Guilty pleasure nie istnieje – dlaczego nie wstydzę się lubić kiczowatych rzeczy

Kiedyś wydawało mi się, że jeśli chcę być traktowany poważnie jako osoba, która „zna się na kulturze”, to muszę stworzyć sobie odpowiedni wizerunek. Znasz ten schemat – czarna koszulka, winyle, wiedza z zakresu krautrocka i obowiązkowe narzekanie na współczesną scenę muzyczną, bo „teraz to już nie ma muzyki, tylko content”. Nie żeby coś, niektóre z tych elementów to akurat fakty – ale gdzieś po drodze pojawił się też ten dziwny lęk, że jeśli ktoś przyłapie mnie na słuchaniu czegoś zbyt prostego, zbyt kiczowatego albo – o zgrozo – popularnego, to mój kredyt zaufania jako kulturowego znawcy wyparuje szybciej niż punkowe ideały po podpisaniu kontraktu z dużą wytwórnią; tak zwane „guilty pleasure”.

Obrazek przedstawiający listę "guilty pleasure". Słowo "guilty" jest przekreślone.

Co to właściwie jest „guilty pleasure”?

Guilty pleasure, czyli „wstydliwa przyjemność”, to termin, który zrobił karierę w popkulturze jako określenie na rzeczy, które sprawiają nam frajdę, ale z jakiegoś powodu uważamy je za obciachowe. Mogą to być piosenki, filmy, seriale, książki – wszystko, co teoretycznie nie pasuje do naszego gustu, statusu czy wizerunku. To ta dziwna kategoria ulubionych rzeczy, którymi raczej nie podzielimy się na pierwszej randce albo na spotkaniu z ludźmi, którzy „się znają”. To przyjemność podszyta poczuciem winy – jakbyśmy robili coś niewłaściwego, choć przecież nikogo tym nie krzywdzimy.

I właśnie z tej atmosfery wstydu zrodziło się pojęcie guilty pleasure – takiej muzycznej szafy wstydu, do której wrzucasz wszystko, czego „nie wypada” lubić, ale z jakiegoś powodu cię to cieszy…

Skąd się wzięło guilty pleasure? Krótka historia wstydu

Koncepcja guilty pleasure nie pojawiła się znikąd. To efekt dziesięcioleci budowania kulturowych hierarchii, podziału na sztukę wysoką i niską (fuj…), ambitną i masową, godną szacunku i godną politowania. I chociaż te podziały już dawno się zatarły, szczególnie w epoce internetu i playlistowych algorytmów, to poczucie wstydu zostało.

Być może to relikt czasów, gdy to, czego słuchasz, definiowało twoją tożsamość społeczną. Subkultury budowały mury – metalowcy gardzili popem, punkowcy pluli na komercję, a fani elektroniki wyśmiewali radiowe hity. Muzyka była deklaracją przynależności, a każde odstępstwo od tej deklaracji traktowano jak zdradę. Dzisiaj nosimy na koszulkach loga zespołów, których nie znamy, i słuchamy wszystkiego, co nam się podoba – ale wstyd przed „obciachem” wciąż gdzieś czai się z tyłu głowy.

Przecież kultura to nie egzamin

Cały ten koncept „winnego przyjemniaczka” opiera się na przekonaniu, że istnieje jakaś muzyczna hierarchia, w której pewne rzeczy są godne szacunku, a inne to plebejskie popłuczyny. Tyle że to założenie jest totalnym absurdem. Kultura to nie egzamin, gdzie musisz mieć zaliczone wszystkie kanoniczne pozycje, żeby w ogóle mieć prawo głosu. Jasne, wiedza o historii muzyki jest super, ale udawanie, że można się tylko i wyłącznie zachwycać czymś ambitnym, jest po prostu niezdrowe.

To trochę jakbyś musiał jeść wyłącznie w restauracjach z gwiazdkami Michelin i wypierał się, że czasem masz ochotę na kubełek skrzydełek w KFC. Nie da się budować swojej tożsamości tylko na tym, co konwencjonalnie uznawane jest za prestiżowe, bo człowiek składa się z różnych emocji – tych podniosłych i tych przyziemnych.

Między kiczem a szczerością

Problemem z guilty pleasure jest też to, że wiele z tych rzekomo „obciachowych” rzeczy ma w sobie więcej autentyczności niż niejeden uznany projekt. Taki Scooter to przecież czysta radość – totalna akceptacja swojej kiczowatości i nieudawana energia, która sprawia, że chcesz robić rzeczy, których raczej nie wrzuciłbyś na LinkedIna. I co w tym złego?

Szczerość to waluta, która liczy się bardziej niż gatunkowa metka. Projekt udający awangardę, żeby przypodobać się krytykom, jest mniej wartościowy niż szczery kicz, który nie ma ambicji udawać czegoś więcej, niż jest. To właśnie ta bezpretensjonalność sprawia, że guilty pleasure potrafi dać więcej czystej frajdy niż intelektualny snobizm.

Sztuczna awangarda dla krytyków

I tu dochodzimy do drugiej strony medalu – tych dzieł, które z kolei udają głębię, tylko po to, żeby zaimponować krytykom i snobistycznej części odbiorców. To te wszystkie filmy i albumy, które po brzegi wypełnione są znaczeniami, symbolami i pustymi zabiegami formalnymi, które mają jedynie sugerować, że mamy do czynienia z wielką sztuką. Problem w tym, że z prawdziwą treścią i emocjami nie mają one wiele wspólnego.

Weźmy na przykład film „I Am the Pretty Thing That Lives in the House” – teoretycznie artystyczny horror, który wygląda jak dzieło sztuki współczesnej w wersji kinowej. Długie, statyczne ujęcia, niemal zerowa akcja, bohaterowie drewniani jak meble w opuszczonej willi, wszystkie dialogi napisane w trudnej do zinterpretowania poezji – wszystko krzyczy „patrzcie, jestem sztuką!”. Tylko że jedyna emocja, jaką wzbudza, to znużenie i niejasne poczucie, że ktoś właśnie zrobił ci test na cierpliwość.

Strona IMDB filmu I Am The Pretty Thing That Lives in The House. Ocena 4.6/10 spośród 17 tysięcy głosów.

Paradoks polega na tym, że kultura pełna jest takich wydmuszek. Dzieł, które mają w CV więcej nazwisk teoretyków niż prawdziwych emocji. I o ile wcale nie uważam, że wszystko musi być proste i przystępne, to jednak trudno nie zauważyć, że im bardziej coś jest napompowane pod kątem krytycznego poklasku, tym częściej brakuje w tym duszy.

Nostalgia i kultura memiczna

Trzeba też przyznać, że guilty pleasure ma swoje korzenie w nostalgii. To nie przypadek, że większość naszych wstydliwych przyjemności to rzeczy, które pamiętamy z dzieciństwa – Eurodance, Eurobeat, popowe hity z czasów szkolnych dyskotek. To muzyka, która kiedyś bawiła nas bez cienia wstydu, zanim nauczyliśmy się, że pewne rzeczy „wypada” lubić, a inne nie.

A nostalgia to potężna siła. To dlatego na imprezach bardziej buja nas Crazy Frog czy Kaz Bałagane niż coś z najnowszej płyty ulubionego rave’owego zespołu. To nie wstyd – to biologia i sentymenty, których nie warto wypierać. Nasze „guilty pleasure” to często po prostu bandaż na nostalgię, sposób na powrót do czasów, kiedy muzyka była czystą radością, a nie polem do pokazów erudycji.

I tu dochodzimy do jeszcze jednego punktu – memizacji muzyki. Internet zrobił z kultury popowej wielki, pulsujący mem. „Barbie Girl”, „Dragostea Din Tei” czy „Blue (Da Ba Dee)” funkcjonują równocześnie jako żarty i jako szczere, nostalgiczne przyjemności. Ironia i autentyczność zlewają się w jedno, tworząc dziwaczną hybrydę, w której nie musisz już wybierać, czy coś lubisz na serio, czy tylko „dla beki”.

Zrezygnuj z wstydu, bądź sobą

Nie istnieje coś takiego jak guilty pleasure. Jest tylko pleasure – czysta przyjemność z muzyki, filmu, książki czy czegokolwiek, co daje ci emocje. I naprawdę nie ma znaczenia, czy te emocje generuje awangardowa opera industrialna, czy Aqua śpiewająca o plastikowych lalkach.

Muzyka to nie test na inteligencję. Nie musisz się tłumaczyć z własnych playlist. Nie ma wstydu w tym, że muzyka sprawia ci frajdę – nawet jeśli ta frajda jest różowa, tandetna i ma na sobie cekiny. Guilty pleasure? Nie ma czegoś takiego. Jest tylko twoja historia zapisana w dźwiękach – i to jest coś, czego nikt nie ma prawa oceniać.

Twój gust to twoja osobowość

Każdy z nas jest sumą swoich playlist. I te playlisty to nie tylko nasze przemyślane wybory, ale też przypadkowe odkrycia, sentymentalne powroty, muzyczne głupotki i rzeczy, których słuchaliśmy, zanim zaczęliśmy się przejmować, co wypada. Każda taka piosenka to fragment większej historii – twojej historii.

Jeśli coś cię bawi, wzrusza, albo po prostu sprawia, że świat na trzy minuty staje się mniej skomplikowany – to nie może wywoływać w tobie poczucia winy. To jest czysta, piękna i osobista przyjemność. Cała reszta to szum, który warto wyłączyć.

2 Replies to “Guilty pleasure nie istnieje – dlaczego nie wstydzę się lubić kiczowatych rzeczy”

  1. Ola says:

    Moja guilty pleasure to Jems Blunt, którego słuchać lubię, pisarze tacy jak Ken Follet i Jeffrey Archer i skandynawskie kryminały. I się tego nie wstydzę w ogóle, bo odprężenie i wyczyszczenie głowy z problemów choć ma te pare chwil z ciekawą książką, czy filmem są dla mnie bardzo ważne. A Ty Kacprze przyznaj się, jaka jest Twoja guilty pleasure.

    Odpowiedz
    1. Kacper says:

      Ja nie mam guilty pleasure! Wszystko lubię z dumą, nawet jeśli jest w konkretnych kręgach uznawane za plebejskie popłuczyny 🙂

      No ale jeśli musiałbym wybrać to lubię sztampowe horrory i romanse; takie, które nic nie wnoszą do gatunku, dialogi są przewidywalne i oklepane, a gra aktorska to dno i kilometr mułu. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” to dobry przykład takiego horroru, a jeśli chodzi o romans to gorąco polecam koreański serial „My Roommate is a Gumiho”

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *