Krvavy i surowość jako wybór artystyczny
No i tu Was mam, czytelnicy, wpadliście w moją pułapkę. Wkręciłem Was w czytanie tekstu o artyście udając przez cały ten czas, że to esej. No, ale tak się składa, że akurat mam pod ręką idealny przykład muzyka, który mniej lub bardziej świadomie wpisuje się w tematykę artykułu. Jako ciekawostkę mogę jeszcze dodać, że jest to artysta posiadający najdłuższy staż w moim repertuarze, bo słucham go od samego początku, a jego utwory przytoczyłem na każdej maturze próbnej oraz na właściwej maturze rozszerzonej z języka polskiego.
Krvavy to katowicki artysta tworzący muzykę alternatywną z pogranicza rapu rytualnego. To, o czym pisałem powyżej, jest szczególnie zauważalne w starszych utworach. Utwory Krvavego przypominają bardziej autorską poezję śpiewaną niż rap. Wczesne nagrania artysty charakteryzowały się niemal surowym brzmieniem – proste bity, niedoskonałości techniczne, a czasem wręcz toporna produkcja. Krvavy często wyprzedzał tempo bitu lub próbował go dogonić, gubił rytm, miał słyszalne ślinotoki i borykał się z problemami dykcyjnymi. Jestem pewien, że był tego świadomy, bo na przestrzeni lat często usuwał, przywracał i znowu usuwał swoje stare utwory, przy okazji niechętnie i nie zawsze uprzejmie odpowiadając na pytania słuchaczy na ich temat, tak jakby się ich w pewien sposób wstydził.
Czy ta surowość była świadomym wyborem artystycznym, czy raczej wynikała z braku doświadczenia, chęci lub budżetu? Tego nie wiem, ale wszystko to jednak działało na korzyść jego tekstów, które, jak w przypadku dobrego wiersza, wymagały od słuchacza skupienia. Braki w formie pozwalały słowom wyjść na pierwszy plan, co czyniło muzykę niejako służebnym narzędziem.
Współczesna poezja śpiewana
Określenie „poezja śpiewana” w odniesieniu do rapu może być odbierane niejednoznacznie, a może nawet i z przewróceniem oczami, bo często zespoły tj B.O.K. lub płyty takie jak Trójkąt Warszawski są szczycone tym mianem. Nie żebym miał coś przeciwko, ale już słyszałem kilka razy, że nazywanie każdego bardziej ambitnego rapu poezją śpiewaną to zła droga – bo słowo „poezja” kojarzy się raczej ze Zbigniewem Herbertem niż z Biszem. Zapewniam jednak, że kiedy określam w ten sposób Krvavego to robię to bez wyrzutów sumienia. Poniżej kilka cytatów, które powinny zarysować co mam na myśli:
Była jak Werter, bo się chyliła wzgórzem
Po śmierci jałmużnę, chyba w słabości
Że niedane było jej okrętem za morzem
A tylko łupiną być w kałuży nicości
Cóż jest piękniejsze nad człeka upodlenie
Słyszeć codziennie jego skamlenie
Ryć boleść na bladej skóry powłoce
Dzień w dzień patrzeć na jego owoceA On piekląc się siedzi na swym tronie
W nienawiści tonie na cierpkim nieboskłonie
Zazdrosny jak gwoździe o krzyż patrzy na człowieka
Któremu miłość do Boga zastąpiła dziś kobieta
W tych słowach, choć brutalnych i pełnych mroku, odnajdujemy esencję, która przybliża nas do zrozumienia, w jaki sposób Krvavy wykorzystuje język poezji, aby wyrazić swoją wizję świata. Choć forma jest bardziej surowa, a wokal jest charczący i bardziej przypominający metal niż rap, to jednak sama głębia przekazu – w swoich obrazach i metaforach – niewątpliwie osadza go w tradycji poezji śpiewanej.
Język poezji
Liryka Krvavego wyróżnia się na tle typowego rapu swoją literackością, która przywodzi na myśl twórczość poetów takich jak Tadeusz Różewicz. Jego teksty, pełne mrocznych metafor i brutalnych obrazów, łączą w sobie refleksję filozoficzną z narracją pełną emocji. W przeciwieństwie do klasycznej poezji śpiewanej, reprezentowanej choćby przez Marka Grechutę czy Edwarda Stachurę, Krvavy porzuca melodyjność na rzecz surowości i dekonstrukcji formy. Tym samym jego utwory stają się bardziej wymagające, zmuszając słuchacza do aktywnego współtworzenia znaczenia.
Jego wersy, takie jak „Cóż jest piękniejsze nad człeka upodlenie / Słyszeć codziennie jego skamlenie”, czerpią z estetyki ekspresjonizmu, oddając ducha niemal teatralnej intensywności. Pod tym względem można porównać go do takich twórców jak Kazimierz Przerwa-Tetmajer, który w swoich utworach również eksplorował tematy egzystencjalnego cierpienia i destrukcji. Krvavy idzie jednak krok dalej, wprowadzając brutalną szczerość i nihilistyczne nuty, które zbliżają go do tradycji literackiej współczesnego black metalu czy poetyki nurtu industrial. Poza samym nihilizmem, Krvavy czerpie garściami z Schopenhauerowskiego pesymizmu, czy dzieł egzystencjalistów.
Szerszy kontekst sceny muzycznej
Twórczość Krvavego doskonale wpisuje się w globalny trend redefiniowania muzyki jako medium, który od lat widoczny jest w niszowych gatunkach takich jak DIY punk, outsider music czy spoken word. W Polsce podobne podejście obserwujemy u artystów takich jak A.J.K.S. czy Włodi, którzy również eksperymentują z formą, kładąc nacisk na emocjonalny przekaz kosztem technicznej perfekcji. Na świecie przykłady tego typu twórczości można znaleźć w nagraniach artystów takich jak John Maus, którego lo-fi produkcje balansują na granicy muzycznego minimalizmu, czy Lingua Ignota, łączącej ekstremalne brzmienia z intymnymi tekstami. Wspólnym mianownikiem tych artystów jest celowe łamanie schematów, gdzie muzyka staje się jedynie jednym z elementów wyrazu – równie ważnym jak cisza, niedoskonałość czy narracyjna siła tekstów. Krvavy swoją surowością i szczerością nawiązuje do tych nurtów, jednocześnie osadzając je w lokalnym kontekście, co nadaje jego twórczości unikalnego charakteru.
Metamorfoza muzyczno-liryczna
Nie zrozumcie mnie źle – uważam, że Krvavy to wyjątkowy wokalista i utalentowany muzyk. Podziwiam fakt, że przez 15 lat nie tylko konsekwentnie zdziera gardło na swoich utworach, ale również, co jest równie imponujące, nie zniszczył sobie strun głosowych, co świadczy o jego doskonałej technice wokalnej. Od pewnego czasu jego warsztat poszerza się o elementy śpiewu i bardziej klasycznego rapu, co dodatkowo wzbogaca jego twórczość. Krvavy gości w moich słuchawkach regularnie od 2011 roku, a zazwyczaj towarzyszy temu odpalony tekst, który i tak znam już na pamięć. Dlaczego? Dlatego, że wracam myślami głównie do tekstów, a nie do całego utworu. Powodem tego jest przede wszystkim sam charakter liryki, który wyróżnia Krvavego nie tylko w obrębie rapu, ale również na tle podobnych do niego twórców, jak A.J.K.S. Muszę przyznać, że aż do premiery albumu Tragikosmos w 2017 roku uważałem samą muzykę za niezbyt porywającą, szczególnie pod względem jakości produkcji.
Jego warsztat muzyczny przeszedł ogromną metamorfozę. Dziś dykcja jest znacznie czystsza, a monotonne beaty zostały zastąpione wyrafinowanymi instrumentalami, które doskonale komponują się z tematyką i atmosferą utworów. Podobną zmianę przeszła nawet wychwalana przeze mnie liryka, która pomimo wysokiej jakości bywała usilnie obrazoburcza, a teraz wydaje się zdecydowanie dojrzalsza niż w 2013 roku. Te zmiany prawdopodobnie wynikają nie tylko z jego dojrzewania jako człowieka i doświadczenia jako artysty, ale także z jego wcześniejszego podejścia do muzyki, które nie zawsze było pełne pasji. Jak sam mówił, przez długi czas nie lubił tworzyć muzyki. Około 10 lat temu pod jednym z filmów wyraził się słowami: „robię to, co umiem, a nie to, co lubię”. Natomiast w ostatnich latach wypowiadał się zdecydowanie bardziej entuzjastycznie na temat swojej twórczości.
Obecnie
Premiery muzyczne Krvavego zwieńczane są przerwami i wstrzymaniem możliwości wsparcia na Patronite, co – jak mniemam – pozwala mu dbać o swoje zdrowie psychiczne i unikać wypalenia, którego wcześniej doświadczył. W 2022 roku premierę miał, moim zdaniem, najlepszy projekt Krvavego, „Zła Baśń” spod szyldu Oczajdusza&Drapichrust, a w 2023 roku światło dzienne ujrzał album Nokturn oraz niewielki projekt Kitai powstały w kolaboracji z japońskim multiinstrumentalistą Yoshimim Hishidą. Według schematu, na stan obecny Patronite artysty jest zamknięty, a sam Krvavy mówi, że na ten moment muzyki nie robi. Obecnie zajmuje się ilustratorstwem, co można zobaczyć na jego Instagramie lub Facebooku.
Zadanie domowe
Jeszcze nie opuszczajcie sali, przerwa jest dla nauczyciela. Wasze zadanie domowe to zapoznanie się z poniższymi utworami i napisanie komentarza na ich temat na 30-50 słów. I tak cieszcie się, że wrzucam te nowe wydania, żeby wam nie krzywdzić uszu.