
Czasem, kiedy piszę o kulturze, mam wrażenie, że balansuję na cienkiej linie między tym, co fascynujące, a tym, co odpychające. Dziś jednak lina jest wyjątkowo cienka, a pod nią rozciąga się przepaść. Chcę wam opowiedzieć o filmie, który od ponad trzech dekad prowokuje dyskusje o granicach sztuki, historii i ludzkiej wytrzymałości psychicznej. Chodzi o Man Behind the Sun z 1988 roku – w Polsce znany jako Oddział 731 – oraz trzy jego mniej znane kontynuacje. To nie jest kino łatwe. To nawet nie jest kino „trudne” w tym sensie, w jakim mówi się o ambitnych dramatach czy eksperymentalnych fabułach. To dzieło, które wprost pokazuje jedne z najokrutniejszych czynów w historii XX wieku, często w sposób tak realistyczny, że niektórzy widzowie podejrzewali, iż film zawiera autentyczne materiały dokumentalne.
Pierwsza odsłona cyklu nosi tytuł Man Behind the Sun („Człowiek za Słońcem”), natomiast kolejne części ukazały się już jako Men Behind the Sun („Ludzie za Słońcem”). Różnica ta wynika z faktu, że pierwszy film koncentruje się przede wszystkim na generale Shirō Ishii, podczas gdy następne opowiadają o działaniach szerszej grupy członków Oddziału. Dla ułatwienia lektury i spójności tekstu będę posługiwał się tytułem Men Behind the Sun w odniesieniu do całej serii.
Zanim jednak zaczniemy rozmawiać o tym, czy taka brutalność jest uzasadniona w imię historycznej prawdy, musimy cofnąć się do źródła. Bo Oddział 731 nie jest wymysłem scenarzysty, a jego historia, która brzmi jak fikcyjny scenariusz horroru wojennego, wydarzyła się naprawdę.
Oddział 731 – granice ludzkiego okrucieństwa
Oddział 731 był jednostką Armii Cesarskiej Japonii, działającą w latach 1936–1945, oficjalnie funkcjonującą pod niewinną nazwą Instytut Badań i Epidemiologii Prewencyjnej. W rzeczywistości był to jeden z najbardziej przerażających ośrodków badawczych w historii, którego głównym celem było prowadzenie eksperymentów z bronią biologiczną i chemiczną oraz badania medyczne na ludziach. Badania, które były tak okrutne, że nazywanie ich „zbrodnią wojenną” wydaje się zmiękczeniem lub niedopowiedzeniem.
Oddział powstał z inicjatywy generała Shirō Ishiego, lekarza wojskowego, który był zafascynowany potencjałem broni biologicznej jako środka masowego rażenia. Od samego początku mówił: „Misją od Boga każdego medyka jest blokowanie choroby i jej eliminacja, lecz zadanie, nad którym będziemy tu pracować, jest całkowitą odwrotnością tej reguły”. Jego ambicje zbiegły się z imperialnymi planami Japonii, która po zajęciu Mandżurii w 1931 roku mogła swobodnie prowadzić tam tajne projekty wojskowe. Oddział 731 mieścił się w Pingfang, na przedmieściach Harbinu, i zajmował teren o powierzchni około sześciu kilometrów kwadratowych. Otoczony wysokim murem, strzeżony przez uzbrojonych żołnierzy, funkcjonował jak autonomiczne miasteczko – z laboratoriami, więzieniami, poligonami do testów i krematoriami.
Ofiary Oddziału 731 nazywano w dokumentach maruta, co po japońsku oznacza „kłody drewna”. Było to celowe odczłowieczenie więźniów, mające ułatwić personelowi przeprowadzanie nieludzkich eksperymentów. Większość „maruta” stanowili Chińczycy (zarówno żołnierze, jak i cywile), ale wśród ofiar byli też Koreańczycy, Mongołowie, a nawet jeńcy z ZSRR oraz nieliczni alianci.
Eksperymenty przeprowadzane w Oddziale 731 obejmowały m.in.:
- Wiwisekcje bez znieczulenia – aby „nie zakłócać” naturalnego przebiegu chorób, pacjentów rozcinano żywcem, obserwując postępy infekcji lub uszkodzeń organów.
- Testy broni biologicznej – więźniom celowo podawano bakterie dżumy, cholery czy wąglika, a następnie monitorowano ich reakcje. Kilkukrotnie rozprzestrzeniono te choroby w wioskach leżących nieopodal, prowadząc do śmierci dziesiątek tysięcy cywilów.
- Badania nad hipotermią – skazywano ludzi na długotrwałe przebywanie w ekstremalnie niskich temperaturach, aby badać odmrożenia i sposoby ich leczenia.
- Badania nad uszkodzeniami tkanek – więźniom zamrażano kończyny za pomocą ciekłego azotu, a następnie oblewano wrzątkiem (lub po prostu odłupywano silnym ciosem) aby sprawdzić uszkodzenie tkanek.
- Badania nad mutacjami – więźniom odcinano kończyny, po czym przyszywano je w innym miejscu, aby sprawdzić, czy np. amputowana noga może zrosnąć się z plecami.
- Eksperymenty balistyczne – więźniów przywiązywano do palików i ostrzeliwano z różnych typów broni w celu analizy ran.
- Testy granic wytrzymałości – od celowego głodzenia po przymuszanie do picia morskiej wody.
Wszystko to było prowadzone w atmosferze wojskowej dyscypliny, ale też niemal biurokratycznej obojętności. Liczyły się wyniki, liczby, raporty. Maruta w tym równaniu był tylko materiałem badawczym.
Milczenie po wojnie
Po kapitulacji Japonii w 1945 roku Oddział 731 został zlikwidowany, a jego infrastruktura zniszczona. Personel otrzymał rozkaz zabicia pozostałych więźniów, aby nie pozostawić świadków. Wydawałoby się, że sprawiedliwość dosięgnie ludzi odpowiedzialnych za te zbrodnie, jednak historia potoczyła się inaczej.
W ramach powojennych układów między Japonią a Stanami Zjednoczonymi wielu członków Oddziału 731 uniknęło procesu w zamian za przekazanie Amerykanom wyników swoich badań (prawdopodobnie stąd, między innymi, tak dokładnie rozumiemy działanie hipotermii). Generał Shirō Ishii nigdy nie stanął przed trybunałem. Większość lekarzy i oficerów kontynuowała kariery w powojennej Japonii. Niektórzy zostali profesorami medycyny, inni pracowali w firmach farmaceutycznych. Przykro się myśli o tej bezkarności, zwłaszcza mając świadomość, że w internecie można znaleźć zdjęcia roześmianych członków Jednostki 731 po latach w trakcie zjazdu. Sugeruje to nie tylko, że dobrze się przy tym wszystkim bawili, ale też że zabawa była na tyle przednia, że warto się spotkać i to sobie powspominać we wspólnym gronie…
Dopiero w latach 80. zaczęto w Japonii szerzej mówić o istnieniu Oddziału 731, a temat ten wciąż jest drażliwy w relacjach japońsko-chińskich. W Chinach historia jednostki jest znana i nauczana w szkołach, natomiast w Japonii długo traktowano ją jako tabu.

Men Behind the Sun: fabuła i obraz wojennego laboratorium
Men Behind the Sun (1988), w reżyserii T.F. Mou, to film, który od samego początku nie ukrywa swojej intencji: ma być brutalną, niemal dokumentalną rekonstrukcją działalności Oddziału 731. Akcja rozgrywa się w ostatnich latach II wojny światowej, gdy Japonia powoli traci inicjatywę na froncie, ale laboratoria w Pingfang wciąż pracują pełną parą.
Głównymi bohaterami – choć „bohaterowie” to może nie do końca właściwe słowo – są trzej młodzi chłopcy, nastoletni rekruci Armii Cesarskiej, którzy trafiają do jednostki na szkolenie. Ich perspektywa początkowo służy widzowi jako wprowadzenie do hermetycznego świata Oddziału 731: chłopcy są naiwni, zdyscyplinowani, a przede wszystkim ciekawi tego, czym zajmuje się tajemnicze laboratorium. Szybko jednak odkrywają, że zamiast zwykłego wojska trafili w sam środek systematycznych eksperymentów na ludziach.
W filmie widzimy m.in.:
- Procedury przyjmowania więźniów – transportowanych w zamkniętych ciężarówkach, traktowanych jak przedmioty, numerowanych i zamykanych w celach.
- Wiwisekcję kobiety zarażonej dżumą – jedna z najbardziej znanych i kontrowersyjnych scen filmu, w której sekcja zwłok (a właściwie ciała wciąż żyjącego człowieka) pokazana jest bez żadnego upiększania.
- Testy hipotermii – scena, w której więźniarce zamraża się ręce w lodowatych warunkach, aż skóra i tkanki dosłownie odpadają od kości.
- Eksperymenty z bronią chemiczną i balistyczną – więźniowie wykorzystywani są jako żywe tarcze w testach granatów, miotaczy ognia czy pocisków z różnych dystansów.
- Zakażenia wirusami i bakteriami – w tym przerażający moment, gdy więźnia zamyka się w komorze z zakażonymi pchłami, aby zbadać tempo rozprzestrzeniania się dżumy.
Między tymi scenami przewijają się obrazy codziennego życia personelu – żołnierze jedzą, rozmawiają, żartują, a nad całością czuwa generał Shirō Ishii, przedstawiony jako postać charyzmatyczna, ale bezwzględna. Kamera często zestawia zwykłe wojskowe rytuały z niewyobrażalnym okrucieństwem, jakie dzieje się za drzwiami laboratoriów.
Ważnym elementem filmu są też wstawki sugerujące zbliżający się koniec wojny. Japonia przegrywa, morale spada, a w oddziale pojawiają się napięcia – część żołnierzy zaczyna kwestionować sens eksperymentów, inni zaś ślepo wykonują rozkazy. Finał filmu przedstawia rozpad jednostki: rozkazy zniszczenia wszystkich dokumentów, zatarcia śladów działalności i pozbycia się więźniów, aby żadna informacja o tym, co się tu działo, nie wyszła na jaw.
Trzy kontynuacje Men Behind the Sun
Trzy kontynuacje (często nazywane „podróbkami”): Laboratorium Diabła (1992), O krok od śmierci (1994) i Masakra w Nankinie (1995) próbowały kontynuować temat, ale w znacznie luźniejszy i mniej wierny historycznie sposób. O ile pierwszy film był w dużej mierze rekonstrukcją realnych wydarzeń z Oddziału 731, o tyle kolejne części coraz bardziej skręcały w stronę sensacji i filmowej eksploatacji. Druga część jest osadzona w ośrodku badawczym, prezentując podobne eksperymenty, lecz bez tej samej dbałości o historyczny kontekst. Trzecia opowieść koncentrowała się na wątku żołnierza zarażonego jedną z plag trzymanych w ośrodku. Czwarta część powróciła do opowiadania wiernej historycznie prawdy, natomiast była już praktycznie antologią scen okrucieństwa, łączącą półdokumentalne materiały z inscenizowanymi obrazami, które miały szokować, a nie opowiadać spójną historię. Wszystkie razem oddaliły się od rekonstrukcji faktów, stając się raczej zbiorem ekstremalnych obrazów inspirowanych legendą Oddziału 731.
Granice przedstawiania historii na ekranie
Kontrowersje wokół Men Behind the Sun zaczęły się w zasadzie od momentu jego premiery. Krytycy zarzucali reżyserowi T.F. Mou epatowanie przemocą dla samej przemocy, brak wrażliwości wobec ofiar, a także zacieranie granicy między dokumentem a filmem eksploatacyjnym. Obraz był blokowany w niektórych krajach, pokazywano go w obiegu podziemnym, a tam, gdzie trafiał do oficjalnej dystrybucji, zwykle doczekiwał się mocnych cięć montażowych.
Reżyser bronił się, mówiąc wprost: film jest tak brutalny, bo historia była tak brutalna. Nie zamierzał stosować metafor, symboliki czy skrótów narracyjnych. Według niego wszelkie złagodzenie przedstawienia eksperymentów Oddziału 731 byłoby formą cenzury i zdrady wobec prawdy historycznej. W wywiadach podkreślał, że reakcje widzów – obrzydzenie, szok, czasem wręcz gniew – są dowodem na to, jak bardzo prawdziwe wydarzenia wstrząsają człowiekiem, jeśli przedstawi się je bez filtra popkulturowej przystępności.
Dlaczego Men Behind the Sun jest jedyny w swoim rodzaju
Większość filmów wojennych, nawet tych pokazujących największe okropieństwa, opiera się na pewnym kompromisie między realizmem a komfortem oglądania. Produkcje takie jak Full Metal Jacket, Kompania Braci czy Szeregowiec Ryan potrafią ukazać chaos bitew, śmierć i cierpienie, ale wciąż zostawiają widzowi przestrzeń na oddech. Nawet jeśli oglądamy sceny brutalne, to ich inscenizacja jest przemyślana tak, aby były one częścią szerszej narracji – dramatycznej, ale przyswajalnej.
Men Behind the Sun nie idzie na taki kompromis. To film trudny do obejrzenia nie dlatego, że widz myśli „jak straszne były te czasy”, ale dlatego, że kamera bezlitośnie rejestruje szczegóły rozkładu ciała, krwawych ran czy wiwisekcji. Brak tu momentów, które pozwalają złapać dystans, bo prawie każda scena jest przesiąknięta okrucieństwem. W efekcie film w odbiorze wielu osób staje się nie tyle lekcją historii, ile doświadczeniem granicznym, które ciężko przetrawić.
Film historyczny czy kino gore?
Interesujące jest to, że Men Behind the Sun, mimo swojej deklarowanej wierności faktom, rzadko bywa wymieniany na listach filmów historycznych. Nie trafia też na zestawienia filmów wojennych. Zamiast tego regularnie pojawia się w rankingach „najbardziej brutalnych filmów w historii” obok innych produkcji gore, najczęściej na stronach dla fanów horrorów. W praktyce oznacza to, że dla szerokiej publiczności Men Behind the Sun funkcjonuje nie jako narzędzie edukacji historycznej, ale jako pozycja dla miłośników ekstremalnego kina.
To paradoks: film starał się być dokumentem fabularyzowanym, a został zaszufladkowany jako rozrywka dla fanów gore. Wynika to po części z tego, jak odbieramy kino – łatwiej nam zaakceptować przemoc, jeśli jest oprawiona w konwencję heroizmu czy klasycznej narracji wojennej. Jeśli jest podana w formie surowej, bez fabularnego „cukru”, traktujemy ją jako coś innego, coś wykraczającego poza „normalne” kino historyczne.

Czy można tę historię opowiedzieć inaczej?
Nasuwa się zatem myśl: czy warto tego typu zbrodnie wojenne ponownie urzeczywistniać za pośrednictwem kina? I na to pytanie odpowiem pytaniem, bo czy da się opowiedzieć o Oddziale 731 w inny sposób, który nadal byłby wierny faktom, ale mniej drastyczny? Problem polega na tym, że historia jednostki w swojej istocie jest historią nieludzkiego cierpienia i eksperymentów prowadzonych z absolutną brutalnością. Jeśli tę brutalność wytnie się z obrazu, zostanie jedynie ogólny zarys pozbawiony sedna tego, czym ta zbrodnia była.
Każda próba złagodzenia przekazu, na przykład przez unikanie szczegółów, stosowanie sugestii zamiast pokazywania, byłaby już filtrem, który czyni obraz mniej prawdziwym. W efekcie powstałby film, który co prawda łatwiej byłoby oglądać, ale który traciłby swoją największą siłę: wstrząs autentycznością. To właśnie dlatego reżyser wybrał drogę pełnej dosłowności, a nie metafory.
Ostatecznie Men Behind the Sun opowiada historię, której nie da się przedstawić w łagodny sposób bez jej zakłamywania. Problem w tym, że taka forma przekazu z definicji ogranicza liczbę odbiorców. Widzowie, którzy trafiają na ten film, rzadko oglądają go z motywacji edukacyjnej. Zdecydowana większość przychodzi po ekstremalne wrażenia, a nie po lekcję historii.
Stąd bierze się też spora część kontrowersji: nie z samej treści historycznej, lecz z tego, jak jest odbierana. Men Behind the Sun nie jest „przyjemnym” filmem, nawet w kategorii trudnego kina wojennego. Nie daje przestrzeni na katharsis, nie ma momentów ulgi, zostawia widza w stanie szoku. A ponieważ współczesna kultura filmowa w dużej mierze opiera się na przystępności, nawet w przypadku tematów ciężkich, film wypada poza główny nurt i ląduje w niszy sensacji.
Przystępność kontra prawda
Według mnie kontrowersje wokół Men Behind the Sun pokazują jedną, bardzo niewygodną prawdę: ludzi bardziej interesuje przystępność niż prawda. Seriale takie jak Kompania Braci czy filmy typu Full Metal Jacket potrafią być okrutne, ale wciąż pozostają produkcjami, które można obejrzeć na wieczór do popcornu, bo ich forma pozwala widzowi czuć się bezpiecznie w ramach opowieści. W przypadku historii Oddziału 731 tak się nie da – albo pokazujemy ją taką, jaka była, albo fałszujemy jej obraz.
Men Behind the Sun wybrał pierwsze podejście, a efekt jest taki, że film żyje dziś w dwóch światach: dla jednych jest ostrym kinem gore, dla innych jedyną filmową próbą pokazania tej historii bez filtrów. I to właśnie jest sednem całej kontrowersji: nie chodzi o to, że film jest „zbyt brutalny”, tylko o to, że jest brutalny w sposób, który odbiera komfort odbioru. A jeśli odbiorca musi wybierać między prawdą a wygodą – najczęściej wybiera wygodę.
Ciekawy artykuł o kontrowersyjnym filmie „Men Behind the Sun” i trudnej historii Oddziału 731. Nasunęło mi się pytanie dotyczące przedstawiania takich historycznych traum w kinie – czy nie lepiej byłoby skupić się na dokumentowaniu faktów poprzez współczesne narzędzia prawne? Przy okazji znalazłem ciekawą stronę https://e-residency.com/blog/common-nie-myths-spain/, gdzie wyjaśniane są mity dotyczące hiszpańskich procedur identyfikacyjnych. Jak myślicie, czy podobne przejrzyste wyjaśnienia historycznych faktów (jak te o NIE) mogłyby być lepszym sposobem edukacji niż drastyczne filmy? Czy może jednak takie szokujące obrazy są potrzebne, by dotrzeć do świadomości ludzi?