KING 810: miasto opuszczone przez system

Członkowie zespołu KING 810

KING 810 to zespół, którego obecność w świecie metalu zawsze wywoływała emocje. Jedni traktują ich jako groteskowy pastisz gangsterskiej mitologii, inni jako brutalnie szczere świadectwo życia w mieście, w którym przemoc i bieda są codziennością. Rzadko jednak trafia się kapela, która od samego początku buduje tak mocno własną tożsamość, zakorzenioną nie tylko w muzyce, lecz przede wszystkim w miejscu pochodzenia i w biografii lidera. Flint, Michigan, nie jest dla nich zwykłym punktem na mapie, ale fundamentem całej narracji, scenerii, duchem i demonem, który nieustannie nawiedza ich teksty.

W przypadku KING 810 trudno mówić o „najcięższym” metalu w sensie technicznym. Nie są to ekstremalne, wielopiętrowe ściany blastów czy industrialny hałas niszczący zmysły. Ciężar ich twórczości wynika z czegoś innego: z emocjonalnego balastu, który osiada na słuchaczu jak smog, dusząc i przytłaczając. Tworzą muzykę, która nie pozwala pozostać obojętnym, bo za każdym wersem i za każdym akordem czai się poczucie realnego zagrożenia. Nawet gdy sięgają po akustyczne aranżacje, efekt wcale nie łagodzi atmosfery, a wręcz przeciwnie, cisza i prostota instrumentacji działają jak echo pustych ulic Flint, gdzie samotność potrafi być równie złowroga jak huk wystrzału z pistoletu.

Na czele tej opowieści stoi David Gunn – wokalista, performer, a dla niektórych także autokreator własnej legendy. Jego sposób śpiewania oraz krzyczenia brzmieniowo wydaje się balansować na granicy załamania nerwowego i wybuchu furii. Brak klasycznej techniki wokalnej sprawia, że każde słowo brzmi jak desperacka próba wyrzucenia z siebie traumy, kosztem własnego ciała. To wokal, który może irytować wokalistów lub osoby zajmujące się wokalem profesjonalnie, jednak trzeba przyznać, że nadaje utworom surowości, o jakiej wiele innych zespołów może pomarzyć.

Ten artykuł to próba spojrzenia na KING 810 nie jako na kolejną kapelę z katalogu wytwórni metalowych, lecz jak na zjawisko kulturowe. Flint jako miejsce, David Gunn jako narrator, a muzyka jako medium, to trzy elementy, które razem tworzą coś unikalnego. Zrozumienie tego zespołu wymaga więc nie tylko wsłuchania się w riffy, ale także przyjrzenia się historii miasta, w którym powstał.

Flint – miasto jako tło twórczości

Jeśli Detroit na zawsze zapisało się w historii muzyki jako kolebka techno i soul, Seattle jako epicentrum grunge’u, to Flint w wykonaniu KING 810 jawi się jako miasto śmierci i rozpadu. To sceneria, która nie daje artystom możliwości eskapizmu – zamiast romantyzować swoje pochodzenie, muszą mierzyć się z nim codziennie, w każdej opowieści i każdym dźwięku. Flint jest dla KING 810 tym, czym dla Joy Division był Manchester końca lat 70., czyli miejscem, które samo generuje estetykę, duszne i duszące, nie do zignorowania.

Historia Flint zaczyna się obiecująco. To właśnie tu w 1908 roku powstał General Motors, a miasto przez dekady rozwijało się w rytmie przemysłowego boomu. Motoryzacja dawała pracę, stabilizację i poczucie, że przyszłość należy do mieszkańców. Flint było symbolem amerykańskiego snu, realizowanego w rytmie fabrycznych taśm produkcyjnych. Jednak już od lat 70. i 80. sytuacja zaczęła się zmieniać. Outsourcing, zamykanie zakładów, bezrobocie; każdy kolejny kryzys ekonomiczny uderzał w to miasto z podwójną siłą. W latach 90. Flint stało się jednym z najbiedniejszych miejsc w całych Stanach, a jego populacja systematycznie spadała.

Upadek ekonomiczny pociągnął za sobą falę przestępczości. Statystyki z końca XX wieku i początku XXI są porażające: Flint regularnie znajdowało się na liście najniebezpieczniejszych miast w USA. Wysoka liczba zabójstw, napadów z bronią w ręku, brutalnych pobić, to nie były suche dane z raportów policyjnych, lecz codzienność wielu rodzin. Większość mieszkańców Flint zna kogoś, kto padł ofiarą morderstwa, gwałtu, napaści, kradzieży. Do tego dochodzi kryzys wodny z lat 2014–2019, kiedy to z powodu zanieczyszczonej wody pitnej tysiące mieszkańców zostało narażonych na choroby i zatrucia. Flint, zamiast symbolem przemysłowego sukcesu, stało się synonimem zaniedbania i porażki systemu.

Wszystko to przełożyło się na brutalną codzienność. Flint jest statystycznym horrorem, w którym trudno żyć. W 2012 roku wskaźnik morderstw sięgał tam 63 zabójstw na 100 tysięcy mieszkańców, co dawało miastu pierwsze miejsce w całych Stanach (dla porównania, średnia krajowa wynosiła wtedy 4,7). Jeszcze w latach 2010–2015 liczba napaści z bronią w ręku była ponad czterokrotnie wyższa niż średnia w USA. Nawet dziś Flint regularnie pojawia się w pierwszej dziesiątce najbardziej niebezpiecznych miast Ameryki z roczną liczbą kilkuset gwałtów i napadów rabunkowych, które w większych miastach „rozmyłyby się” w statystyce, a tutaj zdają się być elementem krajobrazu.

Porównując Flint do innych „muzycznych miast”, łatwo zauważyć, że KING 810 wpisuje się w tradycję artystów, którzy uczynili ze swojej lokalności punkt centralny twórczości. Detroit miało techno jako odpowiedź na deindustrializację, Seattle stworzyło grunge w reakcji na apatię klasy średniej. Flint dało KING 810 – zespół, którego narracja wyrasta z pustych fabryk, z kryzysu społecznego i z ulic, na których życie często jest warte mniej niż paczka papierosów.

David Gunn – biografia i mitologia wokół wokalisty KING 810

Każdy zespół metalowy potrzebuje frontmana, który będzie nie tylko głosem, ale też twarzą i symbolem całego projektu. W przypadku KING 810 ta rola przypadła Davidowi Gunnowi, i to w sposób absolutny. O ile wielu wokalistów opowiada o swoich inspiracjach literackich czy muzycznych, Gunn od początku kreował własną narrację jako artysty zainspirowanego przemocą poznaną z autopsji. Jego postać jest nierozłącznie związana z mitologią Flint, a jego życiorys (przynajmniej w tej wersji, którą sam przedstawia) brzmi jak historia rodem z brutalnego reportażu kryminalnego.

David Gunn, wokalista KING 810
David Gunn, wokalista KING 810

Najbardziej znany element tej biografii dotyczy powstania debiutanckiego albumu Memoirs of a Murderer (Pamiętniki Mordercy). Gunn wielokrotnie powtarzał, że materiał powstawał, kiedy przebywał w więzieniu, skazany za morderstwo. W celi nie miał dostępu do notatnika ani długopisu, więc zmuszony był układać teksty w głowie, powtarzając je w nieskończoność, żeby nie uleciały z pamięci. Sam tytuł płyty brzmi więc jak osobisty manifest. Pamiętniki, które powstały nie na papierze, ale w umyśle uwięzionego człowieka. Ile w tym prawdy, a ile autokreacji? Tego nigdy nie uda się do końca zweryfikować, jednak już sama opowieść wystarczyła, by nadać debiutowi aurę czegoś więcej niż tylko muzycznego debiutu.

Kolejnym powracającym motywem w wypowiedziach Gunn’a jest jego własne doświadczenie przemocy. Wokalista twierdził, że podczas napadu na bank został dźgnięty nożem. W wywiadach i utworach opisywał dokładnie, jakie to uczucie. Rana fizyczna nie kończy się w momencie zabliźnienia skóry, bo ból blizn zostaje z człowiekiem już na zawsze. Te wspomnienia powracają także w jego tekstach, gdzie opisy ran i cięć są częścią większej opowieści o życiu. Trudno o bardziej bezpośredni przykład przenikania biografii do sztuki: ciało Gunn’a staje się księgą, zapisaną bliznami, które same w sobie są świadectwem historii Flint.

Jednocześnie wokół postaci Gunn’a od początku unosi się aura niepewności. Wiele elementów jego opowieści można traktować jako performans, część starannie budowanej persony, która ma sprawić, że KING 810 będzie się wydawało czymś więcej, niż rzeczywiście jest. W tym sensie Gunn jest narratorem i reżyserem własnego mitu. Zdarzało mu się samemu podkreślać, że scena jest dla niego przedłużeniem życia, a życie nieustannym performansem. Pytanie o granicę między prawdą a autokreacją w jego przypadku staje się więc nie tyle problemem, ile częścią artystycznej strategii.

Kluczową cechą Gunn’a jako frontmana jest także jego sposób śpiewania. Właściwie trudno nazwać to klasycznym wokalem metalowym, bo nie ma tu odpowiedniej i zdrowej techniki. Profesjonaliści zajmujący się szeroko pojętą emisją głosu nieraz podkreślali, że jego technika jest katastrofalna i że w ten sposób niszczy sobie gardło. Ale w tym właśnie tkwi paradoks: brak warsztatu zamienia się w największą siłę, bo wokal Gunn’a brzmi jak coś, czego nie da się zaplanować ani wyćwiczyć. Jego wokal brzmi jak próba wyrzucenia z siebie wszystkiego, co dusi. Stoi to w opozycji do głównego nurtu nawet w metalu, bo przecież żyjemy w czasach, w którym najbardziej modne są technika i warsztat.

Nie można też zapominać, że Gunn od początku przyciągał uwagę mediów swoją charyzmą sceniczną. Występy KING 810 są niesamowicie teatralne. Z jednej strony mamy rekwizyty, maski, dużą dozę aktorstwa i teatralne gesty, z drugiej autentyczną wściekłość. Gunn na scenie wygląda jak ktoś, kto jednocześnie celebruje i odgrywa własne doświadczenia, jakby nie mógł się zdecydować, czy bardziej jest świadkiem, czy aktorem.

To właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że wokół postaci Davida Gunn’a narosła mitologia. Jedni wierzą w każde jego słowo, widząc w nim żywe świadectwo realiów Flint. Inni traktują go jako sprytnego mitotwórcę, który buduje własną legendę z półprawd i teatralnych gestów. Ale niezależnie od tego, którą interpretację przyjmiemy, jedno pozostaje pewne: bez Gunn’a nie byłoby KING 810. To on spaja wszystkie elementy, od muzyki po wizerunek, i to jego głos – dosłownie i metaforycznie – stał się głosem opuszczonego przez rząd miasteczka Flint.

Muzyka KING 810 – ciężar bardziej emocjonalny niż brzmieniowy

KING 810 od początku byli odbierani jako zespół nietypowy. Z jednej strony wpisują się w tradycję ciężkiego metalu i nu metalu, z drugiej – trudno jednoznacznie ich zaszufladkować. Najbardziej charakterystyczną cechą ich twórczości jest to, że ciężar nie wynika wyłącznie z riffów czy tempa, ale z samej atmosfery i treści. Słuchając ich nagrań, łatwo zauważyć, że nawet gdy brzmienie nie jest ekstremalne w sensie technicznym, całość oddziałuje w sposób przytłaczający.

Debiutancki album Memoirs of a Murderer z 2014 roku to najlepszy przykład tego podejścia. Muzycznie jest to mieszanka metalu, nu metalu i elementów rapcore’u, ale to teksty nadają mu wyjątkowy charakter. Pojawiają się w nich bezpośrednie opisy życia w Flint: przemoc, bieda, codzienna walka o przetrwanie. Płyta była przedstawiana niemal jako dokument, a nie tylko zbiór piosenek. W wielu recenzjach podkreślano, że niektóre utwory bardziej przypominają spisane relacje świadka niż tradycyjne metalowe teksty.

Wykonanie na żywo utworu boogeymen z debiutanckiego albumu Memoirs of a Murderer

W kolejnych wydawnictwach zespół konsekwentnie rozwijał ten styl. Ważnym elementem okazały się utwory akustyczne. Mogłoby się wydawać, że odejmując głośne gitary i agresywną perkusję, KING 810 stracą swoją siłę, ale efekt był odwrotny. Akustyczne piosenki ujawniają inny rodzaj ciężaru, oparty na nastroju i sposobie wykonania. Śpiew Gunn’a, nawet w spokojniejszych momentach, brzmi jak głos człowieka, który opowiada o czymś, czego nie może zapomnieć. To sprawia, że takie nagrania wcale nie są „lżejsze”, lecz równie obciążające emocjonalnie.

Warto zauważyć, że ten styl dzieli odbiorców. Część osób odrzuca KING 810 właśnie z powodu wokalu, uznając go za amatorski i męczący. Inni jednak widzą w nim autentyczność, której nie da się osiągnąć, jeśli dba się o techniczną poprawność. To podobny przypadek jak w punku czy wczesnym black metalu, gdzie „zła” technika bywała świadomie akceptowana jako element estetyki.

Pod względem muzycznym KING 810 korzystają z dość prostych środków, to znaczy ciężkie riffy, wolniejsze tempa, mocne akcenty perkusji. Jednak właśnie ta prostota wzmacnia przekaz. Zespół nie stara się konkurować z ekstremalnymi gatunkami jak death metal czy grindcore pod względem szybkości czy skomplikowania. Ich siła tkwi w atmosferze i narracji. Dzięki temu słuchacz odbiera muzykę nie tylko jako zestaw dźwięków, ale jako opowieść, w której każdy fragment jest podporządkowany jednemu celowi: oddaniu realiów Flint i doświadczeń Gunn’a.

Zespół wielu kontrowersji

KING 810 to zespół polaryzujący. Ich wizerunek, tematyka tekstów i sposób prezentacji scenicznej sprawiały, że nie sposób było przejść obok nich obojętnie. Z jednej strony przyciągali uwagę szczerością i brutalnym realizmem, z drugiej oskarżano ich o nadmierne epatowanie przemocą i budowanie wizerunku na granicy autoparodii.

Jednym z najczęściej powtarzanych zarzutów było to, że KING 810 gloryfikują przemoc i życie „uliczne”. W tekstach pojawiają się szczegółowe opisy zabójstw, napadów czy codziennego życia w świecie gangów. Krytycy twierdzili, że zespół w ten sposób raczej promuje pewien styl życia, niż go krytykuje. Fani odpowiadali, że jest odwrotnie, bo KING 810 relacjonują rzeczywistość, bez upiększania jej dla maas. Problem w tym, że ta granica była dla wielu zbyt nieostra, a sama muzyka zbyt mocno zanurzona w brutalnej narracji, by nie wzbudzać kontrowersji.

Dodatkowo swoje robił wizerunek sceniczny. Na koncertach zespół często korzystał z rekwizytów związanych z przemocą: pojawiały się maski, atrapy broni (początkowo prawdziwe bronie, ale potem członkowie zespołu zostali zaaresztowani i z tego zrezygnowano) i brutalne stylizacje. Takie zabiegi wzmacniały oskarżenia o teatralność i przesadę. Dla części publiczności wyglądało to jak „udawanie gangsterów”, co podważało autentyczność całego projektu.

Nie brakowało też problemów natury prawnej i organizacyjnej. W 2014 roku, kiedy zespół miał wyruszyć w trasę koncertową z Slipknot i Korn, pojawiły się doniesienia o zatrzymaniu Gunn’a przez policję pod zarzutem posiadania broni. W niektórych stanach Ameryki ich występy były odwoływane lub budziły sprzeciw lokalnych społeczności, które uważały, że tego typu zespół nie powinien występować w ich miastach. Choć część zarzutów okazywała się przesadzona albo nie znajdowała potwierdzenia w sądzie, medialna otoczka zrobiła swoje, a KING 810 zostali zaszufladkowani jako grupa, która nie tylko śpiewa o przemocy, ale też funkcjonuje na jej granicy.

Kontrowersje wzbudzała również sama postać Davida Gunn’a. Jego opowieści o więzieniu, o byciu dźgniętym nożem czy o życiu na ulicach Flint były dla jednych dowodem na autentyczność, dla innych – przechwałkami. Wiele osób uważa, że sposób opowiadania wokalisty zespołu o morderstwie, napadach, handlowaniu narkotykami, byciu dźgniętym nożem, to bardziej przechwałki niż próba obnażenia brutalnej rzeczywistości miasteczka. Tak, jakby podobała mu się dzikość i brutalność, w której przyszło mu się wychowywać.

Wszystkie te elementy doprowadziły do sytuacji, w której KING 810 stał się zespołem bardziej rozpoznawalnym dzięki kontrowersjom niż samej muzyce. Ich nagrania zawsze były oceniane w kontekście wizerunku, a nie tylko dźwięków. Do dziś KING 810 jest zespołem, o którym (za sprawą kontrowersji) słyszała większość słuchaczy metalu, jednak ich muzyka nie generuje adekwatnych wyświetleń.

Akustyczny, jednak atmosferycznie ciężki utwór black swan z albumu la petite mort or a conversation with god

Słuchając z zewnątrz

Nie wychowałem się w realiach podobnych do Flint. Jak na polskie standardy dorastałem w dobrym środowisku, bez nadmiaru przemocy i patologii. Może dlatego kontakt z KING 810 od samego początku miał dla mnie inny wymiar niż dla ludzi, którzy widzą w ich twórczości własną codzienność. Wielokrotnie słuchając ich utworów, wsłuchując się w teksty, łapałem się na tym, że myślę: „Boże, jakie to straszne”. I nigdy nie miałem poczucia, że zespół próbuje gloryfikować ten świat. Wręcz przeciwnie, bo w ich muzyce nie ma ani krzty romantyzowania przemocy, a jedynie chłodne, brutalne sprawozdanie z życia w miejscu, w którym państwo dawno przestało spełniać swoją funkcję.

Problem polega na tym, że współczesne media – i szerzej, społeczeństwo – potrafią patrzeć na brutalność tylko wtedy, gdy jest ona podana w rozcieńczonej formie. Kino akcji może epatować strzelaninami, seriale mogą w nieskończoność pokazywać mafię, ale dopóki jest to w odpowiednio wygładzonej, popcornowej oprawie, nikt nie ma z tym problemu. KING 810 idą w przeciwną stronę: ich twórczość jest pełna konkretnych odniesień, nazwisk, miejsc i sytuacji, które nie pozwalają się odciąć i powiedzieć, że to tylko fikcja. To właśnie przez ten brak filtrów wielu odbiorców reaguje odrzuceniem, jakby sam fakt mówienia o prawdziwej przemocy był nie do zaakceptowania.

Dla mnie jest to jeden z najważniejszych elementów wizerunku i znaczenia zespołu. KING 810 przypominają, że w Flint nie ma miejsca na metafory ani na artystyczne ozdobniki. Są utwory o kryzysie wodnym, o politykach odpowiedzialnych za katastrofalne decyzje, o codziennej przemocy, więzieniu i dorastaniu w świecie, w którym gangsterskie realia są jedyną dostępną strukturą społeczną. W muzyce raportują z miejsca, w którym państwo wycofało się z jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Można wręcz powiedzieć, że KING 810 to zespół aktywistyczny. Nie w klasycznym rozumieniu, bo nie organizują marszów ani nie prowadzą kampanii społecznych, ale w sensie artystycznym, bo ich twórczość obnaża to, co przez lata było zbywane milczeniem i bagatelizowane przez polityków. Gdyby nie oni, część problemów Flint mogłaby w ogóle nie przebić się do globalnej świadomości. David Gunn mówi o tym wprost: nie interesuje go dostarczanie ludziom rozrywki. On chce, żeby słuchacz poczuł ciężar tego, co dzieje się w jego mieście.

Z perspektywy kogoś wychowanego w bezpieczniejszych realiach takie podejście jest nie tylko przytłaczające, ale też bardzo ważne. Bo pokazuje, że muzyka metalowa wciąż może być narzędziem do mówienia o realnych problemach społecznych, a nie tylko gatunkiem, który skupia się na eskapizmie i budowaniu fantastycznych światów. W tym sensie KING 810 pełnią funkcję podobną do folkowych pieśni sprzeciwu czy rapu ulicznego.

Prawda nie do przełknięcia

Pisząc o KING 810, nie mogę nie odwołać się do tematu, który poruszałem już w jednym z wcześniejszych artykułów, omawiając film Men Behind the Sun. Moi czytelnicy wiedzą, że jestem zwolennikiem pokazywania prawdy takiej, jaka jest, bez upiększaczy. Przekaz ułagodzony lub wygładzony traci swoją moc i staje się popcornowym obrazem dla mas, które „edukują” się z komfortu swojego luksusowego apartamentu na osiedlu strzeżonym. Uważam, że obnażenie prawdy takiej, jaka jest, to zawsze odpowiednia droga. Taką rolę w muzyce pełni KING 810.

Dla kogoś wychowanego w bezpieczniejszych warunkach, tak jak ja, ich muzyka uderza przede wszystkim surowością i szczerością. Słuchając ich utworów, wsłuchując się w teksty, trudno pozostać obojętnym. To, co dla mieszkańców Flint jest codziennością, dla reszty świata staje się mocnym świadectwem życia w mieście opuszczonym przez polityków i system. Problemy z wodą, przemoc uliczna, gangi, więzienia – wszystkie te elementy w utworach KING 810 są po prostu surową prawdą.

To sprawia, że zespół wyróżnia się na tle sceny metalowej i muzyki ekstremalnej w ogóle. Nie szuka łatwej sensacji ani nie gra na estetyce przemocy dla samej rozrywki. Każdy utwór jest raportem, świadectwem i swoistą dokumentacją życia ludzi, których realia w większości krajów pozostają niewidoczne. Dla słuchacza z zewnątrz taka perspektywa staje się ważnym doświadczeniem, bo nie chodzi tylko o muzykę, lecz o konfrontację z rzeczywistością, której na co dzień nie zna.

KING 810 pokazują, że metal może pełnić rolę nie tylko artystycznego wyrazu, ale też medium społecznego. Ich twórczość uczy, że prawda bywa bolesna, nieprzyjemna i trudna do zaakceptowania, ale dopiero ona ma szansę zmienić sposób, w jaki patrzymy na świat. Flint nie jest fikcją, a życie jego mieszkańców nie podlega estetycznym kompromisom. KING 810 przekazują to wprost, a dla odbiorcy z bezpieczniejszego środowiska staje się to jednoznacznym świadectwem, jak wygląda prawdziwe życie w mieście porzuconym przez system.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *