Sceptycyzm dekoracyjny. Jak nie dać się nabrać na naukowy bełkot?

Dr Tomasz Witkowski

Dzisiaj porzucam na chwilę bezpieczne rejony eseistyki kulturowej na rzecz tematu, który – jako osobie spędzającej najlepsze lata życia na studiach psychologicznych – leży mi na sercu wyjątkowo mocno. Chodzi o „kulturę akademicką” i, mówiąc bez ogródek, o zatrważający stan higieny naszej debaty publicznej. Nie martwcie się, bzdury pozostaną, tyle że tym razem będą to bzdury w todze i birecie, opakowane w przypisy i naukowy żargon. Zapalnikiem, który zmusił mnie do przebranżowienia się na chwilę z eseisty kulturowego w krytyka akademickiego, jest oczywiście głośna sprawa odwołania wykładu doktora habilitowanego Tomasza Witkowskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Medialna narracja, podchwycona z prędkością światła przez publicystów spragnionych kolejnego frontu wojny kulturowej, jest prosta jak budowa cepa: oto zły, lewacki tłum, uzbrojony w widły „cancel culture”, ocenzurował wybitnego naukowca, stłamsił wolność słowa i udowodnił, że uniwersytet nie jest już miejscem debaty, lecz ideologicznej indoktrynacji. Owszem, brzmi strasznie. Problem w tym, że ta narracja to – trzymając się nomenklatury bloga – bzdura. Niekulturalna bzdura.

Chciałbym postawić tezę, która idzie w poprzek tego wygodnego oburzenia. W tej historii nie chodzi o wolność słowa, lecz o odpowiedzialność instytucji. Nie o cenzurę, tylko o standardy akademickie. Przede wszystkim to opowieść o tym, jak łatwo dziś pomylić naukowy żargon z nauką, krytyczne myślenie z denializmem, a sceptycyzm z ideologią. Mówię o zjawisku, które nazywam „sceptycyzmem dekoracyjnym” – fasadzie mającej przykryć intelektualną pustkę i nadać pozór szacowności tezom, które na szacunek nauki nie zasługują.

O co poszło? Krótka historia uniwersyteckiej gównoburzy

Zanim przejdziemy do wiwisekcji, uporządkujmy fakty dla tych, którzy nie śledzili dramy na bieżąco. W skrócie: Koło Naukowe Psychologii na Wydziale Filozoficznym UJ zaprosiło dr hab. Tomasza Witkowskiego z wykładem o dźwięcznym tytule Psychologia oparta na faktach. Witkowski to postać znana, psycholog, autor książek, założyciel Klubu Sceptyków Polskich, postrzegający siebie jako pogromcę pseudonauki. Wszystko wyglądało standardowo, dopóki nie zaczęli protestować studenci. Ich zarzut nie dotyczył bezpośrednio tematyki samego wykładu (choć i ta budziła wątpliwości), ale całokształtu publicznej działalności zaproszonego gościa. Wskazywano przede wszystkim na jego liczne, powtarzane od lat wypowiedzi na temat osób transpłciowych – wypowiedzi głęboko stygmatyzujące, szkodliwe i, co istotne dla tej sprawy, rażąco nienaukowe, przedstawiające transpłciowość jako „modę”, „zarażenie społeczne” czy element „ideologii”. Protestujący uznali, że firmowanie takiej osoby prestiżem najstarszej polskiej uczelni jest policzkiem dla standardów akademickich i jawnym działaniem na szkodę członków społeczności (w tym studentów transpłciowych). Władze wydziału, po analizie sytuacji, wydały rekomendację odwołania spotkania, do której organizatorzy (koło naukowe) się zastosowali. I wtedy pękło medialne piekło. „Cenzura!”, „Koniec wolności słowa!”, „Uniwersytet ugiął się pod naporem aktywistów!”. Tyle kronikarskiego obowiązku. A teraz do analizy.

Mit Stłamszonej Debaty

Najgłośniejszy i zarazem najbardziej chybiony argument, jaki podniesiono, to krzyk o „stłamszeniu debaty”. „Uniwersytet powinien być miejscem ścierania się poglądów!”, „Nie boicie się dyskusji?”, „Zamiast rozmawiać, zamykacie usta!”. Problem w tym, że cała ta linia obrony opiera się na fundamentalnym nieporozumieniu (lub celowej manipulacji) dotyczącym tego, czym jest zaproszony wykład na uczelni. Wykład to nie jest debata. Wykład, zwłaszcza wygłaszany przez zaproszonego gościa z tytułem naukowym, pod szyldem koła naukowego i za zgodą władz wydziału, jest jednostronną formą prezentacji z niepodważalnej pozycji autorytetu. Internauci zdają się myśleć, że to taka agora, gdzie dwóch równorzędnych dyskutantów ściera się na argumenty. W rzeczywistości bardziej przypomina to katedrę, gdzie namaszczony przez instytucję prelegent wygłasza swoją prawdę objawioną dla studentów, którzy z definicji są w pozycji podrzędnej – przyszli czerpać wiedzę, a nie ją kontestować w czasie rzeczywistym. Mówienie o „debacie” w kontekście 90-minutowego monologu, po którym następuje ewentualnie 15 minut na pytania od publiczności (moderowane przez organizatorów, którzy prelegenta zaprosili), jest w najlepszym wypadku naiwnością, a w najgorszym kpiną.

Prawdziwy problem leży więc gdzie indziej. Kwestią sporną nie jest to, „czy doktor Witkowski może mówić”. Oczywiście, że może. Żyjemy (jeszcze) w wolnym kraju. Dr Witkowski ma swoje książki, ma swój blog, ma dostęp do mediów, może wynająć salę w dowolnym hotelu konferencyjnym i głosić tam, co mu się żywnie podoba. Pytanie brzmi: „Czy Uniwersytet Jagielloński, jako instytucja naukowa, powinien legitymizować tę konkretną osobę jako eksperta i firmować jego tezy swoim autorytetem?”. Uniwersytet nie jest miejscem, gdzie każdy może wejść na skrzynkę po jabłkach i krzyczeć, że Ziemia jest płaska, tylko instytucją, która z definicji ma stać na straży rzetelności naukowej. Pieczątka UJ na plakacie to imprimatur. To sygnał dla świata: „Słuchajcie tego człowieka, to, co mówi, ma wartość akademicką”. Decyzja o odwołaniu wykładu nie była więc aktem cenzury, ale aktem kuratorskiej odpowiedzialności – spóźnioną, ale jednak, próbą utrzymania standardów.

Kardiolog przy stole neurochirurga (Problem autorytetu)

„Ale jak to?” – oburzy się zaraz ktoś z drugiego szeregu. „Chcecie odmawiać głosu doktorowi habilitowanemu psychologii? To jest dopiero zamach na autorytet!”. To mój ulubiony argument, bo pokazuje, jak magicznie traktujemy tytuły naukowe. Wyobraźmy sobie sytuację: potrzebujemy skomplikowanej operacji neurochirurgicznej. Szpital proponuje nam wybitnego lekarza, z tytułem profesora, autora wielu publikacji. Problem w tym, że jest on kardiologiem. Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach położyłby się pod jego skalpel? Czy zarzucilibyśmy szpitalowi „cenzurę” i „zamach na autorytet”, gdyby w ostatniej chwili odwołał operację, orientując się, że specjalista od serca nie powinien grzebać nam w mózgu? Oczywiście, że nie. Tymczasem w naukach społecznych i humanistycznych nagminnie godzimy się na taki scenariusz.

Psychologia to dziedzina równie rozległa, co medycyna. Posiadanie tytułu naukowego w psychologii (nawet z habilitacją) nie czyni nikogo automatycznym ekspertem od wszystkich jej gałęzi. Kompetencje dr Witkowskiego, o ile mi wiadomo, leżą w obszarze psychologii społecznej, metodologii czy krytyki pseudonauki (do czego zaraz wrócimy). Nie dają mu one absolutnie żadnych kompetencji do autorytatywnego wypowiadania się na temat transpłciowości. To jest wąska, skomplikowana i multidyscyplinarna dziedzina, wymagająca specjalistycznej wiedzy z zakresu seksuologii klinicznej, psychiatrii, endokrynologii i psychoterapii. Dr Witkowski nie prowadzi badań w tym obszarze. Nie publikuje recenzowanych artykułów na ten temat. Nie jest klinicystą pracującym z osobami transpłciowymi. Jego autorytet w tej konkretnej dziedzinie jest zerowy. Jest autorytetem pustym, opartym wyłącznie na tytule zdobytym w innej specjalizacji. Kiedy wypowiada się na tematy, o których nie ma pojęcia, przestaje być naukowcem, a staje się publicystą – i jako taki powinien być traktowany.

Naukowa dekoracja

Dochodzimy do sedna, czyli do tytułowego „sceptycyzmu jako dekoracji”. Cała marka Tomasza Witkowskiego opiera się na wizerunku „pogromcy mitów”, człowieka, który „odważnie” pyta i „demaskuje” hochsztaplerów. Używa przy tym całej fasady naukowości: cytuje badania, posługuje się specjalistycznym żargonem, mówi o metodologii. Problem w tym, że z prawdziwą metodą naukową to ma niewiele wspólnego. To jest właśnie ten „naukowy bełkot”, o którym mówi tytuł – coś, co brzmi jak nauka, ale nią nie jest. Na czym polega różnica?

Metoda naukowa to przede wszystkim uczciwość intelektualna. Proces, który polega na analizie całości dostępnego dorobku naukowego. Prawdziwy naukowiec opiera swoje wnioski na metaanalizach, przeglądach systematycznych i tym, co nazywamy konsensusem naukowym (czyli tym, co przytłaczająca większość ekspertów w danej dziedzinie uważa za najbliższe prawdy na podstawie sumy dowodów). Naukowiec jest gotów zmienić zdanie w obliczu nowych, mocniejszych danych. Metoda, którą stosuje dr Witkowski w swoich publicystycznych krucjatach (czy to przeciwko DDA, czy psychoterapii w ogóle, czy osobom trans) jest tego zaprzeczeniem. To podręcznikowy przykład cherry-pickingu, czyli „zbierania wisienek”. Proces wygląda tu odwrotnie: najpierw ustalamy tezę (np. „transpłciowość to moda”), a następnie przeczesujemy zasoby naukowe w poszukiwaniu jakiegokolwiek pojedynczego badania (często o słabej metodologii, na małej próbie lub wyrwanego z kontekstu), które zdaje się tę tezę potwierdzać. Jednocześnie kompletnie ignorujemy dziewięćdziesiąt dziewięć innych badań, metaanaliz i stanowisk największych światowych organizacji (jak APA czy WHO), które tej tezie zaprzeczają. I potem nazywamy to podejściem naukowym, a internauci nam wierzą, bo jesteśmy przecież doktorem habilitowanym z psychologii. Tytuł naukowy i naukowa frazeologia stają się tu jedynie dekoracją, scenografią, która ma uwiarygodnić nienaukowy przekaz.

Sceptyk czy denialista? Słowo o Klubie Sceptyków

Największą ironią w całej tej sytuacji jest fakt, że główny zainteresowany to założyciel Klubu Sceptyków Polskich. To właśnie etos sceptycyzmu miał być jego tarczą. Tymczasem od lat obserwujemy, jak dr Witkowski, zamiast promować naukę, działa na jej szkodę, myląc notorycznie dwie fundamentalnie różne postawy: sceptycyzm i denializm.

Prawdziwy sceptycyzm, ten w stylu Carla Sagana, to metoda zadawania pytań. To postawa, która wymaga solidnych dowodów, zanim coś zaakceptuje. Ale co kluczowe, prawdziwy sceptyk jest gotów zastosować tę metodę również do własnych przekonań i uprzedzeń. Jest otwarty na nowe dane i skory do przyznania się do błędu.

Podczas gdy sceptycyzm jest metodą, denializm jest pozycją. Denialista ma z góry ustaloną tezę (np. „zmiany klimatu to bzdura”, „szczepionki powodują autyzm”, „psychoterapia nie działa”, „transpłciowość nie istnieje”), która jest dla niego niepodważalna. Jego celem, zamiast dojścia do prawdy, jest obrona tej tezy za wszelką cenę. Robi to, stosując szereg pseudonaukowych taktyk: wspomniany cherry-picking, sianie wątpliwości (tzw. FUD – Fear, Uncertainty, Doubt) wobec konsensusu naukowego, przesuwanie poprzeczki (żądanie niemożliwych do spełnienia dowodów dla tezy, której nie lubi, przy jednoczesnym akceptowaniu anegdot dla tezy, którą lubi) czy ataki ad hominem na naukowców o przeciwnych poglądach. Działalność publicystyczna dr Witkowskiego, zwłaszcza w ostatnich latach, idealnie wpisuje się w definicję denializmu. Jego stosunek wobec syndromu DDA (Dorosłe Dzieci Alkoholików) nie jest żadnym przejawem odważnego sceptycyzmu – on z góry wie, że to „mit”, ignorując kliniczny konsensus i tysiące pacjentów, którym ta koncepcja pomogła. On nie „dyskutuje” o transpłciowości, a demonizuje ją, używając języka „modyfikacji” i „zarazy”, wbrew wszelkim standardom medycznym i psychologicznym. Klub Sceptyków, który zamiast walczyć z pseudonauką, staje się tubą dla denializmu swojego założyciela, jest zaprzeczeniem własnej idei.

Higiena akademicka a cenzura

Wróćmy więc do pytania, od którego zaczęli obrońcy „wolności słowa”: „Czy nie powinno się go zapraszać?”. Po tej analizie moja odpowiedź, zgodna z tym, co napisałem we wstępnych komentarzach do tej afery, jest jasna: nie, nie powinno się. Ale powtórzę z całą mocą: nie ze względu na jego „poglądy”. To jest pułapka, w którą chcą nas wmanewrować denialiści. Nie powinno się go zapraszać ze względu na jego rażąco nienaukową metodologię.

Uniwersytet ma obowiązek dbać o jakość. Nie będziemy przecież zapraszać płaskoziemców na wydział fizyki, antyszczepionkowców na wydział medycyny, a kreacjonistów na wydział biologii. „Boimy się ich poglądów”? No nie, ich tezy są po prostu sprzeczne z aktualnym stanem wiedzy naukowej, a ich metodologia jest wadliwa. Dr Witkowski, wypowiadając się na tematy, na których się nie zna, i stosując metodę cherry-pickingu do promowania szkodliwych tez, postawił się dokładnie w tym samym szeregu.

Dlatego największe brawa należą się w tej historii studentom. Prawicowe media chcą ich mianować „histerycznym tłumem” czy „płatkami śniegu”, które boją się urazy. A wcale tak nie jest, bo okazali się jedynymi dorosłymi w pokoju. To oni – przyszli psychologowie, filozofowie i socjologowie – musieli wykonać pracę, której nie dopilnowali organizatorzy: stanęli na straży standardów naukowych i etycznych własnej uczelni.

Jak więc nie dać się nabrać na naukowy bełkot? Odpowiedź jest prosta, choć wymaga wysiłku. Nie patrzmy na tytuły, bo bywają puste. Patrzmy na metody. Prawdziwa nauka i prawdziwy sceptycyzm nie boją się krytyki, opierają się na konsensusie i są gotowe do zmiany zdania. Denializm w kostiumie sceptycyzmu będzie krzyczał o „cenzurze” i „wolności słowa” za każdym razem, gdy jego nienaukowe metody zostaną zdemaskowane.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *