Bzdurny koncept Króla Żałoby

Old Souls – zakończenie trylogii

Old Souls to kończący trylogię album. Opowiada historię, która z pozoru wydaje się zupełnie niepowiązana z jej poprzednikiem. Po uważnym przyjrzeniu się teledyskom dostrzeżemy jednak, że przewija się w nich znana nam już postać. Zaspoileruję zatem, że jest to historia osadzona w tym samym uniwersum, powiązana z poprzednią (co więcej, jest jej kontynuacją) i dzieje się nieokreśloną ilość lat po wydarzeniach z Neverbloom. O tym wszystkim za chwilę, zacznijmy od początku.

Pierwszy numer z albumu sugeruje nam swoim tekstem, że jest to zakończenie, a nawet bezpośrednio nawołuje do cofnięcia się do początku historii. W ten sposób podpowiada nam odpowiednią kolejność odsłuchiwania utworów – od końca. To zabieg, który ten zespół wyjątkowo polubił, bo o ile dobrze pamiętam ich następny album miał odpowiednią kolejność odtwarzania zaszyfrowaną w jednym z utworów (i nikt tego nie odkrył, dopiero wokalista podpowiedział na social media). Zacznijmy za tym od końca.

Old Souls (Stare dusze)

Zanim przejdziemy do samej analizy tekstu, polecam zapoznać się z teledyskiem, który bezpośrednio łączy opowiadaną historię z poprzednim albumem.

A dla tych bardziej leniwych i/lub niezaangażowanych, opowiem tu co się wydarzyło w teledysku. W początkowej scenie widzimy parę zakochanych; naszych protagonistów. Ustalmy sobie imiona głównych postaci już teraz, żeby potem nie wprowadzać zamieszania – w teledysku widzimy, jak mężczyzna pisze list i adresuje go do „swojej kochanej Annie”. Można zatem śmiało założyć, że jedna z dwóch centralnych postaci opowieści to kobieta o imieniu Annie. Imię mężczyzny nie jest mi znane, ale z jakiegoś powodu w środowisku fanów zespołu przyjęło się, że to Robert, więc niech tak zostanie.

Wracając do tematu. Pierwsza scena przedstawia nam tańczących w bardzo romantycznej scenerii Annie i Roberta. Chwilę później okazuje się, że Robert zostaje zaciągnięty do armii i wysłany na wojnę. W trakcie walki, gdy wbiega z plutonem na wzgórze, na szczycie dostrzega nikogo innego jak samego Króla Żałoby, otoczonego ptakami, wpatrującego się w niego. Przeciera oczy w zadumie, a ten znika. Moment później pod ich nogami ląduje granat, który doprowadza do śmierci całego oddziału Roberta; ten z kolei wpada w szał i morduje swoich wrogów z zimną krwią. Na końcu widzimy go siedzącego obok góry zwłok, płaczącego i wymiotującego. Wraca do domu, uradowana Annie przytula go, jednak on wchodzi do domu z grobową miną, przytula ją od niechcenia i zdejmuje kurtkę. Przy okazji, w trakcie teledysku byliśmy świadkami retrospekcji z jego dzieciństwa – posiadał kiedyś ptaka, którego bardzo kochał. Postanowił jednak wyciągnąć go z klatki i zamordować. Jako dziecko, patrzy się na pustą klatkę, a za nim stoi… Król Żałoby. Sugeruje nam to jasno, że ta nienawistna istota była z Robertem od dzieciństwa.

No właśnie. Nietrudno się domyślić, że Król Żałoby próbuje zrujnować życie Robertowi. Doprowadza do śmierci wszystkich jego kompanów z oddziału, a w dzieciństwie pomógł mu zabić ukochanego pupilka. Ale dlaczego? Istnieje kilka wiodących teorii. Pierwsza z nich sugeruje, że Robert to mężczyzna, z którym Morrow zdradziła Króla Żałoby, Annie to Morrow, a to jest właśnie ta jego zemsta, na temat której nie potrafił przestać gadać. Ta teoria jest chyba najpopularniejsza, jednak wydaje mi się trochę naciągana z uwagi na to, że przecież Król Żałoby wyraźnie jest z Robertem całe życie, więc oś czasu się tu trochę nie zgadza. Druga teoria jest taka, że Król Żałoby to tylko metafora. To jednak, przecież, jest nam wiadome; wiadomo, że cała ta trylogia jest metaforą na coś, jak zresztą połowa fikcji literackiej na świecie. Ostatnia, autorska teoria głosi, że Robert jest synem Króla Żałoby, urodzonym przez Morrow, ponieważ zdążył ją zapłodnić nim się rozstali. Obiecuję, że później nabierze to więcej sensu, ale w gruncie rzeczy jest to nieistotne. Najważniejsze jest to, że Robert i Annie to osoby, na których Król Żałoby dokonuje swojej obiecanej zemsty.

Bez dalszego owijania w bawełnę, przejdźmy do warstwy lirycznej utworu.

Ja cię nawet nie znam, odejdź, zostaw mnie.
To już przepadło. Te dni, te noce, kiedy
śmialiśmy się i nie spaliśmy do rana.
Powinienem był zrozumieć, czego chciałaś.

Nie rób tego – odejdź, zostaw mnie.
To już przepadło. Te dni, te noce, kiedy
przebieraliśmy się i chodziliśmy za głosem serca.
Powinienem był zrozumieć, czego chciałaś.

Odszedłbym i nigdy nie wrócił, ale życie toczy się dalej.
I toczy się dalej, bez końca.

Widziałem, jak zaufanie, które mi dałaś, rozpłynęło się.
Prawda jest taka, że zawsze wiedziałem, że tak będzie.

Gdy się zestarzejemy, nie zostanie nic.
Gdy się zestarzejemy, nie zostanie nic.

Powinienem był zrozumieć, czego chciałaś.
Tęsknię za tamtymi dniami.
Za czasami, gdy byliśmy starymi duszami i jeszcze miałaś siły się uśmiechać…

Minęło tyle czasu.

Oryginalny tekst tutaj.

Tu jest niewiele do interpretowania, co zresztą będzie przewijającym się motywem w tym albumie – na dobre czy na złe, jest zdecydowanie prostszy w odbiorze niż jego poprzednik. Akcja utworu odgrywa się po powrocie Roberta z wojny; ich związek się rozpada, niszczeje, prawdopodobnie przez PTSD, z którym wrócił. Robert tęskni za czasami, w których było między nimi lepiej i wie, że najlepsze dla Annie byłoby, gdyby od niej odszedł. Okej, tekst może i jest prosty, jednak jest parę rzeczy, na których chciałbym się skupić.

Tytułowe stare dusze to pojęcie, które może wydawać się paradoksalne w kontekście nostalgii za przeszłością, ale w rzeczywistości idealnie oddaje uczucie, które narrator próbuje wyrazić. Bycie „starą duszą” oznacza posiadanie dojrzałości emocjonalnej i pewnej melancholii, nawet w młodym wieku. To ludzie, którzy od zawsze czuli się trochę oderwani od teraźniejszości, jakby przeżywali życie z perspektywy kogoś, kto już przez to wszystko przeszedł. W kontekście utworu odnosi się to do przeszłości narratora – do czasu, kiedy z Annie rozumieli się bez słów, czuli się jak dwoje ludzi, którzy już widzieli i przeżyli więcej, niż wskazywałaby na to ich metryka. Być może właśnie dlatego rozstanie boli jeszcze bardziej – bo jeśli byli „starymi duszami”, jeśli ich związek miał w sobie coś ponadczasowego, to dlaczego teraz nic z niego nie zostało? I to prowadzi nas do wersów:

„Gdy się zestarzejemy, nie zostanie nic.”

To zdanie jest przejmujące, bo uderza w jeden z najbardziej podstawowych lęków – że kiedy miną lata, nie tylko ta relacja, ale i wszystko inne w życiu okaże się bez znaczenia. Można to interpretować na dwa sposoby:

  1. Osobisty kontekst relacji – narrator nie widzi przyszłości w ich wspólnym życiu, bo wszystko, co miało wartość, zostało w tyle. Bez tego przyszłość wydaje się pusta.
  2. Egzystencjalny wymiar – to wyznanie, że starość nie przyniesie żadnej nagrody za przeżyte lata. Że miłość, wspomnienia i młodzieńcza intensywność uczuć nie mają znaczenia w obliczu nieuchronnego rozpadu.

Zresztą, to uczucie utraty rezonuje w całej piosence. Wspomnienia o beztroskich nocach, kiedy śmiali się i nie spali do rana, kontrastują z teraźniejszością, gdzie „nawet cię nie znam” i „odejdź, zostaw mnie”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *