
Wiem, że ostatnio wrzucam tu coraz mniej. Nie jest to kwestia braku pomysłów – raczej czasu, którego ubywa w absurdalnym tempie. Mam teraz pracę, w której, nomen omen, robię w zasadzie to samo, co tutaj: piszę o pierdołach. I chociaż to brzmi jak spełnienie marzenia, to też powód, dla którego muszę uważać, żeby się nie wypalić. Po ośmiu godzinach pisania o rzeczach cudzych trudno mieć jeszcze energię, by usiąść i pisać o swoich. Do tego dochodzą studia w weekendy, więc czasami mam wrażenie, że całe moje życie to jeden długi ciąg czytania, notowania i klepania klawiszy.
Byłoby coś wcześniej, ale po kilku dniach pisania tego po trochu skasowałem całość, bo uznałem, że wyszedł potworek. Nie chcę, żeby ta strona umarła z przemęczenia razem ze mną. Dlatego tekstów będzie mniej – ale postaram się, żeby były bardziej dopracowane, lepiej przemyślane, gęstsze, może nawet potrzebne. Dla tych kilku osób, które tu zaglądają, to chyba uczciwa wymiana. Dajcie mi znać w komentarzach czy mi to wychodzi 🙂
A dziś będzie o potworach. Ale takich, które nie wychodzą z bagien ani z kosmosu, tylko z kanałów pod miastem. O horrorach lat 80. i 90., w których lęk nie ma kłów ani skrzydeł, tylko cuchnie ściekiem, gnije i żyje wśród ludzi.
Potwory z rynsztoka
W kinie grozy najczęściej boimy się tego, co poza cywilizacją: lasu, wampira, cmentarza, domu, którego ściany pamiętają zbyt wiele. Ale w latach 80. i 90. zaczęło się pojawiać coś innego – horror miejski, osadzony nie na odludziu, tylko w środku cywilizacyjnego rozkładu. Miasto stało się miejscem, w którym wszystko gnije: ciało, infrastruktura, więzi.
Nowy Jork tamtych lat był jego symbolem. Prawdziwym potworem, złożonym z brudu, korupcji, biedy i śmieci. Kanały zalane odpadkami i fekaliami, ulice pełne narkomanów i bezdomnych – to nie była tylko sceneria, ale metafora. Kino, które z tego wyrastało, brało miejską brzydotę dosłownie. Pokazywało cywilizację od środka, w jej stanie rozkładu.
W horrorach z tego okresu pojawia się obsesja na punkcie tego, co pod spodem. Pod chodnikiem, pod farbą, pod ciałem. Potwory są dosłowne – zrobione z chemikaliów, gnijących tkanek, odpadów, które ktoś zrzucił w kanał. To nie duchy, tylko konsekwencje. A najgorsze w nich jest to, że nie da się ich wypędzić egzorcyzmem, bo są częścią miasta. Czasem wręcz – jego mieszkańcami.
W tych filmach horror nie dzieje się gdzieś tam. On jest tu: w ściekach, w śmietnikach, w ludziach, którzy zniknęli z pola widzenia. Potwór to nie zewnętrzny wróg, tylko fizyczna manifestacja społecznego odrzucenia. Tak rodzi się coś, co można by nazwać kanalizacyjnym gotykiem: estetyka brudu, śmierci i zgnilizny, która nie udaje metafory, tylko naprawdę śmierdzi.
Miejskie bagno: C.H.U.D. i lęk przed bezdomnymi

Najbardziej dosłownym przykładem tego trendu jest C.H.U.D. (1984) Douglasa Cheeka – film, który nie udaje niczego ponad to, czym jest. Akronim w tytule rozwija się jako Cannibalistic Humanoid Underground Dwellers, czyli kanibalistyczni humanoidzi z podziemi. Brzmi głupio, i takie trochę jest, ale jednocześnie uderzająco szczere w swojej symbolice.
W filmie Nowy Jork nawiedzają zmutowani bezdomni mieszkający w kanałach. Rząd coś ukrywa, policja nie chce drążyć, a dziennikarz i fotograf próbują odkryć prawdę o tym, co czai się pod ulicami. Z jednej strony to klasyczny monster movie, ale z drugiej – historia o mieście, które pożera własne odpady.
C.H.U.D. to horror o lęku klasy średniej przed tym, co zepchnięto pod powierzchnię. Potwory są przecież ofiarami systemu – ludźmi bezdomnymi, którzy zniknęli w kanałach, a później zostali zmutowani przez toksyczne odpady. Nie przyszli znikąd; są rezultatem cywilizacyjnego bałaganu. A to, że atakują z dołu, z ciemności, to już tylko logiczna konsekwencja tego, że nikt nie chciał patrzeć, co się tam dzieje.
W latach 80. w USA pojawił się nowy rodzaj strachu: nie przed obcymi, tylko przed własnymi obywatelami, biednymi, chorymi, żyjącymi w ruinach miasta. C.H.U.D. ubiera ten lęk w gumowe maski i fluorescencyjne oczy, ale jego sedno jest ponure. To opowieść o społeczeństwie, które boi się tego, co stworzyło.
Miejskie potwory nie są tylko metaforą. Są skutkiem toksycznych odpadów, które dosłownie wypływają z rur. To horror ekologiczny, ale też społeczny – o gniciu, które zaczyna się w ściekach i kończy w psychice mieszkańców. Miasto nie jest miejscem akcji, tylko samym źródłem zła.
W tle majaczy jeszcze jedno: nieufność wobec instytucji. Rząd tuszuje sprawę, policja kłamie, a media zajmują się czymś innym. Brzmi znajomo. C.H.U.D. to film o tym, że jeśli zepchniesz zbyt wiele pod ziemię – biedę, przemoc, odpady, bezdomnych – to w końcu wszystko wypłynie. I wtedy nie wystarczy już zamknąć włazu.
Gnijące ciała, gnijące społeczeństwo: Street Trash (1987)

Jeśli C.H.U.D. był filmem o strachu przed tym, co ukryte, to Street Trash jest filmem o tym, co już dawno wylało się na wierzch. James M. Muro nakręcił go jak mokrą halucynację pokazującą koniec świata: tonącą w brudzie, przerysowaną, groteskową, a przy tym dziwnie smutną. To jedna z najbardziej ohydnych i najbardziej konsekwentnych wizji amerykańskiego dna.
Fabuła jest prosta, wręcz pretekstowa. Na wysypisku i w ruinach starej dzielnicy koczuje grupa bezdomnych, których codzienność to walka o resztki i tanie odurzenie. W jednym ze sklepów trafia się im stara butelka taniego alkoholu o nazwie „Viper”. Problem w tym, że trunek nie tyle odurza, co rozpuszcza pijących w kałuże tęczowej cieczy. To nie przenośnia – Muro naprawdę pokazuje ludzi, którzy topnieją jak lody w upale, a kamera z lubością rejestruje każdy rozbryzg.
Street Trash wygląda jak splatter nakręcony przez kogoś, kto zbyt długo spał pod wiaduktem. Nie ma tu próby upiększania nędzy, nie ma mitu „romantycznego outsidera”. Bohaterowie są brudni, wulgarni, okropni – i prawdziwi w swojej desperacji. Ich ciała się rozpadają, bo już dawno rozpadło się ich miejsce w świecie. Alkohol, którym próbują się odurzyć, jest tylko materialnym symbolem tego, jak system pozbywa się niepotrzebnych ludzi: butelka taniego jadu, sprzedawana za grosze, by szybciej oczyścić ulicę z tych, którzy przeszkadzają w ładnym widoku.
To film, który zamiast moralizować, śmieje się przez zęby z rzeczywistości. Czasem wręcz złośliwie – trup rozpływający się w kiblu to jednocześnie obrzydliwy żart i desperacka metafora. Nie ma tu miejsca na współczucie, bo świat przedstawiony nie zna tego pojęcia. Street Trash pokazuje Amerykę lat 80. jako wysypisko: kraj, który karmi się własnymi odpadkami, a potem udaje, że nie czuje zapachu.
Formalnie film balansuje między czarną komedią, horrorem i groteską. Kamera jest ruchliwa, kolory – agresywne, nienaturalne, jakby sam obraz się rozkładał. To kino zrobione z gnijącego materiału. Muro w wywiadach przyznawał, że chciał „pokazać śmieci jako ludzi i ludzi jako śmieci”. Trudno o bardziej dosłowne spełnienie tego zamierzenia.
Street Trash to horror o fizycznym rozpadzie, ale jeszcze bardziej – o społecznym. Ciała rozpuszczają się w kolorowej mazi, bo cały porządek świata, który je otacza, jest już płynny. To film o dezintegracji dosłownej i symbolicznej: człowiek traci formę, miasto traci strukturę, moralność rozpuszcza się w chemikaliach. Wszyscy są tylko mięsem w procesie przemysłowego gnicia.
Wśród tych wszystkich obrzydliwości kryje się coś niepokojąco szczerego. Street Trash nie ma bohaterów, ale ma empatię. Tyle że to empatia skażona, brudna, niewygodna. Nie każe współczuć bezdomnym – każe ich zrozumieć, choćby przez obrzydzenie. A to dużo trudniejsze.
Nowy Jork jako żywy organizm: Basket Case (1982) i Brain Damage (1988)

Frank Henenlotter to osobny przypadek w historii kina klasy B. W przeciwieństwie do Muro czy Cheeka, nie interesowały go polityczne metafory ani ekologiczne moralitety. Interesował go sam brud. Nie w sensie fizycznym, choć tego też nie brakowało, ale w sensie psychicznym: brud emocjonalny, seksualny, brud ludzkiego istnienia w mieście. W jego filmach Nowy Jork jest nie tyle tłem, co bohaterem – żywym, zmutowanym organizmem.
W Basket Case Henenlotter opowiada o młodym chłopaku, Duanie, który przyjeżdża do Nowego Jorku z koszykiem, w którym trzyma swojego zdeformowanego, odciętego brata bliźniaka – Beliala. Bracia są połączeni nienawiścią i miłością, a ich wspólna misja to zemsta na lekarzach, którzy ich rozdzielili. W praktyce to groteskowa bajka o symbiozie człowieka z własnym potworem.
Belial jest fizycznym ucieleśnieniem tego, co Duane próbuje ukryć. Kiedy jeden z nich wychodzi na ulice, drugi zostaje w pokoju hotelowym, ale ich świadomości wciąż się przenikają. To czysty Freudowski lęk przed id – przed tym, że nasze najbardziej zwierzęce popędy są zbyt blisko. Henenlotter ubiera psychoanalizę w lateks i sztuczną krew, ale jego film działa jak brudne lustro: każdy z nas coś w sobie trzyma w koszyku.
Nowy Jork w Basket Case jest dokładnie taki, jakiego się wtedy bał Reagan: pełen dewiantów, narkomanów, prostytutek, samotnych ludzi w rozpadających się hotelach. Kamera nie szuka piękna, tylko rozkładu. To miasto, które żyje własnym rytmem – zainfekowane, pulsujące, zarażające bohaterów swoją deformacją.
Sześć lat później Henenlotter nakręcił Brain Damage, film o uzależnieniu w formie groteskowej paraboli. Bohater, Brian, spotyka dziwną istotę przypominającą pasożyta o imieniu Aylmer, który wstrzykuje mu do mózgu substancję dającą halucynacyjną ekstazę. W zamian żąda tylko jednego – mózgu innych ludzi. Brian traci kontrolę, wciągnięty w cykl przyjemności i obrzydzenia.

To opowieść o uzależnieniu, które pożera od środka – nie tylko ciało, ale i moralność. Aylmer mówi głosem uwodziciela, obiecuje radość i wolność, a w praktyce zamienia człowieka w nosiciela. Henenlotter znowu pokazuje miasto jako pasożyta: w Basket Case pasożyt mieszka w koszyku, w Brain Damage – w głowie.
W obu filmach horror staje się intymny, cielesny, a jednocześnie społeczny. Uzależnienie, deformacja, seksualność – wszystko to splecione z miejskim rytmem. Nowy Jork nie jest tu tłem, tylko katalizatorem przemiany. To miasto, które wciąga ludzi w swoje kanały, brudzi ich i zamienia w coś innego.
Henenlotter nie romantyzuje marginalności, ale też jej nie demonizuje. W jego świecie potwory są ludzkie, a ludzie potworni, więc trudno wskazać granicę. W Brain Damage uzależnienie jest zarazem źródłem ekstazy i upadku – jak sama metropolia, która daje życie, ale też je wysysa.
Oba filmy tworzą portret Nowego Jorku jako żywego ciała: poranionego, śliskiego, lepkiego, uzależnionego od samego siebie. To miasto, które karmi się tym, co samo wytwarza, czyli odpadkami, energią, ludźmi. Horror Henenlottera to nie opowieść o strachu przed nieznanym, ale o niemożności ucieczki przed sobą.
Kiedy Brian w Brain Damage próbuje pozbyć się pasożyta, nie może – bo pasożyt to on sam. Kiedy Duane próbuje zabić Beliala, giną razem. W miejskim horrorze lat 80. nie ma katharsis.
Horror jako autopsja cywilizacji
Wszystkie te filmy – C.H.U.D., Street Trash, Basket Case, Brain Damage – mają wspólny mianownik: są o śmierci miasta. Nie takiej widowiskowej, z apokalipsą i ruinami, tylko powolnej, organicznej, jak gangrena, która zaczyna się od jednego martwego palca, a kończy amputacją całej kończyny. Lata 80. to moment, w którym Nowy Jork był jednocześnie centrum świata i jego wrzodem. Kino po prostu to zauważyło.
W horrorze tamtego okresu nie ma już zła metafizycznego. Nie ma diabła, nie ma demonów. Jest tylko ludzki produkt uboczny: toksyczne odpady, narkotyki, bieda, gniew. Potwory z kanałów i pasożyty z ludzkich głów to nie inwazja z zewnątrz, ale efekt uboczny cywilizacji, która się przejadła. Każdy z tych filmów to w zasadzie autopsja – sekcja zwłok społeczeństwa, które udaje, że jeszcze żyje.
Ameryka lat 80. lubiła myśleć o sobie jak o odrodzonym imperium. Reagan obiecywał siłę, moralność i powrót do porządku. Tymczasem w piwnicach tego porządku gniły tysiące ludzi, którzy nie pasowali do wizji „wielkiego narodu”: narkomani, chorzy psychicznie, bezdomni. Horror miejski był dla nich nieświadomym epitafium. Potwory z kanałów to oni – tylko pokazani w formie, jaką system był w stanie zaakceptować: groteskowej, odstraszającej, nieludzkiej.
To dlatego C.H.U.D. ma w sobie tyle niepokoju, a Street Trash tyle czarnego humoru. To nie są filmy o walce dobra ze złem, tylko o tym, co się dzieje, kiedy zło jest tak wszechobecne, że przestaje robić wrażenie. W Street Trash nikt już nie próbuje uratować świata – każdy po prostu próbuje przeżyć do następnego dnia, najlepiej z jakimś tanim napojem w ręku. W Basket Case bohater nie walczy z potworem, tylko próbuje się z nim pogodzić. To kino zrobione przez ludzi, którzy wiedzą, że nie da się już wrócić do „czystego” porządku.
Wizualnie też to widać. Miejski horror tamtej epoki wygląda, jakby był nakręcony samym brudem. Obiektyw kamery lepi się od dymu i smaru, kolory są chore, a światło wygląda jakby wydobywało się z ropy. Ten estetyczny rozkład to nie tylko efekt niskiego budżetu – to jego sens. Kino klasy B stało się idealnym medium dla opowieści o śmieciach, bo samo było traktowane jak śmieć.
W tych filmach trup nie jest potworem, tylko ofiarą. Prawdziwy potwór to system, który produkuje kolejne ciała do wyrzucenia. W Brain Damage uzależnienie to dosłownie pasożyt w głowie, ale można to czytać też szerzej – jako metaforę kultury konsumpcji, w której przyjemność jest towarem, a człowiek tylko tymczasowym pojemnikiem. Henenlotter, Muro, Cheek – wszyscy oni pokazują cywilizację, która pożera samą siebie.
To kino bez nadziei, ale nie bez sensu. Właśnie dlatego przetrwało. Dziś te filmy są już trochę zapomniane, ale to, co mówiły, jest aktualne, zwłaszcza w (moim zdaniem) dystopijnych Stanach Zjednoczonych.
To nie potwory są potworami
Trudno dziś znaleźć coś, co miałoby podobny ciężar. Współczesny horror lubi czystość – nawet jeśli opowiada o krwi, to ta krew jest cyfrowa, elegancko oświetlona, pozbawiona zapachu. Tamte filmy śmierdziały.
Miejski horror lat 80. i 90. był w pewnym sensie kinem brudu, które zrozumiało, że potwory są po prostu symptomem choroby. W C.H.U.D. zło wychodzi z kanałów, bo zostało tam zrzucone razem z odpadami. W Street Trash ludzie dosłownie topią się w chemicznej mazi, bo ich życie już wcześniej się rozpuściło. W Basket Case i Brain Damage bohaterowie noszą potwory w sobie, jak każdy, kto próbuje udawać, że jest normalny w nienormalnym świecie.
Najbardziej niepokojące w tym wszystkim jest to, że te filmy – tanie, brzydkie, czasem nieudolne – były w gruncie rzeczy szczere. Nie potrzebowały wielkich efektów, bo ich groza wynikała z rzeczywistości. Widz rozpoznawał w nich coś znajomego: samotność, brud, gnijące miasto. Potwory z kanałów nie były fantazją, tylko lustrem.
Dzisiaj, kiedy patrzy się na współczesne horrory, widać, jak bardzo uciekliśmy od tego lustra. Kino grozy stało się estetyczne, psychologiczne, uporządkowane. Nawet jego brud jest ładny. A przecież potwory nie miały być ładne. Miały przypominać, że cywilizacja to cienka odpryskująca warstwa farby na gnijących deskach.
Może dlatego miejskie horrory wciąż mają w sobie coś żywego. Nie dlatego, że są „kultowe” – to słowo już nic nie znaczy – tylko dlatego, że pokazują świat takim, jaki był i jaki wciąż jest, jeśli się dobrze przyjrzeć. Każde miasto ma swoje kanały. Każda cywilizacja ma swoje odpady, które w końcu nabierają kształtu i wracają, żeby zapytać: kto tu właściwie jest potworem?
Nie ma w tym żadnej metafizyki. To po prostu rachunek. Miejskie potwory nie są karą za grzechy – są produktem ubocznym porządku. Kiedy świat jest zbudowany na wykluczeniu, to prędzej czy później wykluczeni stają się nowym rodzajem życia.
Dlatego C.H.U.D. i jemu podobne filmy nie starzeją się. Ich gumowe maski i prymitywne efekty specjalne można wyśmiać, ale ich prawda zostaje. Bo to nie potwory są potworami. To my. Tylko że tamte filmy miały odwagę to powiedzieć wprost, w świetle neonów odbijających się w kałuży ścieków.