypowiada je ktoś bliski. Przekleństwo staje się językiem emocji, a nie braku elokwencji. Gdy ktoś mówi: „Nie lubię tych filmów, bo tam tylko klną”, ja słyszę raczej: „Nie chcę słyszeć, jak wygląda rzeczywistość poza moją bańką.” Bo przekleństwo – zwłaszcza w kinie – ma funkcję odbrązawiającą. Obnaża konwenans, rujnuje estetyzację, przywraca językowi jego pierwotną funkcję: kontakt z tym, co dzieje się naprawdę.

Czyste napisy, brudne dialogi

Problem polega też na tym, że nie jesteśmy uczciwi wobec tego, co oglądamy. Widzowie, którzy narzekają na wulgarność polskiego kina, rzadko zauważają, że amerykańskie czy francuskie filmy są często równie, jeśli nie bardziej, nasączone przekleństwami. Tyle że tłumaczenia je zmiękczają. „Fuck” staje się „cholera”, „shit” – „kurczę”, „bitch” – „zołza”, a „asshole” – „ty gnojku”. W wersji lektorskiej dodatkowo rozmazuje to intonacja lektora, który często czyta jakby opowiadał o ciśnieniu atmosferycznym.

Efekt? Oglądamy brutalny dramat więzienny albo gangsterską jatkę, słyszymy wyrazy, które po polsku nie znaczą nic poza lekką irytacją, i… czujemy się bezpiecznie. Kultura audiowizualna staje się dla nas czymś wygodnie ugładzonym, a kontakt z oryginałem – jeśli w ogóle następuje – budzi niepokój. Bo nagle okazuje się, że kino nie jest grzeczne, że postacie nie są wyważone, że emocje nie są filtrowane przez warstwy autocenzury. Polskie kino jest zwyczajnie uczciwsze. Nie ma bufora tłumaczenia. Nie da się w Symetrii czy Psach wyciąć „kurwy” i zostawić jej sensu.

Brzydkie słowa jako estetyka prawdy

To nie tylko sprawa realizmu. Przekleństwa w polskich filmach – tych najlepszych, najbardziej bolesnych – pełnią funkcję estetyczną, ale estetyczną w znaczeniu głębszym niż „ładność”. Są zapisem stanu psychicznego. Świadectwem odarcia z formy. Dowodem, że rzeczy dzieją się naprawdę.

W Symetrii ta estetyka działa na kilku poziomach. Po pierwsze, buduje świat zamknięty – hermetyczny, brutalny, odrębny od codzienności widza. Po drugie, przekształca język w broń przetrwania – kto nie potrafi przeklinać, ten nie potrafi się obronić. Ale po trzecie – i to najważniejsze – pokazuje przejście głównego bohatera z porządku języka „normalnego” do języka „celowego”.

Na początku, Łukasz (protagonista) mówi mało. Gdy już się odzywa, używa zwykłych słów. Jest z zewnątrz. Ale z czasem jego wypowiedzi zaczynają przypominać te, które słyszy. Przejmuje język, bo przejmuje logikę tego świata. Wulgarność staje się znakiem asymilacji. Procesem transformacji podskórnej, który działa poza deklaracjami. W kulminacyjnej scenie, gdy dokonuje zbrodni – i zaraz potem – nie musi mówić nic. Ale w naszej głowie jego język już się zmienił. My to wiemy, bo słyszeliśmy wcześniej, jak się „mówi” w tej przestrzeni. Więzienie nie zmienia go przez bicie, tylko przez językowy dryf.

Brutalność słowa jako wybór artystyczny

Nie tylko Symetria. Również Dług, 25 lat niewinności, Psy, Róża, Miasto 44 – filmy te wykorzystują przekleństwa jako formę agresji, jasne, ale także jako emocjonalny środek ciężkości. Kiedy Franz Maurer rzuca „Bo to zła kobieta była”, jego poprzednie „wypierdalaj” waży więcej niż cały monolog. Kiedy bohater 25 lat niewinności krzyczy „kurwa, ja nic nie zrobiłem!” – nie słyszymy w tym wulgaryzmu, słyszymy bezsilność, która nie znajduje innego wyjścia niż brzydkie słowo.

To nie są filmy grzeczne – i dobrze. Polska rzeczywistość też nie jest grzeczna. Jeśli kino ma być lustrem, nie może być przy okazji kosmetyczką. Nie twierdzę, że każde przekleństwo to wybitna decyzja reżyserska. Oczywiście, są filmy, które nadużywają wulgaryzmów, myląc realizm z efekciarstwem. Ale odrzucanie przekleństw z zasady – traktowanie ich jak brudu, który trzeba wyczyścić, by uzyskać „sztukę” – to po prostu językowa hipokryzja.

Jeśli coś ma być prawdziwe, musi czasem być brudne. Jeśli ma być intensywne, musi czasem być agresywne. A jeśli ma być polskie – to niech mówi tym językiem, którym mówi się na przystanku, w celi, w wojsku, w bloku i w głowie, gdy kończy się cierpliwość.

Franz Maurer z filmu "Psy"
Franz Maurer z filmu „Psy”

Pierdolić jak z nut. Językoznawcze studium zachwytu

Na koniec zostawiam to, co najbardziej mnie zachwyca – czysto językowy wymiar przekleństw. Bo jeśli istnieje jakiś dowód na żywotność, giętkość i pojemność języka polskiego, to nie znajdziemy go w rozprawach filozoficznych ani w listach noblistów. Znajdziemy go w tym, co nazywa się „wulgaryzmami” – a co w rzeczywistości jest ekspresywnym, produktywnym, genialnie złożonym systemem znaczeń, afektów i konstrukcji.

Weźmy rdzeń „pierdolić”. Słowo, jak każde wielkie dzieło, ma wiele wcieleń. Samo „pierdolić” to już piękne słowo, bo nie znaczy właściwie nic konkretnego, a znaczy bardzo dużo. Może oznaczać:

  • stosunek seksualny – „On ją pierdoli”
  • mówienie bez sensu – „Przestań pierdolić”
  • niebranie czegoś pod uwagę – „Pierdolić to, nie robię”
  • działanie byle jak – „Znowu coś odpierdolił”

    Cztery znaczenia, cztery konteksty, cztery różne światy. Wszystko zależy od intonacji, zaimka, sytuacji.

Prefixy, czyli jak pierdolić więcej

Polski język kocha przedrostki. I przekleństwa nie są tu wyjątkiem. Rdzeń -pierdolić pozwala tworzyć całe rodziny znaczeniowe, gdzie każdy prefiks daje inne emocje i cele działania.

FormaZnaczeniePrzykład
przypierdolićuderzyć, zaatakować„Zaraz ci przypierdolę”
dopierdolićdołożyć komuś fizycznie lub emocjonalnie„Szef znowu mi dopierdolił roboty”
napierdolićintensywnie bić / dużo powiedzieć„Napierdolił głupot na zebraniu”
odpierdolićzrobić coś głupiego lub spektakularnego„Co ty odpierdoliłeś?!”
rozpierdolićzniszczyć, rozwalić„Rozpierdolił auto na drzewie”
zapierdolićukraść lub uderzyć / też: wykonać coś szybko„Ktoś mi zapierdolił portfel”
podpierdolićdonieść na kogoś„Ktoś mnie podpierdzielił do kierownika”
wpierdolićpobić lub zjeść dużo„Dostał wpierdol” / „Wpierdoliliśmy pizzę”
spierdolićzepsuć coś lub uciec„Spierdolił egzamin” / „Spierdolił z miejsca zdarzenia”
popierdolićpomylić coś / zwariować„Chyba cię popierdoliło”
pierdolnąćrzucić czymś / powiedzieć coś nagle„Pierdolnął kubkiem o ścianę”
przepierdolićzmarnować (np. pieniądze, okazję)„Przepierdolił całą wypłatę na głupoty”

I to wszystko z jednego rdzenia. Jeden korzeń, kilkanaście afektów: agresja, rezygnacja, absurd, kpina, bezradność, ekstaza, przemoc, śmiech. Nieskończone możliwości. Gramatyczna poezja. Tak na marginesie, pierdoliłem się z tą tabelką kilka godzin, więc proszę docenić wysiłek.

Morfologia emocji

Brzydkie wyrazy to słowniki emocji. Przekleństwa skracają dystans między tym, co wewnętrzne, a tym, co zewnętrzne. W jednej sylabie potrafią zawrzeć:

  • konflikt – „Nie pierdol” (odcięcie się od mętnego języka, konfrontacja)
  • bliskość – „Co tam, kurwa, słychać?” (znaczenie fatyczne, więź)
  • strach – „O, kurwa…” (reakcja instynktowna, niekontrolowana)
  • rezygnację – „Jebać to” (egzystencjalne „odpuszczenie”)
  • ekscytację – „Ale zajebiście!” (poczucie entuzjazmu, triumfu)

Język nie musi być neutralny. Nie musi być obiektywny. Może być brudny, pełen gniewu, wewnętrznego napięcia, pogardy, a nawet miłości – i wciąż być doskonale funkcjonalny. W przekleństwach język jest najbliżej człowieka, bo przestaje być maską. Gdy uczymy się języków azjatyckich, korepetytorzy często tłumaczą nam, że jedno słowo może tam oznaczać wiele różnych rzeczy zależnie od kontekstu, intonacji, wymowy, a my jesteśmy w szoku. Nie potrafimy sobie wyobrazić, żeby słowo „samochód” mogło oznaczać coś więcej niż kołowy pojazd silnikowy tylko dlatego, że użyliśmy innej intonacji. Zapominamy jednak, ile znaczeń i stosownych użyć może mieć jedno proste „kurwa” zależnie od tego, jak je zintonujemy i jaką siarczystość mu nadamy.

Brzydkie jest piękne!

Kiedy słyszę, że język polski jest piękny, ale „psują go wulgaryzmy”, mam ochotę wybuchnąć śmiechem. Przecież to właśnie wulgaryzmy pokazują, jak ten język potrafi być giętki, dynamiczny, gęsty i absurdalnie precyzyjny w nieprecyzyjności. Gdzie indziej „wypierdolić kogoś z pracy” może być jednocześnie aktem sprawiedliwości i chamstwa? W jakim języku da się opisać zdradę, radość i porażkę jednym rdzeniem i dziesięcioma prefiksami?

Możemy mówić, że przekleństwa to margines języka. Że są zbędne, zgrzebne, prostackie. Ale jeśli ten margines mówi więcej niż cała reszta, to może warto zapytać, czy to przypadkiem nie tam – właśnie tam – mieści się istota językowej ekspresji.

Nie każdy musi przeklinać. Ale każdy, kto rozumie język, powinien umieć docenić, jak bardzo trzeba go znać, żeby przeklinać umiejętnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *