Występ na żywo jako performance art – jesteśmy zbyt krytyczni

Członek zespołu Mayhem z nabitą na pal głową świni

Każdy z was słyszał pewnie o przynajmniej jednym zespole, którego występy na żywo były ekstremalne, odrzucające i – dla niewytrenowanego oka – usilnie wulgarne. Prasa krzyczy o takich koncertach, najczęściej w formie oburzenia, przedstawiając je jako bezcelowe akty szokowania publiczności. Jednak to powierzchowne spojrzenie nie dostrzega głębi oraz transmedialności, o które niejako rozchodzi się wykonawcom. W rzeczywistości, wiele z nich stanowi swoisty rodzaj performance art – performansu, który wykracza poza muzykę i staje się całkowicie nowym artystycznym wyrazem. Takie koncerty nie niosą za sobą jedynie shock value, ale niekiedy posiadają silne przesłanie, które może zostać przeoczone przez tych, którzy widzą (lub starają się widzieć) jedynie kontrowersję. W tym artykule zastanowimy się, dlaczego zbyt często jesteśmy krytyczni wobec takich wystąpień i jak ekstremalne formy ekspresji mogą wzbogacać doświadczenie artystyczne, zamiast je obrzydzać.

Performance art

Performance art to forma sztuki, której główną cechą jest efemeryczność – działanie artysty, które odbywa się na żywo w obecności publiczności. Performer staje się samym tworzywem swojego dzieła, używając swojego ciała, emocji i działań jako narzędzi wyrazu. W przeciwieństwie do tradycyjnego teatru, gdzie aktor odgrywa rolę, performer w performance art nie przyjmuje innej tożsamości, lecz ukazuje siebie – swoje ciało, umysł i emocje – w kontekście sztuki. Choć często odbywa się w galeriach czy muzeach, a nie na scenach teatralnych, jego przestrzeń może być dowolna. To, co wyróżnia performance art, to możliwość jego obecności w różnych formach – na żywo, w transmisjach wideo, a nawet w sytuacjach, gdzie artysta nie jest fizycznie obecny, lecz działa za pośrednictwem mediów. Performance art wykracza poza tradycyjne granice sztuki, łącząc różne formy ekspresji i angażując widza na różne sposoby. W tym sensie jest to forma, która nie poddaje się jednoznacznym definicjom, bo sama w sobie ma charakter antydefinicyjny – jej celem jest właśnie łamanie konwencji, wyjście poza ustalone ramy artystyczne i otwieranie nowych przestrzeni twórczości.

Idealnym przykładem sztuki performatywnej jest „ukryty masturbator”, czyli występ Vito Acconciego z 1972 roku. Artysta skonstruował fałszywą podłogę w nowojorskiej galerii sztuki i ukrył się pod nią. Głośniki przekazywały jego głos do galerii. Gdy odwiedzający przechodzili po drewnianej podłodze, słyszeli, jak mamrotał seksualne fantazje na ich temat, masturbując się. Ten kontrowersyjny występ miał za zadanie zobrazować wszechobecną paranoję, jaka panowała w trakcie prezydentury Nixona.

Czym performance art NIE JEST?

Moja własna definicja stanowi, że aby dane działanie mogło zostać uznane za sztukę performatywną, musi spełniać dwa elementarne wymogi:

  1. Performer jest tworzywem własnego dzieła
  2. Widownia jest jedynie obserwatorem dzieła, a nie jego uczestnikiem

Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że wielokrotnie w trakcie rozmowy na temat sztuki performatywnej spotykałem się z opinią, jakoby kontrowersyjne, niedopuszczalne czyny, jakich dopuszczał się punkowy muzyk GG Allin, miałyby być traktowane jako performance art. Z mojego punktu widzenia jego występy nie spełniają tych wymogów. Allin regularnie angażował publiczność w swoje działania, traktując ją raczej jako obiekt do swojej destrukcyjnej ekspresji, niż pasywnego obserwatora. Obrażanie, obrzucanie fekaliami, a także brutalne zachowania wobec widzów, w tym napaści seksualne na oczach wszystkich na scenie, wykraczają poza granice sztuki performatywnej. Tego typu działania nie służą poszerzeniu artystycznego doświadczenia ani nie wnoszą nic do samego dzieła. Zamiast tego są aktami przemocy, które w żaden sposób nie angażują widza w żaden twórczy proces, lecz zmieniają go w uczestnika brutalnej, chaotycznej „rozrywki”. To istotna różnica, ponieważ w sztuce performatywnej widownia ma pozostać poza akcją, obserwując ją z dystansu, a nie stając się jej bezpośrednią częścią. W moim odczuciu, nazywanie tego typu sadystycznych napaści sztuką performatywną jest błędnym przypisaniem i największą inwektywą dla tej formy sztuki, która zniekształca istotę tego, czym performance art powinno być. Sztuka performatywna ma na celu poszukiwanie głębszego wyrazu emocji, idei czy relacji między artystą a widownią, a nie wykorzystywanie fizycznej przemocy czy dehumanizacji widzów jako środka wyrazu.

Bardzo chciałbym tu napisać o zespole Hanatarash – w końcu w trakcie jednego z koncertów dosłownie zniszczyli cały klub, w którym występowali, bo wokalista wsiadł w buldożer i przejechał przez budynek na wylot. Takich sytuacji było więcej i doprowadziły do tego, że zespół dostał prawny zakaz występów na żywo. Na próżno tu jednak szukać ekspresji artystycznej, bo poza chaosem i zniszczeniem nie było tu artyzmu, a destrukcja sama w sobie nie jest sztuką.

Przykłady sztuki performatywnej w muzyce na żywo

ENDON

Dopiero co o nich pisałem, jednak uważam ten zespół za pewne apogeum artyzmu, a i w ten temat wpisują się idealnie. Ich wczesne koncerty były doskonałym przykładem tego, jak ekstremalne działania na scenie mogą być integralną częścią artystycznego przekazu, a nie jedynie szokującym aktem. Zespół nie tylko posiada bardzo surowe i teatralne brzmienie, ale w trakcie występów na żywo ciało wokalisty także wchodziło w rolę narzędzia twórczego. Wokalista Taichi Nagura stosował samookaleczenia, a ich występy często przybierały formę pełnoprawnego performensu. Na jednym z koncertów ENDON wokalista owijał głowę taśmą klejącą, podduszając się nią, jednocześnie krzycząc przez mikrofon, co nie tylko budziło zmartwienie, ale komponowało się z kakofonią dźwięków aby wspólnie zasymbolizować pewne ograniczenie, niemoc i ekstremalną izolację.

Wszystkie elementy miały na celu wzmocnienie ich przekazu. ENDON to przykład zespołu, który używał ekstremum jako narzędzia artystycznego, a nie samego celu. I na tym właśnie powinien polegać ekstremalny performance art – kontrowersja i ekstremum mają być środkiem, a nie samym przekazem.

Mayhem

Mayhem to zespół, którego fanom muzyki lub oglądania wideoesejów na YouTube przedstawiać nie trzeba – głównie za sprawą głośnego wydarzenia, w którym wokalista odstrzelił sobie głowę strzelbą, a członkowie zespołu umieścili makabryczne zdjęcie z miejsca zdarzenia na okładkę płyty i zrobili sobie naszyjniki z odłamków jego czaszki. Sytuacja była na tyle głośna, że zespół stał się bardziej ciekawostką niż popularnym i rozpoznawalnym przedstawicielem black metalu, dlatego wielu miłośników kultury wie o tych wydarzeniach, jednak nigdy nie słyszeli ani jednego utworu. To zespół, który słynie z medialnych afer, a nie z dobrej muzyki, a ich koncerty bywały równie ekstremalne co sama historia zespołu. Trzeba jednak przyznać, że poświęcenie sztuce było godne pochwały u pierwszego wokalisty o pseudonimie Dead, ponieważ w trakcie wczesnych koncertów zespołu samookaleczał się nożem lub odłamkami szkła, aby jego krzyki stały się bardziej autentyczne. Parowano to niekiedy z interesującymi dekoracjami obecnymi na samej scenie, takimi jak świńskie głowy nabite na pal, co tworzyło naprawdę gęstą atmosferę. W każdym innym wypadku polemizowałbym, czy jest to sztuka performatywna, ponieważ Mayhem niewątpliwie używał swoich ciał i zewnętrznych rekwizytów w formie ekspresji, a ich koncerty były znacznie bliższe szokującemu spektaklowi niż przemyślanej, artystycznej praktyce. Dead nie tworzył głębokiego, refleksyjnego przekazu za pomocą samookaleczania się; był to raczej sposób na intensyfikację emocji i wywołanie silnej reakcji u publiczności. W tym sensie jego działania miały bardziej charakter emocjonalnego katharsis i buntu niż twórczości artystycznej.

Jednak w tym przypadku uznaję to za performance art, ponieważ sztuką performatywną zespołu Mayhem była jego autentyczność. Choć zewnętrzna forma ich występów była brutalna i pełna chaosu, to podstawowym elementem, który sprawiał, że ich działania miały głębszy sens, była niepodważalna szczerość i prawdziwość ich wyrazu. Mayhem, a szczególnie Dead, byli prawdopodobnie najmniej pozerskim i najbardziej autentycznym zespołem w historii muzyki metalowej, a każde ich działanie – od samookaleczeń po wykorzystanie makabrycznych rekwizytów – miało na celu wyrażenie pełnej, bezkompromisowej prawdy ich artystycznej wizji. Dla nich black metal nie był tylko kwestią wizerunku, ale sposobem na wyrażenie siebie, bez żadnych maskujących ozdobników, co w kontekście performance art czyni ich występy autentycznym, choć brutalnym, aktem twórczym.

Genesis P-Orridge

Niejako podobnym do shejtowanego przeze mnie powyżej GG Allina artystą jest Genesis P-Orridge, którego występy, sztuka i życie prywatne miały podobnie przeseksualizowany i ekstremalny charakter. Genesis, określony przez członka szkockiego parlamentu mianem „niszczyciela cywilizacji”, nie krzywdził jednak osób postronnych, a jego działania niosły za sobą istotny przekaz. W sztuce P-Orridge’a nie chodziło tylko o szokowanie publiczności, ale o zmuszenie jej do konfrontacji z fundamentalnymi pytaniami o społeczne normy, indywidualną tożsamość i rolę ciała w kreowaniu sztuki.

Podczas swoich koncertów P-Orridge prezentował także ideę „pandrogynii”, co miało głęboki związek z jego pracą performatywną. Jego wygląd, muzyka, działania na scenie miały wywołać poczucie, że płeć to nie stała, biologiczna cecha, ale raczej przestrzeń do eksperymentu. Na przykład, w niektórych występach łączył elementy męskie i kobiece w sposób dosłowny. Kolejnym przykładem performance art na scenie w wykonaniu Genesis P-Orridge’a było jego fizyczne dążenie do transcendentnej tożsamości poprzez operacje plastyczne. W 1993 roku P-Orridge, wraz ze swoją partnerką Lady Jaye P-Orridge, rozpoczął projekt, który miał na celu fizyczne „zjednoczenie” ich tożsamości płciowych. Chociaż to wydarzenie miało miejsce poza samymi występami muzycznymi, miało głęboki wpływ na koncerty Psychic TV. Na scenie, w ramach tych występów, P-Orridge nie tylko prezentował muzykę, ale także wykonywał akcje mające na celu „przeistoczenie” siebie, często stosując techniki, które były ściśle związane z jego osobistą transformacją. W tym sensie, jego występy były formą autentycznego wyrażania siebie, z jego ciałem w roli głównej, a publiczność była biernym świadkiem tych artystycznych aktów.

Nieuczciwa krytyka

Występy zespołów takich jak ENDON, Genesis P-Orridge czy Mayhem zawsze spotykają się z falą krytyki. W mediach, jak i wśród ogólnego odbioru publiczności, często postrzegane są jako ekstremalne przekroczenie granic dobrego smaku, jako coś, co wykracza poza akceptowalne normy. Mówi się o nich jak o szokujących, a nawet dewiacyjnych aktach, które są nie tyle wyrazem artystycznej ekspresji, ile moralnym przewinieniem. Akty autoagresji na scenie nie są interpretowane jako ekspresja artystyczna, a jako zwykłe szokowanie publiczności i niekiedy mówi się, że ci artyści mają nierówno pod sufitem.

Jest to reakcja, która nie tylko ignoruje głębię tych działań, ale i zaburza zrozumienie samego konceptu performance art. Performance art, który jest przecież formą sztuki, w której artysta nie tylko używa swojego ciała, ale także przełamuje tradycyjne granice mediów, angażując w swój przekaz całe spektrum zmysłów i doświadczeń. Kiedy jednak to samo dotyczy muzyki, reakcja jest zupełnie inna.

Wydaje mi się, że wynika to z głębokiego zakorzenienia w społeczeństwie przekonania, że muzyka to jedynie forma rozrywki. Ludzie nie dostrzegają jej potencjału jako narzędzia do głębokiej ekspresji artystycznej. Wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do muzyki jako tła dla rozrywki, imprez, czy codziennych aktywności. Większość odbiorców nie potrafi dostrzec transmedialności tych działań i docenić faktu, że muzyka to coś więcej niż tylko rytmiczne dźwięki, które można odbierać jedynie jako zewnętrzny impuls do zabawy czy relaksu.

W przypadku zespołów takich jak ENDON czy Mayhem, artysta nie tylko wykorzystuje muzykę, ale wręcz zderza ją z innymi formami ekspresji – z ruchem, obrazem, a także z całą, wręcz rytualną atmosferą. To, co dla jednych jest „szokiem”, dla artystów stanowi integralną część całokształtu doświadczenia i przekazu, gdzie granice między muzyką, ciałem i przestrzenią są całkowicie zatarte. Zamiast traktować te występy jako karykatury czy bezcelowy ekstremizm, warto dostrzec w nich głęboki, przemyślany akt twórczy, który łączy sztukę dźwięku, wideo, ciała i samego performera.

Krytyka tych występów ma swoją głęboko zakorzenioną przyczynę w tradycyjnych, konserwatywnych spojrzeniach na muzykę i sztukę. Gdy pojawiają się elementy, które wykraczają poza wygodną konwencję, pojawia się od razu opór – społeczeństwo nie jest w stanie zaakceptować nowych form ekspresji.

Zatem warto zadać sobie pytanie: dlaczego, gdy artysta wykracza poza granice „tradycyjnego” występu, wciąż traktujemy to jako coś wyłącznie kontrowersyjnego, zamiast docenić, że jest to część pełnej ekspresji artystycznej, którą możemy i powinniśmy zrozumieć? Jeśli zaczniemy patrzeć na muzykę jako sztukę, a nie tylko jako rozrywkę, zmieni się nasze postrzeganie tego, co widzimy na scenie. Ekstremalne występy nie są tylko wymysłem szalonego człowieka, ale przemyślaną częścią procesu twórczego, którego celem jest wywołanie głębszej reakcji i zainspirowanie do refleksji. To, co się dzieje na scenie, zasługuje na to, by być traktowane z szacunkiem, ponieważ to część sztuki – i tak powinno być postrzegane.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *