Bzdurny koncept Króla Żałoby

Podsumowanie Neverbloom

Był sobie mężczyzna. Całkowicie pogrążony w depresji, zmęczony życiem, przepełniony apatią i wyniszczony psychicznie. Na pewnym etapie poznał piękną kobietę. Była pusta, tak jak on—porcelanowa twarz spękana smutkiem, ale jej oczy—dogasające płomyki—odbijały tę samą agonię, w której on był głęboko zanurzony. Razem splatali swój żal w coś namacalnego, coś wiążącego. Oplątali się jak zwiędłe pnącza—duszące, kurczowo trzymające się siebie nawzajem. Świat na zewnątrz był okrutny, więc zbudowali własny, utkany z cierpienia. Było ciemno. Było cicho. To był ich dom. A jednak nawet w ciemności zaczęły rosnąć kwiaty. Nie wszystko gnije na zawsze.

Zaczęła się zmieniać. Powoli, na początku—wahanie w głosie, sen o czymś innym niż ta niekończąca się żałoba. A potem zmiana stała się gwałtowna, jak burza rozrywająca spróchniałe okna. Przełamywała te cztery ściany zbudowane z rozpaczy, sięgała po światło poza czeluścią żalu, który pielęgnowali. Patrzył w milczącym przerażeniu, gdy wyciągała ręce po coś innego, coś czystego, coś całego. Wiedział, że się zmieniła, a z jej porcelanowej twarzy zaczęły znikać pęknięcia. Nie podobało mu się to nie tylko dlatego, że znalazła ukojenie w ramionach innego mężczyzny, ale też dlatego, że zakochał się w tym jej cierpieniu. Czuł się zdradzony, ponieważ ich wspólna agonia była dla niego jak niepisany układ; będą razem cierpieć na tym świecie po wsze czasy. W końcu go zostawiła.

Zimno było teraz dotkliwsze, a cisza—ogłuszająca. Czekał, na początku. Czekał, aż wróci, aż ciężar istnienia znowu ją do niego sprowadzi. Ale dni przegniły się w tygodnie, a ona nie nadchodziła. Miejsce, w którym spała, pozostało nietknięte, a osiadający na nim kurz, podobnie jak czas, stał się ciężki i nieubłagany. Odeszła tam, dokąd on nie mógł podążyć—do świata, który nie cuchnął śmiercią. I wtedy złożył obietnicę.

Tron żałoby będzie należał do niego, a korona samotności wyryje się w jego skórze. Jeśli nie wróci do mroku, to mrok przyjdzie po nią. Będzie dłońmi w jej snach, szeptem w jej myślach, cieniem w jej świetle. Bez względu na to, jak daleko ucieknie, nigdy nie będzie wolna. Wyrwie gwiazdy z nieba i rzuci je w ziemię. Stanie się krzykiem w wietrze, zimą w jej kościach. Obiecała mu wieczność. Teraz on obiecuje jej to samo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *