
Zacznijmy od najważniejszego: Jared Leto to pradziwy fenomen. Zarówno jako aktor, jak i muzyk. To człowiek, który nie tylko gra swoje role – on się w nich całkowicie zatraca. Poświęca się im bez reszty, często do granic absurdu i przyzwoitości. I choć mógłby za to być stawiany na piedestale, jak niektórzy jego koledzy po fachu, to raczej jest wyśmiewany, postponowany, a czasem wręcz demonizowany. Dlaczego?
(Aktualizacja: Jared Leto został oskarżony przez dziewięć kobiet o molestowanie seksualne. Chciałbym zaznaczyć, że artykuł został napisany przed tymi oskarżeniami.)
Method acting jako sztuka przekraczania siebie
Zacznijmy od idei. Method acting, czyli aktorstwo metodyczne, to nie technika – to ideologia. To sposób myślenia o tożsamości, o ciele jako narzędziu, o sztuce jako procesie przemiany. Korzeniami sięga Stanisławskiego, Strasberga, Kazana, ale do popkultury przeniknęła przede wszystkim przez tych, którzy uczynili z niej legendę: Leonardo di Caprio, Marlona Brando, Roberta De Niro, Daniela Day-Lewisa. To aktorzy, którzy nie odgrywają ról, a się nimi stają. Na czas zdjęć znikają z powierzchni społecznego życia, by stać się kimś innym. Ich tożsamość zostaje zawieszona. Albo raczej: tymczasowo podmieniona.
To, co w tym fascynujące, to metafizyczny aspekt całego przedsięwzięcia. Method acting jest bowiem eksperymentem na samym sobie. Radykalną próbą przekroczenia granicy między „ja” a „on” – między aktorem a postacią. Gdy De Niro przez miesiące jeździł taksówką po Nowym Jorku, przygotowując się do Taksówkarza, nie robił tego dla PR-u. Robił to, by wyczyścić siebie z siebie.
Jared Leto – ekstremista metody
I tu pojawia się Jared Leto. Aktor, który nie tylko rozumie tę filozofię, ale podczas gdy inni idą z nią czasem o krok za daleko, Jared Leto biegnie sprintem przez pole minowe.
Na planie Suicide Squad zasłynął nie tyle rolą Jokera, co zachowaniem. Wysyłał kolegom z obsady martwe szczury, zużyte prezerwatywy, pornografię. Mówiono, że był nieznośny, że nikt nie chciał z nim pracować. I nawet jeśli za tym wszystkim kryła się próba artystycznej radykalizacji – stania się Jokerem, naprawdę – to dla wielu była to po prostu artystyczna przemoc. Wspominają go jako zawalidrogę; kobiety bały się go na planie filmowym, a Will Smith mówi, że nigdy nie zamienił z nim słowa poza samym procesem kręcenia filmu.
Jared Leto to nie tylko adept metody, a jej radykalny wyznawca. W filmie Chapter 27 wcielił się w Marka Chapmana, zabójcę Johna Lennona. Do roli przytył ponad 30 kilogramów, przez co nabawił się dny moczanowej i poważnych problemów z kręgosłupem. Lekarze ostrzegali, że jeśli nie zrzuci wagi, może uszkodzić sobie stawy na stałe. Leto w wywiadach mówił, że nie potrafił już chodzić – „czułem się, jakbym był zalany cementem”. Wszystko po to, by lepiej „zamieszkać” w ciele psychicznie niestabilnego fanatyka. A przecież Chapter 27 to film ledwo zauważony, niezbyt udany, szybko zapomniany. Tym bardziej szokuje stopień poświęcenia, który aktor włożył w tę rolę.
Nie był w tym odosobniony. Christian Bale schudł do 54 kilogramów w Mechaniku, by potem przypakować jak kulturysta do roli Batmana. Shia LaBeouf w Fury nie tylko usunął sobie ząb, ale też przez kilka dni nie brał prysznica, żeby lepiej wczuć się w żołnierską codzienność. Są to akty poświęcenia graniczące z autodestrukcją. Ale w przypadku Leto ta granica zdaje się cieńsza niż u innych, jakby jego ciało i psyche były już tak rozciągnięte, że każde kolejne wcielenie rozmazuje go coraz bardziej.
Ale przecież Jared Leto jest artystą. I to nie byle jakim. W Requiem dla snu był poruszający, w Dallas Buyers Club – nagrodzony Oscarem. Mr Nobody z 2009 roku to być może jego najdojrzalsza rola, film, który do dziś wybrzmiewa z melancholijną precyzją. Leto ma warsztat, ma odwagę, ma pomysł. A jednak: coraz częściej marnuje te zasoby na role źle napisane, źle prowadzone, albo po prostu źle dobrane. Morbius to katastrofa. Suicide Squad to karykatura. Od lat nie zagrał w niczym naprawdę dobrym.
I to nie tylko kwestia kina. Jego zespół, Thirty Seconds to Mars, nie wydał przyzwoitej płyty od ponad dekady. Dziś to raczej projekt wizerunkowy niż artystyczny. Muzyka zdewaluowana przez pozę. A może właśnie przez to, że Leto za bardzo chce być wszystkim: aktorem, wokalistą, prorokiem, bóstwem. Bo tak, przyrównuje się do bóstwa i ma własny kult, naprawdę.

Granice poświęcenia: geniusz czy groteska?
W tym miejscu warto zadać pytanie: gdzie przebiega granica między artystycznym oddaniem a autoparodią? Czy aktor, który zbyt dosłownie traktuje swoją rolę, nie ryzykuje zatracenia się nie tylko w postaci, ale i we własnym micie? Method acting bywa romantyzowany, ale jego ekstremalne przypadki stawiają przed nami pytania o cenę autentyczności. Czy sztuka usprawiedliwia wszystko? Czy można terroryzować współpracowników w imię „wejścia w rolę”? A może to już nie metoda, tylko mitomania?
Upadek wielości: kiedy chcesz być wszystkim, a zostajesz nikim
Jared Leto to artysta totalny: aktor, wokalista, reżyser, celebryta, guru. Ale może właśnie w tej totalności tkwi jego największa słabość. W próbie bycia wszystkim naraz zatraca się spójność. Kiedy na scenie wygląda jak Jezus w lateksie, a na planie filmowym jak samozwańczy Joker z Instagrama, trudno już określić, gdzie kończy się człowiek, a zaczyna kreacja. Leto nieustannie przeskakuje między rolami, estetykami, tożsamościami, ale żadna z nich nie staje się ostateczna, dojrzała, domknięta.
Trudno nie odnieść wrażenia, że ten eklektyzm zaczyna go wypalać. W sztuce wielość może być siłą, ale tylko wtedy, gdy za nią stoi wewnętrzna spójność, jakaś idea, która łączy wszystkie wcielenia. U Leto coraz trudniej ją dostrzec. Ostatecznie zostaje tylko maskarada – efektowna, ale pusta.
Jared Leto i tożsamość performowana
Tu warto się zatrzymać. Method acting to gra z tożsamością. Ale jeśli nieustannie „grasz”, jeśli każda twoja rola wymaga kompletnej przemiany, jeśli nie potrafisz już „być sobą” – to co zostaje? Jared Leto wydaje się być w stanie permanentnego performansu. Nie wiemy, kim jest naprawdę. On sam, być może, też tego nie wie. Tożsamość jako nieustanna mutacja, jako ciągły proces. W tym sensie Leto jest figurą postmodernistyczną: nieustabilizowaną, efemeryczną, zanurzoną w spektaklu.
A jednak nie potrafi przekuć tej postaci w jakość. W odróżnieniu od Leonarda DiCaprio – który również stosuje elementy metody, ale potrafi zachować dystans i wybierać role z chirurgiczną precyzją – Leto częściej przypomina desperata niż mistrza. Kogoś, kto za wszelką cenę chce być zauważony. I kto w tym pragnieniu się zatraca.
Różnica między oddaniem a artyzmem
To kluczowa różnica: oddanie roli a narcyzm przebrany za poświęcenie. Method acting wymaga pokory, umiejętności zanurzenia się w postaci, zepchnięcia siebie w cień. Tymczasem Leto zdaje się coraz częściej eksponować siebie jako aktora, a nie postać, którą gra. Martwe szczury i prezerwatywy z planu Suicide Squad nie służyły przecież budowaniu postaci – służyły budowaniu mitu Jareda Leto. Trudno nie odczytać tego jako inscenizacji własnej legendy. Pragnienia, by być uznanym nie tylko za dobrego aktora, ale za najbardziej oddającego się aktora. Najbardziej nieobliczalnego. Najbardziej ekstremalnego.
Tymczasem prawdziwi mistrzowie metody, jak Day-Lewis, potrafią poświęcać się bez ekshibicji. U Leto poświęcenie staje się widowiskiem, spektaklem, narcystycznym rytuałem, który bardziej przypomina performance PR-owy niż pracę nad rolą. To nie metoda jest tu problemem, tylko sposób, w jaki została przekształcona w narzędzie autokreacji.
Etyka poświęcenia
Nie chcę, by ten tekst był odczytany jako akt oskarżenia. Wręcz przeciwnie: jestem absolutnym zwolennikiem method actingu. Uważam, że to jedna z najczystszych form sztuki aktorskiej: wymagająca, niebezpieczna, ekstremalna. A przez to też piękna. Szanuję aktorów, którzy są gotowi przekraczać granice, rezygnować z komfortu, ryzykować własne zdrowie psychiczne dla jednego ujęcia. To artyści z krwi i kości.
Dlatego właśnie Jareda Leto też szanuję. Widzę jego talent. Doceniam jego odwagę. Dostrzegam tę nadludzką wręcz ambicję. Ale też widzę, że coś tu nie działa. Że gdzieś po drodze sztuka przegrała z ego, a perfekcjonizm z autoparodią.
Jared Leto jako figura tragiczna
W gruncie rzeczy Jared Leto przypomina mi bohatera antycznej tragedii. Jest jak artysta, który poznał sekret boskości, ale nie potrafił unieść jego ciężaru. Który tak bardzo chciał być kimś więcej niż człowiekiem, że stał się karykaturą samego siebie. Jego talent jest ogromny, ale zaprzepaszczany przez złe wybory. Jego oddanie sztuce jest autentyczne, ale nie może znaleźć odpowiedniego ujścia.
I być może dlatego wszyscy go nienawidzą. Bo w nim odbijają się nasze własne lęki: przed tym, że pasja nie wystarczy, że zaangażowanie może obrócić się w groteskę, że można dawać z siebie wszystko i nadal przegrać.
A jednocześnie – właśnie dlatego warto go obserwować. Bo być może z tej artystycznej ruiny jeszcze coś się wyłoni. Może nowy film. Może nowa płyta. Może nowy Jared.