Bynajmniej to nie przynajmniej, czyli o słowach, które brzmią mądrze, ale (prawdopodobnie) używasz ich źle

Zauważyliście pewnie, że w dorosłym życiu często odczuwamy subtelną presję, by brzmieć nieco mądrzej, niż tego wymaga sytuacja. To dość naturalny odruch, werbalny odpowiednik wciągania brzucha na plaży – chcemy pokazać, że nasze słownictwo wykracza poza minimum komunikacyjne niezbędne do załatwienia spraw w urzędzie czy w sklepie. W takich momentach zazwyczaj sięgamy po słowa, które w naszym mniemaniu dodają wypowiedzi intelektualnego ciężaru. Niestety, ten mechanizm bardzo często prowadzi do drobnych nieporozumień, ponieważ używamy pojęć, których definicji tak naprawdę do końca nie znamy, kierując się wyłącznie ich dostojnym brzmieniem. To zjawisko jest o tyle fascynujące, że wcale nie wynika ze złych intencji, lecz z naszej potrzeby językowej autokreacji, która bywa na tyle silna, że potrafi przysłonić nam faktyczny sens wypowiadanych zdań.

Bynajmniej i przynajmniej – fałszywi bliźniacy

Słynne „bynajmniej” to najbardziej oczywisty przypadek. Choć świadomość w tej kwestii zauważalnie wzrosła, w potocznej świadomości wielu osób dalej funkcjonuje ono jako po prostu bardziej elegancka, ubrana w szykowny garnitur wersja słowa „przynajmniej”. Używamy go z cichą nadzieją, że podniesie to rangę naszej wypowiedzi, podczas gdy w rzeczywistości oba te wyrazy znaczą coś zupełnie innego. „Przynajmniej” jest formą szukania pozytywów w nienajlepszej sytuacji lub wyznaczania jakiegoś minimum, jak chociażby w stwierdzeniu, że obiad w restauracji był drogi, ale przynajmniej smaczny. Tymczasem „bynajmniej” to silne zaprzeczenie, wywodzące się z nieco archaicznej polszczyzny (co pewnie nadaje mu ten fałszywy prestiż), które zazwyczaj musi iść w parze z partykułą „nie”, oznaczając w praktyce „w żadnym wypadku” lub „wcale nie”. Kiedy więc ktoś w przypływie irytacji rzuca „mogłeś mi bynajmniej pomóc”, zamiast wyrzutu konstruuje zdanie pozbawione logicznego sensu, co obnaża fakt, że chęć zabrzmienia dystyngowanie wzięła górę nad znajomością poprawnej polszczyzny.

Patetyczny, czyli ofiara fałszywych przyjaciół

Wraz z popularyzacją anglojęzycznych platform streamingowych i zjawiskiem masowego pochłaniania seriali z napisami, do naszej mowy potocznej wkradł się niezwykle podstępny błąd, będący klasycznym przykładem tak zwanego fałszywego przyjaciela tłumacza. Mowa o słowie „patetyczny”. Niekiedy można usłyszeć, jak ktoś podsumowuje wyjątkowo słaby film, wystąpienie polityka albo czyjeś żenujące zachowanie stwierdzeniem: „to było takie patetyczne”. Zastosowano tu bezpośrednią kalkę z angielskiego słowa pathetic, które faktycznie oznacza coś żałosnego, wzbudzającego politowanie. Problem polega na tym, że w języku polskim bycie patetycznym oznacza coś zupełnie przeciwnego – to cecha przypisywana zjawiskom podniosłym, uroczystym, pełnym patosu i majestatu. Patetyczna może być pieśń narodowa, przemówienie nad grobem bohatera albo monumentalna symfonia. Oczywiście, patos może być przerysowany i przez to niestrawny, ale nazwanie pijackiej awantury pod nocnym sklepem „patetyczną” nadaje temu wydarzeniu rangę greckiej tragedii, o co autorowi wypowiedzi z pewnością nie chodziło.

Zbyt wiele alternatyw

Czasami błędy wynikają nie z pomylenia znaczeń, ale ze zjawiska „rozwadniania” pojęć o bardzo ścisłym, naukowym rodowodzie. Znakomitym przykładem jest tu „alternatywa”. Na co dzień używamy tego słowa jako synonimu do „innej opcji” – stąd wzięły się potworki językowe w stylu „mamy w tej sytuacji cztery alternatywy do wyboru”, „masz kilka alternatyw”. Z punktu widzenia logiki to zdanie jest absurdalne. Alternatywa to sytuacja, w której musimy dokonać wyboru między dwiema, i TYLKO dwiema, wykluczającymi się możliwościami. Wynika to wprost z łacińskiego słowa alter, oznaczającego jednego z dwóch. Możemy mieć zatem inną opcję, kolejne wyjście z sytuacji lub dodatkową możliwość, ale alternatywa zawsze, bezwzględnie, jest tylko jedna.

Konfabulacja to nie jest zwykłe kłamstwo

Istnieje w naszej kulturze osobliwa moda na psychologizowanie języka codziennego. Bardzo lubimy nadawać zwykłym, trywialnym sytuacjom nazwy rodem z podręczników akademickich, by w ten sposób ustawić się w pozycji diagnosty. Dlatego zamiast powiedzieć komuś prosto w twarz, że po prostu łże, czasem zarzucamy mu konfabulację. Brzmi to dużo lepiej, prawda? Bardziej sterylnie i naukowo. Szkopuł w tym, że konfabulacja nie jest synonimem kłamstwa. To zaburzenie pamięci, polegające na nieświadomym wypełnianiu luk w pamięci fałszywymi wspomnieniami. Człowiek, który konfabuluje, nie ma intencji wprowadzania nas w błąd – on święcie wierzy w to, co mówi, a jego mózg po prostu łata dziury po utraconych informacjach. Oskarżając kogoś o konfabulację w trakcie zwykłej sprzeczki o to, kto miał wynieść śmieci, używamy specjalistycznego terminu psychiatrycznego do opisania zwykłego, pospolitego mijania się z prawdą.

Oportunista na korporacyjnych salonach

Podobnym echem anglosaskiego postrzegania świata jest renesans słowa „oportunista”, które w dobie kultury korporacyjnej i wszechobecnego samorozwoju zyskało zupełnie nowe, nie do końca uzasadnione życie. Ponieważ lubimy zapożyczać kalki z języka angielskiego, a słowo „opportunity” oznacza okazję lub szansę, w głowach wielu osób oportunista stał się nagle człowiekiem czynu. Kimś w rodzaju przedsiębiorczego wizjonera, który chwyta nadarzające się okazje tam, gdzie inni widzą jedynie problemy. Szczytem komedii są profile LinkedIn przedsiębiorców, którzy sami siebie określają mianem oportunistów. W polszczyźnie jednak to cecha wysoce niepożądana, oznaczająca człowieka pozbawionego kręgosłupa moralnego i stałych zasad, który dla własnej wygody konformistycznie układa się z każdą władzą. Nazwanie kogoś oportunistą w ramach zawodowego komplementu jest też dość niefortunnym zabiegiem, bo zamiast pochwalić jego rzutkość, w zasadzie zarzucamy mu moralną elastyczność w najgorszym tego określenia znaczeniu.

Spolegliwy, czyli błąd, który pokonał słowniki

Ciekawym przypadkiem ewolucji, a właściwie potężnej mutacji znaczeniowej, jest los słowa „spolegliwy”. Jeśli zapytamy przypadkowych rozmówców o jego definicję, zdecydowana większość odpowie zapewne, że to osoba uległa, cicha, miękka, podatna na wpływy z zewnątrz. Tymczasem w swoim pierwotnym znaczeniu – za którym niezwykle mocno i z dużą żarliwością optował swego czasu filozof Tadeusz Kotarbiński – człowiek spolegliwy to opoka, czyli ktoś, na kim można polegać w stopniu najwyższym. To jednostka godna całkowitego zaufania, opiekun, na którego wsparcie można liczyć w najbardziej kryzysowych chwilach. Zwróćmy zresztą uwagę na samą konstrukcję wyrazu, w której wyraźnie widać rdzeń powiązany z czasownikiem „polegać”. Błąd utożsamiający spolegliwość z naiwną uległością stał się jednak z biegiem lat tak powszechny i wszechogarniający, że ostatecznie komitety językoznawcze i słowniki skapitulowały, akceptując to drugie, wtórne znaczenie jako w pełni poprawne. To jeden z tych niezwykle rzadkich momentów, kiedy masowe nieporozumienie bezapelacyjnie wygrało z etymologią oraz logiką, trwale zmieniając kształt polszczyzny na naszych oczach. Język pada ofiarą demokracji.

Pretensjonalny nie ma do ciebie pretensji

Równie często nadużywamy słowa „pretensjonalny”, traktując je niemal jako uniwersalny epitet dla każdego, kto jest marudny, roszczeniowy lub po prostu ma do nas o coś tytułowe pretensje. Kiedy ktoś narzeka na źle wykonaną usługę, marudzi, że jest mu za zimno albo wytyka nam błędy, bardzo chętnie i z pewną wyższością kwitujemy to stwierdzeniem, że jest to osoba pretensjonalna. Nasz mózg idzie tu po linii najmniejszego oporu, łącząc ten przymiotnik ze zjawiskiem posiadania pretensji, podczas gdy w rzeczywistości pretensjonalność nie ma nic wspólnego ze zwykłym zrzędzeniem. Oznacza ona sztuczność, pozowanie na kogoś lepszego i próbę przypisania sobie wyższego statusu intelektualnego lub społecznego, który całkowicie mija się z prawdą. Pretensjonalny nie jest więc wściekły klient domagający się swoich praw w sklepie, lecz ktoś, kto ten sam sklep krytykuje, używając wyuczonego, napuszonego i niezrozumiałego żargonu, ostentacyjnie manifestując w ten sposób swoją rzekomą wyższość nad otoczeniem.

Szampon dedykowany, czyli poezja marketingu

Na koniec warto wspomnieć o sferze, która potrafi wykrzywić znaczenie każdego słowa, czyli o szeroko pojętym marketingu. To z niego wypełzło i zaraziło naszą codzienność sformułowanie „dedykowane”, używane obecnie z upodobaniem w niemal każdym możliwym kontekście komercyjnym. Ze wszystkich stron atakują nas informacje o rozwiązaniach dedykowanych dla biznesu, systemach informatycznych dedykowanych konkretnej branży, a na półkach w drogerii triumfy święcą kremy dedykowane cerze suchej czy szampony dedykowane łupieżowi. Choć jest to, jak zawsze, bezpośrednia kalka z języka angielskiego, w polszczyźnie czasownik ten niesie ze sobą ładunek emocjonalny i odnosi się do sfery sztuki lub gestów o bardzo głębokim, symbolicznym charakterze. Dedykować można było komuś książkę na pierwszej stronie, ofiarować wiersz ukochanej osobie albo zadedykować utwór muzyczny pamięci jakiegoś ważnego wydarzenia. Zawsze nadawało to ludzkiemu wysiłkowi osobisty, wręcz intymny wymiar. Przypisywanie tej samej wzniosłej, artystycznej rangi przedmiotom codziennego użytku, które są do czegoś po prostu przeznaczone, brzmi karykaturalnie, tworząc w głowie obraz, w którym producent rury lub jakiegoś zaworu pisze dla nich specjalną, uroczystą dedykację oznaczającą, że pasują do zlewów o danej średnicy.

Elokwencja nie wymaga wciągania brzucha

Język to oczywiście plastyczna materia, która prędzej czy później adaptuje się do tego, w jaki sposób na co dzień posługują się nią ludzie. Niewykluczone, że część z wymienionych wyżej słów w przyszłości ostatecznie zmieni swoje oficjalne słownikowe definicje, poddając się presji uzusu. Zanim to jednak nastąpi, warto pamiętać, że prawdziwa elokwencja zazwyczaj opiera się na prostocie, klarowności i precyzji, a nie na zawiłości formy. Używanie słów, których znaczenia jesteśmy w pełni pewni, zawsze będzie strategią bezpieczniejszą niż sięganie po skomplikowane terminy tylko po to, by zrobić na kimś wrażenie. Jasność przekazu zawsze wybroni się lepiej niż zawiła, nienaturalnie brzmiąca językowa autokreacja.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *