Dzieła stworzone dla krytyków i snobów, czyli sztuczna awangarda

We wcześniejszym tekście na Kulturalnych Bzdurach (tutaj wrzucę link, żeby SEO się zgadzało), pisałem o guilty pleasure i o tym, że wstydzenie się własnych gustów to pułapka, w którą łatwo wpaść, zwłaszcza gdy ktoś chce za wszelką cenę uchodzić za wyrafinowanego odbiorcę kultury. Z tej refleksji wykluła się „sztuczna awangarda” – kolejna myśl o istnieniu całego nurtu dzieł, tworzonych nie po to, by cokolwiek przekazać, wzruszyć, skłonić do refleksji czy nawet wkurzyć, ale wyłącznie po to, by zaimponować krytykom i stać się wizytówką kulturalnych snobów.

kadr z filmu I am the pretty thing that lives in the house

Sztuczna awangarda bez treści

Nie chodzi o to, że wszystko musi być proste, lekkie i przyjemne. Wielu artystów eksperymentuje, szuka nowych form wyrazu i testuje cierpliwość odbiorcy – i to jest w porządku. Problem pojawia się wtedy, gdy pod tą całą otoczką nie ma niczego poza chęcią zaimponowania krytykom i kulturowym snobom. Filmy, obrazy, albumy, które na pierwszy rzut oka wydają się mówić „jesteś za głupi by mnie zrozumieć”, a tak naprawdę nie mają nic do powiedzenia.

To te wszystkie filmy, albumy i instalacje, które bardziej niż prawdziwą sztukę przypominają fuszerkę — pospiesznie poklejony gorącym klejem zlepek elementów ukradzionych z szanowanych i naprawdę artystycznych dzieł kultury, ale pozbawiony zrozumienia, dlaczego te elementy tam działały. Efekt końcowy jest jak kiepska podróbka obrazu — niby znajome kształty, ale widać, że malarz nie ogarnął proporcji i połowy techniki.

Przykład: I Am The Pretty Thing That Lives in the House

Jednym z najlepszych przykładów takiej sztucznej awangardy jest Netflixowy film I Am the Pretty Thing That Lives in the House. Na papierze – artystyczny horror. W rzeczywistości – rozciągnięte do granic możliwości ćwiczenie z cierpliwości.

To film, który z definicji powinien trafić w moje klimaty — kameralny horror oparty na budowaniu atmosfery, z oldskulowym, nawiedzonym domem w centrum wydarzeń. Problem w tym, że zamiast atmosfery dostajemy wydmuszkę, która wygląda jakby ktoś próbował sklecić arthouse’owy horror na podstawie wyrwanych z kontekstu scen z lepszych filmów, nie rozumiejąc, dlaczego te sceny w ogóle działały.

Fabuła, jeśli w ogóle można to tak nazwać, kręci się wokół pielęgniarki o imieniu Lily, która przeprowadza się do starego domu, by opiekować się umierającą pisarką horrorów. Brzmi jak klasyka gotyckiego horroru — tajemniczy dom, tajemnicza przeszłość, napięcie narastające z każdym dniem. Niestety, film zamiast wykorzystywać ten gotowy szkielet, postanawia go rozebrać do naga i zostawić widza z nagim, wychłodzonym trupem koncepcji.

Każda scena jest dopieszczona wizualnie, to trzeba przyznać. Klatki wyglądają jak fotografie z wystawy w galerii sztuki współczesnej — wyważone kompozycje, dbałość o światło, minimalizm przestrzeni. Problem w tym, że piękno obrazu nie idzie w parze z funkcją, jaką powinien spełniać horror. Zamiast niepokoju, te piękne ujęcia budzą… obojętność. Reżyser najwyraźniej założył, że jeśli każda scena będzie wyglądała jak martwa natura, to widz automatycznie dopisze sobie do niej głębię. Tylko że sztucznie stylizowany horror bez emocji to jak elegancko oprawione puste płótno.

Postacie w tym filmie nie rozmawiają. One recytują. Każde zdanie brzmi jak wyrwane z tomiku pretensjonalnej poezji, a bohaterowie wygłaszają te kwestie z taką powagą, jakby od tego zależało ich życie. Problem w tym, że nie mają w sobie grama życia. To są dialogi (choć częściej monologi…), które połknęły słownik poezji na pierwszym roku studiów. Naprawdę, ciężko to opisać komuś, kto tego nie oglądał, ale ten scenariusz przypomina lanie wody w pracy pisemnej na maturze z polskiego. Nie masz nic do powiedzenia to to pięknie ubierz w słowa.

Jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś się, jak wyglądałby film, który zamiast budować napięcie, próbuje wprowadzić niesamowitą głębię do dosłownie każdej sceny, to oto masz odpowiedź. Każdy ruch kamery trwa dłużej, niż powinien. Każdy moment ciszy jest tak przeciągnięty, że zaczynasz zastanawiać się, czy przypadkiem nie zepsuł ci się dźwięk. Zamiast budować atmosferę grozy, film serwuje ci test cierpliwości godny zen buddyjskich mnichów. To ten rodzaj tempa, który nie pozwala się zanurzyć w historii, bo zanim cokolwiek się wydarzy, zdążysz sprawdzić telefon, zrobić herbatę i wrócić, a bohaterka nadal będzie powoli odwracać głowę.

Na zakończenie tyrady na temat tego filmu wrzucam dialog pomiędzy dwiema postaciami, który idealnie obrazuje to, jak usilnie poetycki jest ten film. Zaznaczam, że to jest dosłowny cytat z filmu, więc jeśli wydaje się bez sensu to dlatego, że tak jest, a nie dlatego, że coś napsociłem.

Iris Blum: Gdzie poszłaś, Polly?

Lily: Nigdzie nie poszłam, pani Blum. Jestem tutaj z Panią, tak jak zawsze. Ta sama Lily Saylor z 43 Hoover Road, Altoona… Pensylwania. Do usług.


Iris Blum: Miałaś tyle do powiedzenia w tych pierwszych latach. Kiedy mieszkałaś tu ze mną. Na tyle, że można by o tym napisać książkę. A potem… nic. Odwróciłaś się. Odwróciłaś się i odwracałaś się tak wiele razy… że wkrótce twoje stopy były zwrócone w zupełnie złą stronę. I musiałam patrzeć, jak wchodzisz do pokoju… tyłem do przodu. Nie robiłam nic, tylko siedziałam i słuchałam. Nie wydawałam żadnych dźwięków. Nie witałam żadnych gości. A teraz wróciłaś. Ale tylko po to, żeby mnie skrzywdzić, tylko po to, żeby się pokazać, ale nie po to, żebym mogła cię zobaczyć. Prawie nie przypominasz siebie. Wy biedne, ładne istoty, których piękno ma tylko jedną gwarancję. Naucz się patrzeć na siebie tak, jak reszta świata, a zostaniesz. Ale zostawiona sama, z własnymi oczami patrzącymi na ciebie, i nawet najpiękniejsze rzeczy gniją. Rozpadasz się jak kwiaty.

Strona IMDB filmu I Am The Pretty Thing That Lives in the House

Inne przykłady: kino, muzyka, sztuka

Sztuczna awangarda to nie jest zjawisko ograniczone tylko do jednego filmu czy gatunku. Dobrym przykładem z muzyki jest album Lulu Lou Reeda i Metalliki. Projekt, który na papierze miał być fuzją awangardowej poezji z ciężkim brzmieniem, w praktyce okazał się pretensjonalnym bełkotem przetykanym riffami, które same nie wiedziały, do czego mają pasować. Reed melorecytuje poetyckie wersy, których sens rozpuszcza się w muzycznym chaosie, a cały projekt wygląda jak próba udowodnienia, że to, co niezrozumiałe, jest automatycznie ambitne.

Z kolei w świecie sztuki wspomnieć można choćby część instalacji, które trafiły do prestiżowych galerii tylko dlatego, że miały odpowiednią otoczkę teoretyczną. Klozet postawiony na środku sali, opatrzony elaboratem o dekonstrukcji przestrzeni prywatnej, to właśnie przykład sztuki, która istnieje tylko po to, żeby wpasować się w akademicki dyskurs, a nie żeby coś faktycznie komunikować.

W literaturze też nie brakuje takich przypadków. Wystarczy przypomnieć sobie modę na powieści eksperymentalne, które z premedytacją porzucały jakąkolwiek logikę narracyjną i psychologiczną spójność postaci, a w zamian oferowały pozorną głębię w formie absurdalnych monologów i urwanych myśli. Prawdziwy problem polega na tym, że te wszystkie dzieła to sterta efektownych śmieci — coś się świeci, coś wygląda jak sztuka, ale nie wiadomo, po co właściwie istnieje. Książka „Nightwood” autorstwa Djuny Barnes to legendarny przykład „trudnej” literatury modernistycznej, która w teorii miała być poetyckim portretem rozpaczy i seksualności, a w praktyce to festiwal absurdalnych monologów, w których postacie wygłaszają swoje wewnętrzne dramaty w taki sposób, jakby cały czas stały na scenie w teatrze eksperymentalnym. Emocji brak, za to pretensji — pod korek.

Sztuczna awangarda to po prostu dzieła dla snobów

Nie chodzi o to, żeby deprecjonować całą awangardę — są artyści, którzy rzeczywiście poszukują nowych form wyrazu i udaje im się stworzyć coś przejmującego. Problem pojawia się wtedy, gdy sztuka zaczyna istnieć tylko po to, żeby podobać się wąskiemu gronu osób, które zadowala sama idea trudnej, niezrozumiałej formy. I to wszystko po to, żeby potem pucować się do faktu, że podobało im się dzieło tak awangardowe, że aż nieznośne.

Czasem mam wrażenie, że teoretycy sztuki i krytycy zaczęli wmawiać ludziom, że jeśli coś jest męczące i nieprzystępne, to musi być wartościowe. Ale to nieprawda. Dobre dzieło sztuki może być trudne, ale nigdy nie powinno być puste. Problem w tym, że część artystów zaczęła celowo tworzyć dzieła, które wyglądają jak „sztuka” i brzmią jak „sztuka”, ale w środku są tylko kalkulacją — próbą wpisania się w oczekiwania intelektualnej elity.

Podsumowanie

Nie ma nic złego w eksperymentowaniu i przesuwaniu granic sztuki. Ale jeśli pod całą warstwą koncepcyjną nie ma niczego, co porusza, inspiruje lub skłania do refleksji, to mamy do czynienia z pustą formą. I o ile pewne dzieła faktycznie wymagają większego wysiłku, to nie każda rzecz, która jest „trudna”, jest automatycznie wartościowa.

Nie dajmy sobie wmówić, że im coś bardziej nuży, tym jest głębsze. Nie musimy udawać, że ten czterogodzinny Netflixowy melodramat o hydrauliku, który stracił sens życia po tym, jak jego bidet zaczął mówić do niego wierszem, to głębokie studium alienacji w późnym kapitalizmie. Niektóre filmy to po prostu sztuczna awangarda. Niektóre filmy są nudne… i tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *