Futuryje – debiut z przyszłości, niezrozumiany i zapomniany

Okładka albumu Fresher than a mutherfucker od duetu Futuryje.

Pewnie pamiętacie, jakie utwory królowały na polskiej rapowej scenie w latach 2014-2015. To był czas, kiedy trap na dobre zawitał do Polski, błyskawicznie zdobywając popularność za sprawą takich hitów jak „Pokora” Żabsona. Dziś jednak tamte kawałki wspomina się raczej z mieszanymi uczuciami, a klasyczne trapowe bity w nowoczesnych produkcjach często budzą lekki wstyd, dozę zażenowania względem twórcy i poczucie nostalgii za minioną erą. Ale tu nie o tym – dziś omówimy Futuryje.

„Fresher than a mutherfucker” Futuryjów to album, który przyszedł za wcześnie i przeminął za szybko. Wydany w 2015 roku przez QueQuality, debiutancki krążek duetu Fredro i Gugasa jest prawdziwym artefaktem niezrozumienia i odrzucenia. Futuryje postawili na odważną wizję, próbując stworzyć „rap z przyszłości” — muzykę, która wyprzedzała swoje czasy. Z dzisiejszej perspektywy, kiedy rap ewoluował w stronę brzmień, które na tamtym albumie były obecne, można powiedzieć, że Futuryje stali się prorokami tego, co miało nadejść, a ich predykcje były nadzwyczaj trafne. Nic dziwnego, że duet pojawił się na scenie niczym błyskawica i równie szybko zniknął — ich muzyka tak mocno odbiegała od tego, co wtedy było na topie, że nie miała szansy przebić się na rynku. Dopiero po latach zaczęto doceniać indywidualność i „dziwność” w muzyce.

Futuryje – duet podróżników w czasie

Duet Futuryje z założenia miał być głosem przyszłości. Już sama nazwa sugeruje ich artystyczne ambicje – stworzenie muzyki, która wyprzedzi swoje czasy. Byli jednocześnie prorokami i anarchistami polskiego rapu, próbując przebić się przez sztywne ramy gatunku, którego słuchacze byli wówczas przyzwyczajeni do przewidywalnych brzmień. Album był sprzedawany, jeśli dobrze pamiętam, za symboliczne 5 złotych na stronie Queshop, co tylko podkreślało ich niezależny, niemal undergroundowy charakter (przy okazji, jestem jego dumnym posiadaczem!).

To album pełen zaskoczeń, kontrastów i muzycznych eksperymentów. Fredro i Gugas całkowicie zignorowali wszelkie konwenanse – ich muzyka była surowa, dziwaczna, pełna niespodziewanych zwrotów i załamań strukturalnych. Utwory na tej płycie to kalejdoskop emocji i tematów, od klasycznego bragga, przez filozoficzne rozważania na temat świadomości, aż po śmiałą krytykę religii. Teksty są pełne przemyśleń o ludzkiej naturze, manipulacji i kontroli, i brzmią jeszcze bardziej aktualnie dzisiaj, w roku 2024.

Brzmienie

Warto wspomnieć o warstwie wokalnej, czyli ich rapowym warsztacie, który był prawdziwym poligonem eksperymentalnym. Fredro i Gugas co chwilę zmieniali flow, bawiąc się intonacją, akcentem i brzmieniem swoich głosów, dzięki czemu każda zwrotka była unikalna i pełna świeżości. Nie bali się przyspieszeń, nietypowych refrenów, nietuzinkowych rymów. Choć niektórym słuchaczom mogło to wydawać się chaotyczne, dla mnie było dowodem ich niezwykłej kreatywności i odwagi w łamaniu schematów. Dykcja chłopaków była na wysokim poziomie, choć trzeba przyznać, że momentami zrozumienie tekstu z samego słuchu było nielada wyzwaniem – jednak nie z uwagi na samą dykcję, a właśnie przez tę nieustanną zabawę głosem i akcentem, szczególnie u Gugasa.

Warstwa instrumentalno-podkładowa albumu również była przełomowa. W czasach, gdy dominował trap, Futuryje sięgnęli po zupełnie inne gatunki. W ich produkcjach usłyszeć można bity inspirowane psytrance’em, hardbassem, a nawet psybientem – brzmienia, które dopiero teraz, niemal dekadę później, stają się popularne w mainstreamie. Wyobraź sobie, że w 2015 roku ktoś nagrywał na psychodelicznych, szybkokroczących bitach, gdy reszta sceny stawiała na klasyczne, ciężkie bity trapowe. Ich muzyka była nie z tego świata, nie pasowała do żadnej z istniejących wtedy kategorii i przez to była przez wielu niezrozumiana.

Zbyt innowacyjni, żeby istnieć

Niestety, innowacyjność Futuryjów okazała się być ich przekleństwem. Choć album zyskał sporo wyświetleń, to jednak lawina krytyki szybko pogrzebała ich szanse na długotrwałą karierę. Słuchacze mówili, że to muzyka „zbyt dziwna”, „zbyt trudna do przyswojenia”. Ale czy to nie jest właśnie najlepszy dowód na to, że Futuryje byli o krok przed wszystkimi? W 2015 roku Polska nie była gotowa na taką muzykę, ale dzisiaj, gdy wiele współczesnych produkcji brzmi jak Futuryje, trudno nie zauważyć, jak trafnie ten duet przewidział, co w przyszłości będzie się sprzedawało.

Patrząc na dzisiejszą scenę, odnoszę wrażenie, że wiele obecnych trendów ma swoje korzenie właśnie w ich twórczości. Przypomina to sytuację, w której wynalazca zostaje zignorowany, a dopiero później jego pomysły zyskują uznanie. Fredro zniknął z rapowej sceny wraz z wygaśnięciem projektu, podczas gdy Gugas nadal tworzy, jednak ślad, jaki pozostawili razem jako Futuryje, odbija się echem w muzyce wielu współczesnych artystów.

Werdykt

Czy „Fresher than a mutherfucker” to najlepszy album w historii polskiego rapu? Może i nie, ale to mój zdecydowany faworyt. Jest to dzieło niezwykle ponadczasowe, które pomimo swoich lat brzmi świeżo i aktualnie. Futuryje mieli odwagę zrobić coś, czego nie zrobił nikt inny i za to zasługują na uznanie, nawet jeśli przyjdzie ono dopiero za kilka lat. Pozostaje tylko nadzieja, że obecne pokolenia odkryją ich muzykę na nowo i docenią to, co duet próbował przekazać.

Ogólna ocena: 9/10

Poniżej odsyłam do współczesnej twórczości Gugasa:

One Reply to “Futuryje – debiut z przyszłości, niezrozumiany i zapomniany”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *