2024 rok chyli się powoli ku końcowi i nikt już nie wydaje nowej muzyki, bo i tak każdy na tym etapie słucha kolęd, więc raczej nic ciekawego już się w tym roku nie pojawi. Postanowiłem zatem skompilować moją własną listę najlepszych tegorocznych płyt i największych rozczarowań muzycznych – ponumerowaną, rzecz jasna, w sposób celowy i świadomy. Większość z tych albumów to metalcore albo jakaś jego pomniejsza odmiana – jednak sam gatunek jest tak zróżnicowany, że lista nie powinna się wydawać nudna. Mam nadzieję, że choć niewielka część czytających postanowi sprawdzić któreś z poniżej wymienionych albumów i EP-ek.
Najlepsze płyty 2024 roku
25. The Requiem – A Cure to Poison the World (emo rock)
The Requiem to bardzo mocny i emocjonalny debiut od amerykańskiego kwintetu. Mówiąc całkowicie szczerze – określenie gatunku stanowi dla mnie nielada wyzwanie, więc roboczo nazwijmy to emo rockiem, jednak na samej trackliście można usłyszeć elementy post-hardcore’u i emo-popu. Na myśl przychodzi mi stare My Chemical Romance z okresu czarnej parady, a to zdecydowanie zaleta.
24. The Browning – OMNI (electronicore)
The Browning to electronicorowy zespół z elementami deathcore’u, który w tym roku wydał swoją, najprawdopodobniej, drugą najlepszą płytę, zaraz po Geist z 2018 roku. Chwytliwe elektroniczne bity zostały tu skomponowane idealnie z zabójczo ciężką warstwą instrumentalną oraz zróżnicowanym (szczególnie jak na ten zespół) wokalem. Jedyne, do czego się można przyczepić, to to, że przy odsłuchu kilku numerów pod rząd może wydawać się zbyt jednostajne.
23. Casey – How to Disappear (post-hardcore)
Casey to zespół, który skończył się tak samo szybko jak zyskał na popularności, jednak w tym roku zaliczyli swój wielki powrót – i wyszło naprawdę nieźle. Szczególnie warstwa liryczna albumu, jak zwykle zresztą, odznacza się jako wyjątkowo unikalna i osobista część całości. Ten album zawiera naprawdę wszystko i można na nim trochę popłakać, trochę pomarudzić, trochę się podenerwować i trochę się pobujać.
22. Mirar – Mare EP (thall)
Niemiłosiernie ciężki, ale jednocześnie pełen subtelności album od zespołu, który zaskakuje technicznymi zagrywkami i eksperymentami. Nazwanie Mare jednym z najbardziej wpływowych albumów z pogranicza muzyki -core’owej tego roku byłoby niedopowiedzeniem, bo nie tylko rozpowszechnił thall jako gatunek, ale sprawił, że mnóstwo zespołów poszło za nim w ślady.
21. ERRA – Cure (progressive metalcore)
Kolejne arcydzieło od ERRA. Ich unikalne podejście do progressive metalcore’u sprawia, że Cure to niezwykle melodyjny, a zarazem mocny album. Wokal Jesse’ego Cash’a to czysta perfekcja, a przygrywające mu instrumenty potrafią zaskoczyć zarówno swoją melodyjnością, jak i brutalnością. Jest to także pierwszy zespół na tej liście, który poszedł w ślady wymienionego wyżej Mirar i postanowił ująć elementy thallu – to zawsze na plus!
20. IAMONE – Following the Rabbit Hole EP (extra low-tuned metalcore, djent, thall!)
IAMONE to rodzimy zespół, którego nigdy nie przestanę promować, bo nikt ich nie słucha, a tworzą muzykę na skalę światową. Do omawianej EP-ki także zostały wprowadzone elementy thallu, co powinno być zdecydowanym pozytywem dla wszystkich fanów ciężkich brzmień.
19. Devin Townsend – PowerNerd (progressive rock)
Devin Townsend powraca z albumem, który łączy prog-rockowe motywy z elektroniką inspirowaną retro-futurystyczną estetyką. PowerNerd to mieszanka technicznych mistrzostw z elementami humoru i dystopijną narracją, której trudno nie pokochać. Choć momentami może przynudzić, ten album to prawie majstersztyk.
18. Candy – Flipping (punk/hardcore)
Candy uderza z dziką energią i brudem, który przypomina złotą erę hardcore’u lat 80., ale z nowoczesnym twistem. To, co zdecydowanie wpływa na korzyść albumu, to jego surowość – brzmienie wydaje się naprawdę brudne, obnażające w pierwotny sposób frustrację przekazywaną przez utwory.
17. Bridge City Sinners – In The Age of Doubt (gothic folk/murderfolk/blackgrass)
Mroczny, gotycki folk, który brzmi jak banda wędrownych muzyków z XIX-wiecznej Ameryki. Teksty są pełne refleksji o moralności, grzechu i odkupieniu, a melancholijna atmosfera albumu doskonale pasuje do jego akustycznego, organicznego brzmienia. No i Libby Lux jak zawsze piękna.
16. Full of Hell – Scraping the Divine (grindcore, noise)
Full of Hell dostarczają jeden z najbardziej brutalnych i eksperymentalnych albumów w swojej karierze. Chaotyczne riffy, przenikające krzyki i wycie, a także industrialne wstawki sprawiają, że Scraping the Divine to doświadczenie ekstremalne, ale jednocześnie niezwykle satysfakcjonujące dla fanów zarówno klasycznego grindcore’u, jak i jeszcze bardziej chaotycznego noise’u.
15. Chat Pile – Cool World (noise rock)
Płyta pełna brudu, dystopijnej atmosfery i zdesperowanego wokalu, który idealnie oddaje upadek współczesnego świata. Cool World to hałaśliwe arcydzieło, które balansuje na granicy noise’u, sludge’u i psychodeli.
14. Counterparts – Heaven, Let Them Die (melodic hardcore)
Counterparts wracają z pełną emocji i brutalności płytą, która opowiada o utracie, rozpaczy i próbach odnalezienia nadziei. Melodiczne partie idealnie łączą się z agresywnymi breakdownami, a teksty Brandona Murphy’ego są jak zwykle sercem całego wydawnictwa.
13. Heriot – Devoured by the Mouth of Hell (metalcore)
Heriot dosłownie zabiera słuchaczy do piekła w *piekielnie* mrocznym i powolnym albumie, który momentami bardziej przypomina blackened deathcore lub coś na podobę Deftones niż metalcore. Zespół postarał się odejść od nadmiernej schematyczności, która stała się bolączką metalcore’u, i wypadli na tym świetnie.
12. Reflections – Shadow (thall, progressive metalcore)
Reflections zawsze był zespołem znanym z ukazywania negatywnych emocji w sposób szokujący i bezpardonowy. W tym roku otrzymaliśmy tego więcej, jednak w nowym wydaniu, ponieważ (podobnie jak niektórzy poprzednicy) postanowili odejść od progresywnego metalcore’u na rzecz thallu.
11. SeeYouSpaceCowboy – Coup de Grâce (sasscore)
SeeYouSpaceCowboy to zespół, który na przestrzeni lat zdobył reputację jednych z najbardziej chaotycznych i ekscentrycznych twórców post-hardcore’u. Ich styl, określany często jako „sasscore”, łączy w sobie elementy emocjonalnego hardcore’u, zadziornych tekstów i niespodziewanych zmian tempa, a wszystko to opakowane jest w ogromną dawkę scenowego dramatyzmu. Coup de Grâce jest ich najbardziej dojrzałym albumem, nie tracącym przy tym nic z ich dzikiego charakteru. Każdy utwór to definicja ekscentryzmu.
10. Bilmuri – AMERICAN MOTORSPORTS (alt-pop, rock, country)
Uwaga, uwaga, zaczynamy top 10 od Bilmuri, czyli projektu muzycznego prowadzonego przez Johnnego Francka, byłego członka metalcore’owego zespołu Attack Attack!. Franck konsekwentnie pokazuje, że muzyka alternatywna może być zarówno przystępna, jak i eksperymentalna. American Motor Sports to album pełen nostalgicznych melodii inspirowanych latami 2000., które mieszają się z nowoczesną produkcją i humorystycznymi akcentami. Brzmienie jest surowe, ale jednocześnie przystępne, a warstwa tekstowa, choć miejscami żartobliwa, skrywa głębokie emocje. To album, który świetnie balansuje pomiędzy ironią a szczerością, a zarazem dostarcza ogromną dawkę czystej zabawy.
9. Endon – Fall of Spring EP (avant-garde metal, noise)
O Endon pisałem bzdury już wielokrotnie (tutaj i tutaj), więc pewnie większość stałych czytelników wie, że uważam ten zespół za apogeum artyzmu. Trzeba przyznać – ich muzyka zazwyczaj jest hałaśliwa, brutalna i emocjonalnie przytłaczająca. Fall of Spring nie jest wyjątkiem. Album pełen jest rozdzierających krzyków, agresywnych przesterowanych odgłosów i niepokojących ambientowych przerywników, które budują niepowtarzalną i przerażającą atmosferę. To dzieło, które balansuje między ekstremalnym metalem a awangardą, wymuszając na słuchaczu pełne zaangażowanie. Wydawnictwo może być trudne w odbiorze, ale dla fanów intensywnych doświadczeń muzycznych jest to prawdziwy skarb.
8. Imminence – The Black (symphonic metalcore)
Szwedzki zespół Imminence zdobył uznanie dzięki swojej umiejętności łączenia melodyjnego metalcore’u z elementami symfonicznymi. The Black kontynuuje ten trend, prezentując album, który jest zarówno epicki, jak i intymny. Skrzypce, które są znakiem rozpoznawczym zespołu (wokalista podczas śpiewu/krzyku na nich gra), wspaniale kontrastują z ciężkimi riffami i emocjonalnym wokalem Eddie’ego Berga. Każdy utwór brzmi jak osobna historia, a teksty eksplorują tematy takie jak utrata, samotność i nadzieja. To najdojrzalszy album zespołu, kreatywnie łączący muzykę orkiestralną z ciężkim brzmieniem.
7. Bring Me The Horizon – Post Human: Nex Gen (alt metal)
Bring Me the Horizon chyba nie trzeba nikomu przedstawiać – w końcu od dekady stanowią największy metalowy boysband. Album łączy w sobie ciężar gitarowych riffów z wpływami elektroniki i popu, tworząc eklektyczne brzmienie, które idealnie odzwierciedla ducha współczesnej muzyki. Oli Sykes wciąż zaskakuje wszechstronnością swojego wokalu, a teksty eksplorują tematy technologii, dehumanizacji i egzystencjalizmu. To album, który jednocześnie uderza mocą i wpada w ucho, pokazując, że BMTH są jednymi z najważniejszych innowatorów w swoim gatunku.
6. Paledusk – PALEHELL (ADHD-core)
Japoński Paledusk to zespół, który w ostatnich latach zdobył międzynarodowe uznanie dzięki swojej wyjątkowej energii i oryginalnemu podejściu do muzyki metalowej (?). Podejściu, które nie pozwala na nudę, i przez które nazywani są ADHD-core’owym zespołem. PALEHELL to eksplozja dźwięków, które łączą nieskończoną ilość gatunków w jedno. Album jest zuchwały, eksperymentalny i absolutnie nieprzewidywalny – tak jak zresztą cała ich twórczość.
5. Cane Hill – a piece of me i never let you find. (metalcore)
Cane Hill to zespół, który od początku swojej kariery balansuje na granicy alt-metalu i nu-metalu, ale ich najnowszy album to ich najbardziej introspektywne i najbardziej podchodzące pod metalcore dzieło. a piece of me i never let you find. to album pełen emocjonalnej głębi, który eksploruje tematy toksycznych relacji, straty i poszukiwania tożsamości. Brzmieniowo, album łączy ciężkie riffy z melodyjnymi refrenami, a wokal Elijaha Witt’a zyskuje na ekspresji, ukazując zarówno delikatność, jak i czystą furię. A tak na marginesie, to jest to jedyny album od nich, którego potrafię słuchać.
4. Infectious Jelqing – THEM YOUNG WIGGAS (brutal slamming death meme metal)
Infectious Jelqing to zespół… celowo zabawny. Memiczne teledyski, absurdalne tytuły utworów, komiczne teksty (jeżeli w ogóle jakiś tekst jest, bo połowa kawałków tylko udaje, że warstwa liryczna istnieje). Śmiało można powiedzieć, że chłopaki z zespołu nie biorą muzyki na poważnie. Nie można jednak zaprzeczyć, że perfekcyjnie udało im wypracować formułę muzyki boleśnie brutalnej, ale jednocześnie bujającej.
3. frykiel – na krawędzi (rap)
Niewielki i młody muzyk z Torunia, który co roku zalicza postęp stulecia. Na krawędzi to lirycznie i brzmieniowo genialny album i najlepsze, co frykiel wydał do tej pory, jednak jeśli obecna tendencja się utrzyma, to za rok będę mówił to samo o jego kolejnym wydaniu.
2. Allt – From the New World (progressive metalcore)
Allt, szwedzki zespół, który przebojem wdarł się na scenę progresywnego metalcore’u, prezentuje album, który jest zarówno techniczny, jak i emocjonalny, a i przy okazji czerpie garściami z thallu. From the New World to muzyczna podróż, która eksploruje motywy przetrwania, odkupienia i odkrywania nieznanego. Brzmienie zespołu łączy techniczne riffy (i jakieś dziwne odgłosy na gitarze, których nigdy nie słyszałem), melodyjne partie wokalne i hipnotyzujące breakdowny, a produkcja zwala z nóg.
1. Poppy – Negative Spaces (industrial pop, alt-metal)
Ktokolwiek, kto przeczytał moją recenzję albumu Negative Spaces od Poppy, idealnie zdawał sobie sprawę z tego, co ukaże się na pierwszym miejscu tej listy. Poppy ponownie dowodzi, że jest jedną z najbardziej wszechstronnych i innowacyjnych artystek swoich czasów. Negative Space to album, który łączy chwytliwość popu z agresywnością hardcore’u. Poppy w swojej próbie przełamania barier gatunkowych osiągnęła niemożliwego i stworzyła album, który jest jednocześnie niszowy i przystępny dla ogółu.
Największe rozczarowania muzyczne 2024 roku
Architects
W moim odczuciu ten zespół już lata temu utracił swoją unikalność i głębię. W tym roku wydali trzy single – pierwszy z nich sprawiał wrażenie, jakby powoli wracali na dobre tory (chociaż nadal był raczej średni), natomiast dwa kolejne pokazały, że zespół dalej planuje być trochę bardziej poważnym Imagine Dragons.
Banshee – you are what you fear in me EP
Nie wiem, jaki to jest gatunek i nie wiem, co tu się w ogóle wydarzyło. Banshee odeszła od swojego charakterystycznego fairy metalowego brzmienia na rzecz… no właśnie, nie wiem czego. Synth-popu? Nightcore’u? Nie potrafię tego określić, jednak rzadko się zdarza, że odczuwam zażenowanie słuchając muzyki.
Falling in Reverse – Popular Monster
Otrzymaliśmy kilka fajnych singli i niesamowicie wysokobudżetowych teledysków, jednak zespół niejako zmusił słuchaczy do czekania na premierę albumu kilka dobrych lat. Parę dni przed premierą okazało się jednak, że poza znanymi od lat singlami na albumie pojawią się, bodajże, trzy nowe utwory – przy czym jeden z nich okazał się kopią NF-a, drugi brzmiał jak marna podróbka $uicideboy$, a trzeci był zrobiony dla żartów.
Enterprise Earth – Death: An Anthology
Znacie powiedzenie, że nie doceniamy tego, co mamy, dopóki tego nie stracimy? Tak było w przypadku Enterprise Earth – okazało się, że bez starego wokalisty Dana Watsona (który miał głos na tyle charakterystyczny, że nie dało się go z nikim pomylić) brzmi to po prostu jak każdy inny zespół deathcore’owy. Nie ma tu żadnej innowacji.
Wage War – Stigma
Coworker music to slang odnoszący się do bezpiecznej, neutralnej muzyki, która jest zazwyczaj odtwarzana w miejscach pracy, takich jak biura czy sklepy, aby nie drażnić nikogo swoim charakterem. Ten rodzaj muzyki charakteryzuje się łatwą przyswajalnością, niską intensywnością emocjonalną i brakiem kontrowersyjnych treści. Tym właśnie jest album Stigma od Wage War, tylko że w wydaniu metalowym.
Fantastycznie, że możemy świętować różnorodność dźwięków, które rozkwitły w tym roku – od brzmień, które zmieniają perspektywę, po te, które po prostu sprawiają, że chce się tańczyć na stole (tak, z pełną świadomością konsekwencji). Nie mogę się doczekać, aż zanurzę się w tych dźwiękowych arcydziełach, bo wiem, że każda z tych płyt to jak podróż, którą warto odbyć. Ktoś ma jakieś bilety wstępu do tej muzycznej krainy cudów?
Świetny artykuł i doskonały ranking. Oby tak dalej 🙂
Przeczytałam od początku do końca .Przesłuchałam muzykę której w ogóle nie rozumiem i nie mogłabym się z nią zaprzyjaźnić .Weszłam w obcy mi świat 😅
Ale zrobiłam to z chęcią ….sama dla siebie ,aby odkryć i poznać coś co jest mi „ obce”.
Co mnie zachwyciło ? Zaangażowanie z jakim o tym piszesz , wiedza na dany temat ,oraz miłość do tego co robisz .
Widać w tym pasje !!!
Podziwiam i życzę sukcesów .
No i szok! Okazało się, że tej muzyki też mogę słuchać. Z całej listy znam Frykla, ale podoba mi się Bilmuri i Imminence. A ogólnie po przeczytaniu teksty i wysłuchaniu dołączonych kawałków, rozumiem, że niektórzy słuchają tej muzyki. Jeśli chodzi o Frykla (Frykiela?) to od jakiegoś czasu sprawdzam co tam nowego wypuścił. Kilka dni temu pojawił się jego pierwszy zupełnie inny i bardzo liryczny utwór – Widzimy się kiedyś. Dobry tekst, polecam do zapoznania się.