Marnowanie słów. O irytacji rytualnym językiem, której nikt nie rozumie

Kadr z filmu "Tysiąc słów"

Poprzedni tekst na Kulturalnych Bzdurach poświęciłem zapomnianym emocjom – tym dziwnym, nieoczywistym stanom, które często nie mają nazw w naszym języku, ale które nabierają intensywności i sensu w momencie, kiedy się je nazwie. Pisałem wtedy o czeskim słowie litost (czyli o nagłym stanie agonii i męki, który jest spowodowany uświadomieniem sobie własnej nędzy) i o tym, jak wiele może zmienić samo odkrycie, że to, co czułem, nie jest jedynie moim osobistym zaburzeniem percepcji, ale częścią większego ludzkiego doświadczenia. Czasem samo uświadomienie sobie, że coś da się nazwać, robi różnicę – buduje pomost między przeżyciem a świadomością.

Dziś chciałbym wrócić do tej formy: spróbować nazwać coś, co do tej pory nie miało dla mnie jasnego konturu. Chodzi o pewien typ irytacji, który towarzyszy mi od dzieciństwa. O coś, co moi bliscy z pewnością rozpoznają: moje nerwowe gesty w trakcie rozmowy, kiedy ktoś mówi coś na pozór nieszkodliwego, a ja się nagle spinam. Albo kiedy reaguję wyraźną niechęcią na zdanie, które nikomu innemu nie wydaje się warte komentarza. Mam też bardzo silne wspomnienie – choć mocno już zamglone – że wiele lat temu, jak byłem gówniarzem i gorzej panowałem nad emocjami, pokłóciłem się o to z mamą. Poszło o jakieś zwykłe zdanie, które uznałem za absurdalne, niepotrzebne, „nie do powiedzenia”, ale wtedy nie umiałem tego wyjaśnić. Nie miałem języka, żeby nazwać, co tak naprawdę mnie drażni. Teraz już mam. I spróbuję to rozłożyć na czynniki.

Chciałbym porozmawiać o emocji, która – być może błędnie – wydaje mi się ekskluzywna. Prywatna do granic niemożliwości. Jeszcze nigdy w życiu nikt nie powiedział mi: „Wiem dokładnie, co masz na myśli”, gdy o tym mówiłem. Kiedy dzieliłem się swoją frustracją, napotykałem tylko uprzejme kiwanie głową, zbywające „oj tam”, albo nerwowy śmiech. Moje podirytowane reakcje na pozornie normalne wypowiedzi często odbierane są jako drażliwość i gburstwo. A nie wydaje mi się wcale, że to dziwactwo. To jest bardzo konkretna niezgoda na pewien typ codziennej rzeczywistości. I zdaję sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie większość czytelników uzna moje wypociny za zwykłe czepialstwo i zacznie mnie podejrzewać o autyzm, ale czuję potrzebę określenia tego, bo to jest coś, co czasem naprawdę potrafi wyprowadzić mnie z równowagi.

Chodzi tu o coś, co do niedawna nazywałem „marnowaniem słów”.

Język jako drugie serce

Ten tekst jest zarazem kolejnym krokiem w moim ostatnim ciągu pisarskim – tym, który krąży wokół języka. Bo język, obok kultury rozumianej szeroko (filmu, muzyki, sztuki, literatury) i psychologii, to moje drugie serce. Język interesuje mnie nie tylko jako narzędzie, ale jako system. Pewien układ naczyń połączonych – reguł, intencji, efektów. System zbudowany z symboli, ale nieobojętny wobec świata. Bo przecież język nie jest tylko formą dekoracji: to główny interfejs między nami a światem. A skoro tak, to każde jego użycie ma konsekwencje. Kiedy wypowiadamy zdanie, robimy coś więcej niż tylko wydobywamy dźwięki: inicjujemy akt. Wchodzimy w grę społeczną, wpływamy na odbiorcę, modyfikujemy wspólne pole znaczeń. I kiedy ktoś traktuje język jak maszynę do produkcji pustych fraz, czuję to niemal fizycznie – jakby ktoś zgrzytał nożem po talerzu.

Mam niechęć do marnowania słów. Nie chodzi o to, że ktoś mówi za dużo – chodzi o to, że mówi nic. Wypowiada ciągi dźwięków, które nie niosą ze sobą żadnej wartości. Słowa, które nie wpływają na rzeczywistość, nie przekazują nowych informacji, nie zmieniają relacji, nie rozwijają narracji, nie dodają nic do tego, co już wiemy. Kiedy słyszę takie zdania, mam wrażenie, że ktoś wziął cenny zasób – język – i wyrzucił go do śmieci.

Czym jest „marnowanie słów”?

Moja irytacja uruchamia się niemal automatycznie, gdy słyszę zdania takie jak:

  • Tylko się nie spóźnij.
  • Nie zapomnij kluczy.
  • Nie zgub telefonu.
  • Postaraj się bardziej.
  • Nie przewróć się.

To nie są wyrażenia złośliwe. Nie są też wprost bezsensowne. Często wypowiadane są z troską, z intencją opieki lub wsparcia. Ale mimo to mają w sobie coś, co mnie drażni: ich oczywistość. Ich pozorna funkcjonalność. Ich brak skutku.

Weźmy zdanie „Tylko się nie przewróć” – to klasyczny przykład. Ono nie zapobiega upadkowi. Nie daje instrukcji, jak go uniknąć. Nie zwiększa szans na sukces. Jest czystą redundancją. Wypowiedziane przez rodzica, partnera, znajomego – brzmi jak troska, ale nie działa jak troska. Jest komunikacyjną atrapą. Nie wspominając już o tym, że zależnie od sytuacji może rozpraszać i zwiększać prawdopodobieństwo przewrócenia się. I to mnie irytuje najbardziej: że język traktowany jest tu jak rytuał, a nie narzędzie.

Ta redundancja boli mnie fizycznie. Naprawdę, fizycznie. Gdy słyszę kogoś, kto mówi: „tylko nie zapomnij oddać pracy” — po tym jak już sam mówiłem, że muszę oddać pracę i że o tym pamiętam — czuję coś między zniecierpliwieniem a agresją. To nie jest zwykła lekka irytacja, to jakiś rodzaj gwałtu na komunikacji, nadmiarowego hałasu, którego nie było potrzeba. Te słowa nic nie wnoszą, nic nie zmieniają, nie aktualizują wiedzy, nie dodają znaczenia. To jakby ktoś zamiast rozmowy uprawiał głuchy, nieefektywny monolog.

Co więcej, im bardziej jestem zmęczony, zestresowany albo przeciążony, tym dotkliwiej to odczuwam. To tak, jakby każda nadmiarowa informacja miała dla mnie konkretny koszt poznawczy. A jeśli już coś ma koszt, to chciałbym, żeby miało też wartość. Czasem po prostu to zignoruję, ale irytacja pojawia się wtedy, kiedy ten bilans wypada na minusie.

Dlaczego nazwałem to akurat „marnowanie słów”?

Jest jeden film, który długo we mnie siedział – mimo że świat go raczej odrzucił. Tysiąc słów z Eddiem Murphym w roli głównej to kino, które w pierwszym kontakcie wygląda jak klasyczna hollywoodzka komedyjka z lekcją na końcu, ale dla mnie było czymś dużo większym. Fabuła jest dość prosta: główny bohater, gaduła i manipulator słowny, zostaje „ukarany” magicznym drzewem, które traci jeden z tysiąca liści za każdym razem, gdy wypowie jakiekolwiek słowo. Gdy spadnie ostatni liść, umrze. Oznacza to, że każda wypowiedź staje się decyzją życia i śmierci. W trakcie filmu zdaje sobie sprawę z tego, że większość wypowiadanych przez niego słów nie miała żadnej wartości. I właśnie ten motyw – redukcja języka do absolutnego minimum – rozwalił mnie emocjonalnie.

Bo to nie jest film o tym, że trzeba być miłym i słuchać innych. Dla mnie Tysiąc słów to film o tym, że język ma wagę. Że każde słowo coś kosztuje. Że nie mówi się „bo tak wypada”, nie zasypuje się świata watą słowną i frazesami bez treści. I że, być może, ludzie którzy milczą, nie robią tego z braku pomysłu, tylko dlatego, że mierzą wagę swoich słów dużo dokładniej niż inni. Pamiętam, że jak oglądałem ten film, to czułem się, jakby ktoś po raz pierwszy filmowo opowiedział coś, co ja próbuję intuicyjnie wyrażać od lat. Jakby na chwilę ktoś powiedział mi: „ej, nie jesteś jedyny”.

Jasne – ten film nie spotkał się z uznaniem ani krytyków, ani widzów. Recenzje były zimne, ludzie kręcili nosem. I właśnie to mnie boli najbardziej, bo może ten brak zrozumienia, to rozczarowanie publiczności, bierze się z tego samego źródła, co moja frustracja opisana w tym tekście. Może nie potrafili zrozumieć tej historii, bo nie znają uczucia, że każde słowo jest zasobem.

Utwór, który przyjął koncept „stu słów, po których trupem padniesz”

Teoria Grice’a: jak powinna wyglądać sensowna rozmowa

Tutaj dochodzimy do jednej z kluczowych inspiracji, które pomogły mi zrozumieć, co tak naprawdę mnie w tym męczy. W latach 70. brytyjski filozof języka Paul Grice sformułował teorię tzw. maksym konwersacyjnych – nieformalnych zasad, które kierują rozmową wtedy, kiedy uczestnicy chcą być dla siebie zrozumiali. Te zasady to:

  1. Maksyma ilości – powiedz tyle, ile potrzeba (nie za dużo, nie za mało).
  2. Maksyma jakości – mów to, co uważasz za prawdziwe (unikaj kłamstw i niepotwierdzonych informacji).
  3. Maksyma relewancji – mów rzeczy istotne (czyli na temat).
  4. Maksyma sposobu – wyrażaj się jasno i zwięźle (bez niejednoznaczności).

I teraz spójrzmy na „Tylko się nie spóźnij”. To zdanie łamie maksymę ilości (bo nie dodaje nic do wiedzy rozmówcy), maksymę relewancji (bo nie odnosi się do żadnej konkretnej sytuacji wymagającej zmiany zachowania) oraz, być może, maksymę jakości (bo sugeruje, że spóźnienie jest realnie zależne od intencji, co z reguły nie jest prawdą). To zdanie nie robi nic – ono symuluje komunikację.

Żadne „emmm”, żadne „jakby nie patrzeć”

Właśnie dlatego, gdy sam się zastanawiam, co dalej powiedzieć, nigdy nie używam wypełniaczy typu „emm”, „umm”, „ymm”. One mnie drażnią, gdy słyszę je u innych, i drażniłyby mnie jeszcze bardziej, gdybym sam ich używał. Milczenie jest w takich sytuacjach szlachetniejsze, bo przynajmniej niczego nie udaje.

Podobnie mam z wyrażeniami typu „jakby nie patrzeć”, „to różnie bywa”, „no tak bym powiedział, ale zależy”. Dla mnie to jak powiedzieć „a kto umarł, ten nie żyje”: informacyjna nicość. Takie zdania to nie tylko puste słowa, ale też często wyraz uniku, braku stanowiska, braku odwagi. Lepiej jest od razu przejść do rzeczy bez tego typu zapychaczy.

Dlatego też pewnie często słyszę, że jestem małomówny. I trudno się nie zgodzić, bo naprawdę jestem małomówny. Nie wynika to jednak z jakiegoś wbudowanego wstydu przed rozmawianiem, z nieśmiałości czy braku pomysłów, ale z wyboru i szacunku do samego języka. Wierzę, że słowa mają wartość tylko wtedy, gdy niosą ze sobą sens, emocję, konkretną myśl. Mówienie dla samego mówienia, wypełnianie przestrzeni powietrzem, byle tylko coś powiedzieć, jest dla mnie stratą czasu – mojego i rozmówcy. Wolę chwilę milczeć, zastanowić się nad tym, co chcę przekazać, niż zasypywać przestrzeń pustymi frazesami czy bezwartościowymi odgłosami.

To milczenie, ta cisza, daje też innym szansę, by usłyszeli coś naprawdę ważnego, a nie tylko biały szum. W końcu rozmowa to nie wyścig na słowa, lecz wymiana – przemyślana, pełna intencji i szacunku. W tym sensie, bycie małomównym to mój sposób na dbanie o jakość komunikacji, a nie jej brak. I choć może to być czasem odbierane jako dystans czy chłód, dla mnie jest to autentyczność i klarowność przekazu, które trudno osiągnąć przez nieustanne powtarzanie „emm” i innych wypełniaczy.

Small talk mnie przeraża

Pamiętam, jak byłem na studiach dziennikarskich i mieliśmy zajęcia z angielskiego. Prowadziła je średnio sympatyczna lektorka, która z zapałem opowiadała nam, jak to Polacy są zgorzkniałym narodem, bo nie umiemy w small talk. „Zobaczcie, w krajach anglosaskich ktoś mówi: ‘hi, how are you?’ i słyszy: ‘fine, and you?’. A u nas? ‘Cześć, co słychać?’ – ‘Chujowo, czuję się jak gówno’”. Ona uważała, że to smutne. Że small talk to piękne zjawisko grzecznościowe, taka delikatna forma troski. A ja się wtedy załamywałem. Bo jeśli coś w świecie mnie naprawdę przytłacza, to właśnie small talk, jego redundancja i brak szczerości.

Nie widzę w nim żadnej funkcji. Jest dla mnie nieszczery, mechaniczny i zupełnie zbędny. Jeśli pytasz mnie, co słychać, a nie interesuje cię odpowiedź, to po co pytasz? Jeśli ja mam odpowiedzieć coś, co nie jest prawdą, tylko formą konwencji, to czemu nie mamy po prostu milczeć? Albo mówić o czymś, co rzeczywiście jest istotne?

Ta historia z wykładu dobrze pokazuje, jak głęboko różni się moje podejście do języka od tego, które dominuje społecznie. I może to jest właściwy moment, żeby przejść do sedna: nie chodzi o to, że ja nie lubię ludzi. Chodzi o to, że nie lubię słów, które niczemu nie służą.

Rytuał zamiast funkcji

Oczywiście ktoś może powiedzieć: ale przecież chodzi o rytuał, o relacyjność, o pokazanie troski!

Tak, zgadzam się. Ale właśnie dlatego ten rytuał mnie drażni. Bo zamiast funkcjonalności dostaję atrapę. Zamiast realnej wymiany jest coś, co tylko udaje komunikację. Jak rozmowa o pogodzie z sąsiadem w windzie – niby miło, ale wszyscy wiemy, że chodzi tylko o to, żeby nie było niezręcznej ciszy. Problem w tym, że ja tę ciszę lubię. Jestem funkcjonalistą w rozmowie. Jeśli już mam rozmawiać, chcę, żeby rozmowa czemuś służyła. Inaczej czuję się jak aktor w teatrze, który musi wygłosić kwestię tylko dlatego, że tak przewiduje scenariusz.

Marnowanie słów i jego rodzaje

Spróbuję rozwinąć ten katalog przykładów, żeby lepiej uchwycić ten irytujący nadmiar języka, który mam na myśli. Skupię się na różnych formach „marnowania słów” – od oczywistości, przez tautologie i rytuały, po powtarzanie w kółko tego samego.

1. Mówienie rzeczy oczywistych/tautologii/truizmów

  • „No, postaraj się.” – jakby ktoś planował się nie starać.
  • „Jak będziesz się uczyć, to dobrze napiszesz.”
  • „Nie rób głupstw.”
  • „Tylko nie zapomnij.”
  • „Zimno dzisiaj, ubierz się ciepło” – a jest środek zimy i stoję już w kurtce.
  • „To, co ma być, to będzie.”
  • „Zobaczymy, co z tego wyjdzie.” – wypowiedziane w kontekście, gdzie nie ma w ogóle żadnej innej opcji niż zobaczyć.

To komunikaty, które niczego nie dodają, ale są wypowiadane, jakby były konieczne – jakby milczenie było większym grzechem niż pustosłowie.

2. Niekończące się przypominanie tego samego

  • „Pamiętaj, że masz jutro tę wizytę. I jeszcze raz ci przypomnę wieczorem.”
  • „Nie zapomnij kluczy. Klucze. Weź klucze. KLUCZE.”
  • „Tylko nie zapomnij się podpisać na sprawdzianie.” – po raz szósty w tygodniu.
  • „Mówiłam ci już, żebyś tak nie robił.” – „Ale przecież już tak nie robię.” – „No właśnie, ale żebyś pamiętał.”

Powtarzanie nie jako przypomnienie, ale rytualna kontrola, jakby sama obecność słów miała zabetonować rzeczywistość.

3. Ostrzeżenia, które nie mają już zastosowania/są zbędne

  • „Tylko nie rozlej.” – kiedy już kończysz nalewać.
  • „Tylko nie zgub!” – w sytuacji, gdzie nie planujesz ani nie masz zwyczaju gubić czegokolwiek.
  • „Nie zapomnij wrócić.”
  • „Tylko nie zrób z siebie idioty.” – jakby zrobienie z siebie idioty było częścią mojego planu.

To werbalne asekuracje. Ludzie gadają, żeby zminimalizować lęk, ale efekt końcowy to rozdrażnienie – bo zaufanie zostaje zastąpione banałem. Co więcej, jeżeli wcześniej nie obawiałem się, że „zrobię z siebie idiotę”, to po usłyszeniu czegoś takiego nagle się tego obawiam.

4. Komunikaty czysto fasadowe, żeby coś powiedzieć”

  • „No i jak tam, wszystko w porządku?” – zadane w formie small talku tylko po to, by nie było ciszy, ale nie obchodzi cię odpowiedź.
  • „Musimy się kiedyś spotkać.” – wypowiedziane z grzeczności, bez rzeczywistego zamiaru zrobienia czegokolwiek. Nie możemy po prostu porozmawiać bez umawiania się na spotkanie, jeżeli oboje wiemy, że nie lubimy się na tyle żeby się z premedytacją spotkać?
  • „Kopę lat, co u ciebie?” – „Stara bieda.” – niby klasyczna wymiana zdań, niby coś zostało powiedziane, a jednak absolutnie nic. Pytanie ma sens: minęło dużo czasu, wypada zapytać, jak się wiedzie. Ale odpowiedź „stara bieda” to fraza-wydmuszka. Niby odpowiada, ale w rzeczywistości unika jakiejkolwiek konkretnej informacji. Każdy jej używa, jakby była bezpiecznym kluczem do zamknięcia tematu. A przecież można powiedzieć cokolwiek – że z żoną właśnie się przeprowadziliście, że dalej siedzisz na tych samych studiach, że nadal pracujesz w tym samym biurze i marzysz, żeby rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady. Nawet zdawkowe „dalej to samo, ale nie narzekam” daje więcej niż „stara bieda”. Bo „stara bieda” nie tylko nic nie znaczy, ona wręcz sabotuje rozmowę, udaje informację, a w rzeczywistości jest tylko kolejnym przykładem tego, jak język może istnieć wyłącznie po to, żeby wypełnić lukę między przywitaniem a pożegnaniem.
  • „Coś trzeba będzie z tym zrobić.” – wypowiadane przez kogoś, kto nic nie zrobi.
  • „No cóż, takie życie.”

To język jako zapełniacz powietrza. Nie informuje, nie deklaruje, nie zobowiązuje – tylko istnieje, jak small talk w windzie.

5. Tłumaczenie się z rzeczy oczywistych

  • „Zadzwoniłem, bo chciałem z tobą porozmawiać.”
  • „Napisałem wiadomość, bo myślałem, że cię nie ma.”
  • „Mówię to, bo chcę, żebyś wiedział.”
  • „Pojechałem wcześniej, żeby się nie spóźnić.”

Tu drażni nadmiar wyjaśnień; jakby język był potrzebny do uprawomocnienia czegoś, co jest samo w sobie logiczne i wynika z kontekstu.

6. Słowa-wypełniacze, które symulują sens

  • „Tak jakby.” / „Generalnie.” / „W sumie.” / „Ogólnie rzecz biorąc.” – wypowiadane w każdej drugiej frazie.
  • „Moim zdaniem uważam, że…” – pleonazm totalny.
  • „Jakby nie patrzeć, to różnie bywa.”

Język jako mgła: nie żeby coś powiedzieć, ale żeby brzmiało, jakby coś się mówiło.

To nie (tylko) neurotyczność

Nie wiem, czy to jest osobowościowa cecha, neurotyczność, czy coś bardziej strukturalnego. Może to kwestia wysokiej wrażliwości poznawczej. A może po prostu pewnej estetyki: nie lubię językowego brudu. Nie znoszę pustych opakowań. Lubię, kiedy każde zdanie coś znaczy – nawet jeśli to znaczenie jest niewygodne. Lubię, kiedy rozmowa prowadzi gdzieś dalej, a nie tylko zatacza krąg.

Czasem mam wrażenie, że jestem z innego świata: takiego, gdzie słowa są zasobem nieodnawialnym, więc trzeba je ważyć. Gdzie każde zdanie musi być albo gestem, albo ostrzem. Gdzie język to nie tylko nośnik, ale broń, mapa, technologia. I w takim świecie fraza „Tylko się nie zgub” brzmi dla mnie jedno wielkie, bezsensowne NIC.

Marnowanie słów – czy istnieje profesjonalna nazwa?

Nie znam oficjalnego terminu, który opisywałby to zjawisko. Ale może dałoby się to nazwać:

  • „alergią na język rytualny”,
  • „minimalizmem komunikacyjnym”,
  • „hiperświadomością pragmatyczną”,
  • „nadreaktywnością na komunikacyjne puste gesty”.
  • „pragmatyczną nietolerancją komunikacyjną”,
  • „minimalizmem językowym poznawczym”,
  • „nadwrażliwością na redundancję języka”,
  • „utylitaryzmem językowym”.

Albo jeszcze inaczej: może to nie jest osobna emocja, tylko skrzyżowanie kilku – frustracji, nudy, niepokoju, wrażliwości estetycznej i potrzeby klarowności. Taki właśnie konglomerat wewnętrznego protestu wobec pustych komunikatów, które zanieczyszczają rozmowę jak smog. Ale na pewno to realne emocje. Bo czuję je w ciele. W karku, kiedy słyszę frazę, której nikt nie musiał wypowiedzieć. W zaciśniętym gardle, kiedy zmuszam się do odpowiedzi, choć wiem, że milczenie byłoby uczciwsze. W głowie, kiedy analizuję – po raz tysięczny – po co to w ogóle zostało powiedziane.

Po co ten tekst?

Bo chcę to opisać. Bo może ktoś z was to też czuje. Może w innej formie, w innym natężeniu, ale w podobnym sensie. Może raz w tygodniu masz to ukłucie: że ktoś powiedział coś, czego nie musiał mówić i przez to zmęczył cię bardziej niż cała rozmowa. Może też czujesz się wyobcowany z rytualnej mowy. Może nie rozumiesz, dlaczego ludzie nie mogą po prostu nie mówić, jeśli nie mają nic do powiedzenia.

Nie wykluczam, że to, co opisuję, dałoby się ująć w terminach klinicznych. Może to cecha ADHD. Może to element spektrum autyzmu. Może to po prostu osobowość, która nie lubi bałaganu. Ale nawet jeśli, to nie zmienia faktu, że „marnowanie słów” jest czymś, co wciąż pozostaje niedookreślone kulturowo. Nie ma na to słowa, nie ma na to etykiety. Nie pisze się o tym artykułów, więc ja to chciałem zrobić jako pierwszy.

Bo może gdyby więcej ludzi o tym mówiło, to byłoby mniej frustracji, mniej poczucia niezrozumienia. Może przestalibyśmy traktować język jak coś, co „się po prostu robi”, a zaczęlibyśmy traktować go z taką samą czułością, jak traktujemy muzykę, obraz, architekturę. Może wtedy każde słowo znaczyłoby więcej i nie marnowalibyśmy ich aż tyle.

Ale może właśnie w tym cały problem, że te słowa nie są po to, żeby coś znaczyć. Ich funkcja nie jest informacyjna, tylko społeczna. To formy fatyczne – jak powiedziałby Jakobson – wypowiedzi, których głównym celem jest podtrzymanie kontaktu, a nie wymiana treści. „Tylko się nie spóźnij„, „Nie zgub telefonu„, „Postaraj się” – to nie są komunikaty, to gesty. Słowne dotknięcia ramienia. Nie oczekują odpowiedzi, nie wnoszą nowych danych, ale potwierdzają: jestem przy tobie, zauważam cię, troszczę się.

I właśnie dlatego tak trudno mi o tym mówić bez ryzyka niezrozumienia. Bo dla wielu osób ta warstwa – relacyjna, niewerbalna, ukryta w słowach – jest najważniejsza. Dla nich nie chodzi o logikę zdania, tylko o jego intencję. A ja… ja najwyraźniej funkcjonuję inaczej. Dla mnie język jest przede wszystkim narzędziem precyzji. Ilekroć ktoś używa go inaczej, czuję się tak, jakby wbijał mi w skórę gwoździe. Jasne, da się. Ale po co?

To napięcie między językiem jako kodem precyzyjnej transmisji a językiem jako tkanką relacyjności to może być źródło nieporozumień. I wiem, że wiele razy doszło do nieporozumień – do mojej frustracji i cudzej dezorientacji moją frustracją. I może właśnie dlatego to uczucie wydaje się tak samotne. Bo irytacja na „marnowanie słów” nie bierze się tylko z logiki. Bierze się z pęknięcia między dwiema koncepcjami komunikacji. Z konfliktu między tym, co moim zdaniem powinniśmy robić słowami – a tym, co słowami chce robić większość ludzi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *