
W dobie nieustannego postępu technologicznego coraz częściej słyszymy o tzw. „artystach AI” – osobach, które uważają się za twórców, ponieważ wpisali kilka słów do generatora obrazów. Programy generujące obrazy na podstawie tekstowych komend zyskały ogromną popularność, a ich zwolennicy przekonują, że to kolejna rewolucja w sztuce – podobna do wynalezienia fotografii czy cyfrowej edycji, a nawet przejścia z koni na samochody. Problem w tym, że to porównanie jest co najmniej nietrafione. AI nie jest nowym narzędziem artysty. AI jest maszyną do przetwarzania cudzej pracy i rozcieńczania kultury w bełkotliwy, generowany na zawołanie produkt. W tym felietonie przyjrzymy się, dlaczego koncepcja „artysty AI” to sprzeczność sama w sobie i jakie argumenty w obronie sztuki generowanej przez AI warto skonfrontować.
Tak, nie było mi łatwo wymyślić do tego artykułu inny obrazek niż obrazek wygenerowany przez AI, więc możecie się nacieszyć Matrixem.
Jak działa AI tworzące sztukę?
AI generujące obrazy, takie jak Stable Diffusion, MidJourney czy DALL·E, opiera się na modelach głębokiego uczenia maszynowego. W skrócie, systemy te analizują ogromne ilości obrazów pobranych z internetu, ucząc się wzorców stylistycznych, kompozycji i kolorystyki. Następnie, na podstawie podanego tekstowego opisu (promptu), model generuje nowy obraz poprzez łączenie i modyfikowanie cech zaobserwowanych w zbiorze treningowym. Nie tworzy niczego od zera – jego „kreatywność” polega na mieszaniu istniejących prac i prezentowaniu ich w nowej formie. W efekcie otrzymujemy coś, co wygląda jak oryginalne dzieło, ale w rzeczywistości jest wyłącznie statystycznym przetworzeniem tego, czym został nakarmiony algorytm.
Kultura kopiuj-wklej
Sztuka to coś więcej niż zbiór pikseli, które układają się w atrakcyjne wzory. To nie tylko technika, ale i intencja, emocja, kontekst. Obraz wygenerowany przez AI nie niesie ze sobą żadnej z tych wartości, bo nie powstał w wyniku ludzkiej ekspresji. Jest jedynie statystycznym zlepkiem wzorców zaczerpniętych z istniejących dzieł, które wcześniej zostały wchłonięte przez algorytm. Nie sposób mówić tu o twórczości – mamy do czynienia z bezduszną symulacją kreatywności.
Greg Rutkowski, ceniony ilustrator fantasy, to jeden z najbardziej jaskrawych przykładów problemu, jaki niesie ze sobą sztuka AI. Jego nazwisko stało się jednym z najczęściej wpisywanych promptów w narzędziach takich jak MidJourney czy Stable Diffusion. Setki tysięcy osób generowało „sztukę w stylu Grega Rutkowskiego”, podczas gdy sam artysta nie wyraził na to zgody i wielokrotnie protestował przeciwko wykorzystywaniu jego dorobku. Czy można sobie wyobrazić większą ironię? Artysta, który całe życie poświęcił na doskonalenie swojego rzemiosła, zostaje zastąpiony przez algorytm karmiony jego własną twórczością. W efekcie wpisywanie hasła „Greg Rutkowski” w Google skutkowało wyświetlaniem w większości wygenerowanych przez AI obrazów zamiast oryginalnych prac samego artysty, co sprawiało, że jego własna twórczość stawała się coraz trudniejsza do odnalezienia w sieci. To, z kolei, doprowadziło Rutkowskiego i artystów mierzących się z tym samym problemem do zbiorowego pozwu na DeviantArt, Stability AI, Midjourney i Runway AI. Szczegóły i aktualizacje dotyczące sprawy można śledzić na Instagramie artysty.
„Sztuka AI to tylko narzędzie – tak samo jak pędzel czy aparat fotograficzny!”
Jednym z najczęściej powtarzanych argumentów jest porównanie sztucznej inteligencji do tradycyjnych narzędzi używanych przez artystów. Pędzle, aerografy, tablety graficzne czy aparaty fotograficzne zmieniły sposób tworzenia sztuki, ale nie zastąpiły roli artysty jako głównego kreatora. Problem w tym, że AI nie jest narzędziem w tradycyjnym sensie – to autonomiczny system, który na podstawie cudzych prac tworzy nowe obrazy, nie wymagając od użytkownika żadnych umiejętności artystycznych. Nie jest to więc narzędzie wspomagające twórcę, ale maszyna wyręczająca go w procesie kreacji. Różnica jest zasadnicza.
„To demokratyzacja sztuki, a nie jej śmierć!”
Kolejny często przytaczany argument dotyczy rzekomej demokratyzacji twórczości. Zwolennicy AI twierdzą, że dzięki technologii każdy może stać się artystą, niezależnie od zdolności manualnych. Problem w tym, że ta „demokratyzacja” opiera się na grabieży – AI nie uczy się, jak człowiek, lecz kompiluje dane na podstawie prac prawdziwych artystów, często bez ich zgody. W rzeczywistości więc nie jest to poszerzanie dostępu do sztuki, a jej rozmycie i deprecjacja, gdzie talent i wysiłek zostają zastąpione przez algorytmiczne mieszanie cudzych dzieł. Demokracja polega na równym dostępie do możliwości, a nie na bezprawnym czerpaniu z pracy innych bez ich zgody. A do tego, czy ludzie tworzący obrazki w AI są w ogóle artystami, jeszcze wrócimy.
„To tylko kolejny etap ewolucji sztuki – tak samo jak fotografia, kino i cyfrowa grafika!”
Porównywanie AI do przełomów technologicznych, takich jak wynalezienie aparatu fotograficznego czy komputera, również nie wytrzymuje krytyki. Fotografia nie wyparła malarstwa – stworzyła nową dziedzinę sztuki, wymagającą własnych umiejętności i wrażliwości artystycznej. Podobnie stało się z kinem, które nie unieważniło teatru, lecz stało się jego odrębną formą ekspresji. AI natomiast nie wprowadza nowego medium – ono po prostu przejmuje cudzy dorobek i symuluje kreatywność. Nie rozwija kultury, lecz ją zubaża, eliminując indywidualny pierwiastek ludzki z procesu twórczego. Spotkałem się niedawno z podobnym porównaniem, w którym ktoś porównał sztukę AI do „przesiadki z koni na samochody” – absurd tego argumentu widoczny jest przecież już na pierwszy rzut oka. Lepszą analogią byłaby przesiadka z samochodów na self-driving samochody, które po drodze kradną paliwo z innych samochodów.
„Artyści przesadzają – AI i tak nigdy ich nie zastąpi, bo ludzie zawsze będą cenić ręczną pracę!”
Ten argument często sprowadza się do uspokajania, że AI to tylko zabawka, która nigdy nie zastąpi prawdziwych twórców, ponieważ odbiorcy zawsze będą cenić ludzką autentyczność. Problem w tym, że historia pokazuje coś innego – masowa produkcja zawsze spycha na margines rękodzieło. Przemysł muzyczny i filmowy już od lat cierpią z powodu algorytmizacji i automatyzacji, a teraz przyszła kolej na sztuki wizualne. Jeśli w oczach przeciętnego odbiorcy generowany obraz nie różni się od ręcznie malowanego dzieła, to w świecie opartym na szybkim i tanim kontencie to pierwsze wygra z czysto ekonomicznych powodów.
„Jeżeli artysta boi się AI, to najwidoczniej nie jest wystarczająco dobrym artystą!”
Jednym z bardziej absurdalnych argumentów, które pojawiają się w dyskusjach o AI w sztuce, jest twierdzenie, że jeśli artysta traktuje sztuczną inteligencję jako konkurencję, to najwidoczniej nie jest wystarczająco dobry. Zwolennicy tego poglądu przekonują, że uznany artysta, świadomy swojej wartości, nigdy nie zostanie zastąpiony przez algorytm, a jeśli czuje zagrożenie, to oznacza, że brakuje mu talentu lub kompetencji.
W rzeczywistości problem leży zupełnie gdzie indziej. W świecie komercyjnym korporacje zawsze wybiorą tańszą i szybszą alternatywę – a AI idealnie wpisuje się w ten model. Zatrudnienie artysty oznacza konieczność zapłaty za jego pracę i czekania na efekt końcowy, podczas gdy AI wygeneruje „dzieło” w kilka minut, za ułamek kosztów. Widać to już w branży gier, gdzie firmy masowo wykorzystują generowane obrazy zamiast zlecać prace profesjonalnym ilustratorom (przykład takiej gry to FragPunk, który jest wręcz zalany obrazami wygenerowanymi w AI).
To samo dotyczy zwykłych użytkowników – osoby szukające grafiki do swojego projektu, roleplayu czy prywatnego użytku coraz częściej wybiorą darmowe narzędzie AI zamiast płacić artyście i czekać na realizację zamówienia. Idąc tym tokiem rozumowania, artysta, aby „nie zostać zastąpionym przez AI”, musiałby pracować bez przerwy, dorównując tempem algorytmom, a na dodatek jeszcze płacić innym za oglądanie swojej pracy, żeby w ogóle mieć szansę na bycie zauważonym. To brutalne spłaszczenie wartości sztuki do poziomu taniego, masowego produktu.
Zalew artystów AI

Termin „Artysta AI” zyskał w ostatnim czasie na popularności, ale jego znaczenie jest mocno problematyczne. Nie chodzi tu o to, że ludzie określają sztuczną inteligencję mianem artysty – problem leży w tym, że osoby wpisujące proste komendy (prompty) do generatorów obrazów nazywają siebie artystami. To zjawisko całkowicie wypacza pojęcie sztuki. Prawdziwy twórca poświęca lata na doskonalenie swojego warsztatu, rozwija swój unikalny styl i przekazuje w swoich dziełach emocje oraz osobiste doświadczenia. Osoba korzystająca z AI do generowania grafik nie tworzy – jedynie wydaje polecenia algorytmowi, który przetwarza ogromne ilości istniejących dzieł i składa je w nową całość. To bardziej przypomina kuratorstwo niż twórczość. Jeśli ktoś, kto wkleja kilka słów w okienko generatora, jest artystą, to czy osoba wciskająca przycisk migawki w aparacie na trybie automatycznym jest fotografem na poziomie Ansel Adamsa? Czy jak wejdę do burgerowni, w której mogę skomponować swojego burgera na bazie dostępnych w lokalu składników, to jestem kucharzem? „Artysta AI” to określenie, które dewaluuje sztukę i pomija jej fundamentalny aspekt – ludzką kreatywność.
Jak poprawnie użyć sztucznej inteligencji?
Nie myślcie sobie, że jestem całkowitym przeciwnikiem AI. Uważam, że AI może być użyte jako narzędzie, które POMOŻE twórcom, a problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy twórcy są niepotrzebni lub okradani. Są miejsca, gdzie technologia ta ma swoje zastosowanie bez eliminowania artystów, a nawet odciąża ich od najbardziej żmudnej części pracy. Przykładem mogą być gry takie jak Ghost of Tsushima czy Assassin’s Creed: Shadows, które wykorzystują AI do synchronizacji ruchu ust postaci z językiem, w którym gracz chce grać. Aktorzy nagrywają swoje kwestie po angielsku, a animacje ruchu ust są domyślnie dostosowane do angielskiej wersji. AI pozwala na dynamiczne dopasowanie tych animacji do innych języków, co znacząco poprawia immersję i jakość doświadczenia, jednocześnie wyręczając artystów z setek godzin żmudnej, wtórnej pracy.
Innym przykładem może być wykorzystanie AI w usprawnieniu procesu animacji, gdzie algorytmy mogą pomagać w interpolacji klatek, przyspieszając pracę animatorów bez odbierania im kontroli nad finalnym dziełem. Trzecim dobrym zastosowaniem AI jest wsparcie w analizie i katalogowaniu ogromnych zbiorów archiwalnych – na przykład w muzeach, gdzie AI może pomagać w identyfikacji dzieł, rekonstrukcji zniszczonych fragmentów czy automatycznym katalogowaniu ogromnych kolekcji, odciążając historyków sztuki.
Czy przejęcie sztuki przez AI jest nieuniknione?
Tak, właściwie już się to dzieje. Wszystko wskazuje na to, że to proces, którego nie da się zatrzymać. AI w sztuce to nie tylko coś, co może zaistnieć w jakiejś alternatywnej przyszłości, ale coś, co dzieje się tu i teraz. W branży komercyjnej, gdzie liczy się przede wszystkim czas i koszt, sztuczna inteligencja już teraz zdominowała niektóre obszary. Dzieła wizualne, muzyczne czy tekstowe tworzone przez AI są dostępne na wyciągnięcie ręki, często nawet podszywając się pod dzieła prawdziwych i znanych artystów. I choć wciąż nie zastąpi to głębokiego wyrazu artysty, to w masowej produkcji treści AI staje się nieuniknionym rozwiązaniem.
Jasne, artystom się to nie podoba, ale muszą pogodzić się z tym, że na rynku pojawia się coraz więcej osób, które tworzą „sztukę” właśnie za pomocą algorytmów i nazywają siebie artystami. I choć wciąż można się sprzeczać, czy to rzeczywiście sztuka, to realia rynkowe pokazują, że ta metoda tworzenia zaczyna się po prostu opłacać.
Jesteśmy na drodze, z której trudno zawrócić. Jedyną realną bronią przeciętnego człowieka pozostaje bojkotowanie produkcji, które otwarcie zastępują prawdziwych artystów sztuczną inteligencją. Ale to, niestety, nie wystarczy. Prawda jest taka, że siła rynkowa i zainteresowanie dużych korporacji tym rozwiązaniem sprawiają, że trend ten będzie się pogłębiał. W zasadzie jedyną realną nadzieją jest to, że w przyszłości pojawią się jakieś regulacje prawne, które choć w części przywrócą twórcom szacunek do ich pracy i ich praw w obliczu bezdusznych algorytmów.