Industrial
Po serii tekstów półpsychologicznych i egzystencjalnych refleksji, które być może nadmiernie obciążały Wam układ nerwowy (choć mam nadzieję, że w ten dobry sposób), uznałem, że czas na chwilę oddechu. Oczywiście na moich warunkach. Dlatego dziś wracam do czegoś bliższego rdzeniowi Kulturalnych Bzdur – muzyki, która nie daje się łatwo zaszufladkować. I choć industrial raczej nie przyniesie ukojenia, mam nadzieję, że ten tekst pozwoli na chwilę zapomnieć o tym, co dzieje się za oknem – lub przeciwnie: spojrzeć na to w nowym świetle.

Industrial jako radykalne otwarcie
Industrial nie był muzyką, tylko gestem. Gestem radykalnym, prowokacyjnym i głęboko zakorzenionym w niezgodzie na status quo. Gdy w latach 70. formacje takie jak Throbbing Gristle, Cabaret Voltaire czy SPK rozpoczynały działalność, nie interesowało ich tworzenie kompozycji sensu stricto. To, co ich napędzało, to potrzeba wyrażenia czegoś, czego nie dało się już zawrzeć w rocku, jazzie czy nawet punku. Industrial był kontra-muzyką: dźwiękiem produkowanym przez maszyny, nagraniami z taśmy, krzykiem, stukotem metalu i radiowymi interferencjami. Zamiast harmonii i melodii – zgrzyt i repetycja.
Ten język zrodził się w konkretnym kontekście społecznym i politycznym: kryzys gospodarczy, erozja struktur przemysłowych, napięcia klasowe, dehumanizacja pracy. Industrial miał być odpowiedzią na rzeczywistość, która sama w sobie była opresyjna i mechaniczna. Muzyka – jeśli można jeszcze używać tego słowa – stawała się świadomym odbiciem świata, który przestał przypominać człowieka.
Ideologia hałasu
Nie da się mówić o industrialu bez uwzględnienia jego ideologicznego ładunku. Choć nie był to nurt jednolity światopoglądowo, niemal wszyscy jego pionierzy traktowali muzykę jako pole eksperymentu – nie tylko estetycznego, ale i kulturowego, społecznego, a nierzadko też politycznego. Industrial nie miał służyć rozrywce. Miał zakłócać, niepokoić, zmuszać do reakcji.
Wczesne działania grup takich jak Psychic TV, Test Dept czy Laibach były często performatywne, prowokacyjne i balansujące na granicy skandalu. Industrial wykorzystywał symbole totalitaryzmu, przemocy i mediów masowych nie po to, by je afirmować, ale by wydobyć z nich ukrytą przemoc kulturową. Przypominało to niekiedy praktyki artystyczne: instalacje, manifesty, interwencje w przestrzeń publiczną. W tym sensie był to ruch interdyscyplinarny, znacznie szerszy niż jakikolwiek gatunek muzyczny.
Industrial w swojej pierwotnej formie brzmi jak hałas. Jednak pod powierzchnią był projektem ideologicznym, choć często niejednoznacznym. Jego celem było obnażenie pustki narracji dominujących: religii, kapitalizmu, systemów medialnych. Muzyka stawała się narzędziem dekonstrukcji.
Gdy bunt staje się stylizacją
Z biegiem czasu industrial – jak każda awangarda – napotkał swoje granice. Lata 90. przyniosły popularyzację estetyki industrialnej dzięki takim artystom jak Nine Inch Nails, Ministry czy Marilyn Manson. Radykalny język został przyswojony przez kulturę popularną, a elementy niegdyś subwersywne stały się modą. Czarna skóra, metalowe dźwięki i mroczne teledyski zaczęły funkcjonować jako styl, nie jako manifest.
To nie znaczy, że muzyka ta całkowicie utraciła znaczenie, ale zmienił się jej status. Industrial przestał być ruchem kontestacji, a stał się częścią rynku. Subwersja została skomercjalizowana. Oryginalna siła tej muzyki – wynikająca z jej kontekstu i bezkompromisowości – została rozmyta w estetyzacji przemocy. Jest to całkiem ironiczne, trzeba przyznać.
Oczywiście, równolegle funkcjonowało (i nadal funkcjonuje) industrialowe podziemie: harsh noise, power electronics, post-industrial, death industrial – to nurty, które pozostały radykalne i nieprzystępne, w duchu swojej pierwotnej formy. Ale ich społeczna nośność jest znacznie mniejsza. Zamiast formować nowy język protestu, często zamykały się w swojej własnej logice ekstremalności. Nie kontestują już kultury dominującej – są raczej jej radykalną osobliwością.
Cyfrowa rzeczywistość, cyfrowe reakcje
Tu dochodzimy do sedna problemu: industrial, w swojej pierwotnej formie, był odpowiedzią na świat przemysłowy – z jego metalem, fabrykami, taśmą produkcyjną, biurokracją. Ale ten świat przestał istnieć. W XXI wieku główne formy opresji mają charakter cyfrowy: algorytmy, big data, kultura nadmiaru informacji, rozszczepienie tożsamości w sieci, interfejsy, które wiedzą o nas więcej niż my sami.
Te problemy nie są obce muzyce – przeciwnie, istnieją już gatunki będące reakcją na erę cyfrową. Hyperpop, glitchcore, hauntology, vaporwave, a także niektóre nurty post-clubu i eksperymentalnego ambientu, to próby opisu świata, który nie zgrzyta jak świat industrialny, lecz loguje się, obsesyjnie śledzi i przetwarza dane. W tym sensie industrial nie może dziś funkcjonować tak, jak kiedyś, bo jego język odnosi się do rzeczywistości, która już nie jest aktualna.
Industrial nie został więc wymazany, ale został wyprzedzony przez inne formy muzycznego oporu. I nie chodzi tylko o brzmienie, a o kontekst, o język, o ramy interpretacyjne. To, co było nowatorskie i niepokojące w 1978 roku, dziś może być odbierane jako stylizacja retro, echo minionej epoki, estetyka bez siły rażenia.
Industrial i jego dziedzictwo
Czy to oznacza, że industrial się skończył? Nie, ale przeszedł transformację. Jego estetyka przetrwała jako narzędzie kompozycyjne, jako paleta brzmieniowa, jako cytat. Można go odnaleźć w ścieżkach dźwiękowych, w muzyce klubowej, w sound art. Ale jego ideologiczna funkcja, czyli funkcja zakłócenia, prowokacji, rozbijania struktur – uległa osłabieniu lub nawet wymarła.
Współczesny industrial (jeśli możemy go tak nazwać) rzadziej mówi o społeczeństwie, a częściej eksploruje wnętrze. To dźwięk alienacji, PTSD, choroby, żałoby, samotności. Artyści tacy jak Pharmakon, Lingua Ignota czy Puce Mary przekształcają dawne narzędzia przemocy dźwiękowej w osobiste świadectwa. Industrial przestał starać się stać na zewnątrz systemu i przerodził się w egzystencjalny krzyk z jego środka.
W pewnym sensie industrial stał się muzeum niepokoju – nie ruchem naprzód, ale próbą zachowania języka, którym niegdyś mówiono o rzeczywistości nieludzkiej. Być może dziś nie potrzebujemy nowego industrialu, ale raczej świadomości, że był, i że jego echo nadal rezonuje w chwilach, gdy świat traci spójność.
Zamiast puenty
Industrial nie przetrwał w swojej pierwotnej formie, bo przestał odpowiadać na realia, które go stworzyły. Został zredukowany do stylu, a jego funkcję przejęły inne gatunki, lepiej przystające do cyfrowego krajobrazu współczesności. Ale to nie znaczy, że jego historia dobiegła końca. Może dziś jego rola jest inna – nie atakować, lecz przypominać, że hałas kiedyś znaczył więcej niż tylko fajny efekt estetyczny. Że w braku harmonii zawarta była diagnoza świata. I że nawet jeśli dziś inne formy dźwięku lepiej opisują nasze lęki, industrial pozostaje ważnym przypisem do historii kultury.