Muzyka jako dziennik emocji – Damian Anton Ojeda

Ojeda

„Wow.” – czyli jak Sadness uciszyło nas na całą drogę do sklepu

Ojeda
Zdarzyło się to zupełnie przypadkiem. Jak większość najważniejszych muzycznych odkryć – bez planu, bez oczekiwań, bez żadnej zapowiedzi. Po prostu pewnego leniwego popołudnia wsiedliśmy z dziewczyną do samochodu, żeby ruszyć do najbliższej wsi. Celem? Supermarket Dino, bastion tanich i zaskakująco smacznych trunków wyskokowych, które uratowały niejedną wieczorną rozmowę i niejeden weekend. Słońce ledwo przebijało się przez brudnawe szyby, a droga wiodła między pachnącymi kurzem polami, żniwami i tym czymś nieuchwytnym, co zawsze towarzyszy pierwszym dniom wiosny.

W takich chwilach gadamy jak najęci – o pierdołach, o tym że znów skończył się makaron, że wieczorem obejrzymy Zagubionych po raz dziesiąty, że popcorn do serialu koniecznie musi być karmelowy, a nie ten nudny solony. Że naprawdę powinniśmy przestać kupować dziwne ostre sosy, które wyglądają obiecująco, ale ostatecznie kończą swoje życie na zapomnianej półce lodówki, bo okazały się octowym obrzydlistwem. I jak zawsze w tle sączy się jakaś przypadkowa playlista z Spotify – nie najlepsza, nie najgorsza, po prostu dźwiękowe tło do naszego wspólnego gadania.

Ale wtedy… wtedy siedzieliśmy zupełnie cicho.

Z głośników, które ledwo zipią przy wyższych tonach, poleciał nieznany nam utwór hope you never forget. I nagle zapadła cisza. Nie taka wymuszona, niezręczna. Taka, która przychodzi tylko wtedy, gdy coś trafia idealnie w środek duszy. Patrzyliśmy przed siebie, każde z nas zanurzone w tym samym, wspólnym odczuciu – jakby czas na chwilę się zatrzymał, jakby świat zniknął, zostawiając nas sam na sam z tą muzyką.

A może to właśnie świat zewnętrzny grał tu swoją rolę? Bo był to piękny, niemal nierealnie malowniczy dzień. Pierwszy prawdziwie wiosenny po długim okresie szarości i wilgoci. Jeszcze tydzień temu chodziliśmy po błocie, chowaliśmy się pod kapturami przed wiecznym deszczem lub śniegiem i przeklinaliśmy bure niebo, a teraz wszystko kwitło. Pola, które mijaliśmy, rozlewały się zielenią i żółcią młodych roślin, przydrożne drzewa stroiły się w pierwsze listki, a słońce zalewało wiejskie drogi miękkim, ciepłym światłem. Cała ta sceneria – świeża, pachnąca ziemią i pyłkiem, nasycona kolorami jak z bajki – tylko potęgowała wrażenie, że oto słyszymy coś wyjątkowego. Coś, co idealnie wpasowuje się w ten jeden moment, ten jeden krajobraz, tę jedną wiosnę, która dopiero zaczynała się budzić. Gdy wybrzmiał ostatni dźwięk piosenki, nadal nie padło żadne słowo. A po chwili, cicho, niemal szeptem, oboje skwitowaliśmy utwór tylko jednym słowem: „wow”.

Od razu sięgnęliśmy po telefon, żeby sprawdzić, co to właściwie było. Tytuł: hope you never forget. Wykonawca: Sadness. I tyle nam wtedy wystarczyło.

Damian Anton Ojeda – twarz (a raczej brak twarzy) emocjonalnej surowości

Twórca projektu Sadness, a także life, Born an Abomination, home is in your arms, Comforting i niezliczonych innych aliasów, to postać enigmatyczna. Pochodzi z Meksyku, ale nie wiadomo o nim prawie nic. Nie udziela wywiadów, nie prowadzi medialnej autoprezentacji, nie tłumaczy swoich dzieł. Nie wiemy, kim jest, ile ma lat, jakie są jego inspiracje. A mimo to – a może właśnie dzięki temu – działa jak kanał czystych emocji.

Jego muzyka nie prosi o uwagę. Ona po prostu jest. Powstaje w takim tempie, że bardziej przypomina emocjonalny dziennik niż klasyczne podejście do tworzenia. Damian potrafi wypuścić kilka albumów w miesiącu. Czasem kilka w tygodniu. Nie dlatego, że chce być produktywny. Ale dlatego, że musi. Każdy utwór brzmi jak zapisana emocja z konkretnego dnia, konkretnej godziny. Melancholia 14:36. Nadzieja 19:11. Rozpacz 02:57. Nic tu nie jest przemyślane pod kątem kariery, nie ma tu „drogi artystycznego rozwoju”. Nie szlifuje wokalu. Nie poprawia produkcji. Nie stara się polepszać swojego fachu. On po prostu jest obecny w swoim bólu, w swojej tęsknocie, w swojej potrzebie.

Estetyka nieskończonego dziennika

Z każdym projektem Ojeda przybiera inną maskę, ale intymność pozostaje wspólnym mianownikiem. Sadness to melancholia i post-blackmetalowy romantyzm. Life to raczej ambientowe medytacje. Born an Abomination idzie w stronę lo-fi crustu i ekstremalnego blacku. Ale niezależnie od aliasu – każda płyta to jakby wyrwana kartka z pamiętnika. Bez redakcji, bez korekty i bez dystansu. W dzisiejszym świecie, gdzie wszystko musi być dopracowane, wystylizowane, gotowe na TikToka – Ojeda tworzy coś zupełnie odwrotnego. To muzyka pełna szumu, niedoskonałości, fałszywych nut, które… nie są tak naprawdę fałszywe. Są prawdziwe w tym sensie, że odbijają rzeczywisty stan duszy. A dusza nie jest idealnie nastrojonym instrumentem.

Częstotliwość, z jaką Ojeda publikuje swoje utwory, nie tylko przytłacza, ale dezorientuje. To nie jest dyskografia, którą da się „nadrobić” w weekend. To raczej emocjonalny strumień świadomości, który płynie nieprzerwanie, zupełnie niezależnie od tego, czy ktokolwiek za nim nadąża. Płyta za płytą, alias za aliasem, utwór za utworem, a wszystkie z nich zdają się być zapisem konkretnych chwil.

Długość tych nagrań – zupełnie nieprzewidywalna – jest kolejnym elementem, który podkreśla ich spontaniczny charakter. Jedna kompozycja potrafi rozciągać się do 25 minut i brzmieć jak powolny rozkład emocji, jakby każde kolejne uderzenie perkusji rozdrabniało uczucie na cząsteczki. Inna kończy się zanim zdążysz ją nazwać – 35 sekund i już po wszystkim, zostaje tylko cisza i uczucie, że coś ci umknęło, że coś zostało przerwane w połowie łzy. Brzmienie? Zupełnie nieprzewidywalne. Raz jest to shoegazowe zawodzenie przypominające płacz, innym razem blackmetalowy wrzask w rozdzierającej, lo-fi’owej kakofonii, by zaraz potem zamienić się w liryczny śpiew przy akompaniamencie gitarowej melodii typowej dla garage rock’a. Nie ma tu sztywnych ram ani struktury. Nie ma planu. Tylko impuls i do studia.

I co może najbardziej niesamowite – Damian Anton Ojeda nie wydaje się przejmować żadnym zewnętrznym odbiorem. Nie promuje swoich utworów, nie zapowiada nowych projektów. Nie informuje fanów, że oto pojawił się kolejny alias, kolejna płyta, kolejny zapis. Wiele jego projektów to muzyczne zagadki odnalezione przez przypadek – ktoś usłyszał coś znajomego, ktoś rozpoznał wokal lub charakterystyczną melancholię. Często to właśnie fani stają się detektywami, którzy próbują rozwikłać, co jest czym i kto stoi za danym nagraniem.

A teksty? One istnieją i są naprawdę piękne oraz emocjonalne. Ale rzadko kiedy są publikowane przez samego twórcę. Fani spisują je samodzielnie, wsłuchując się jak skrybowie w burzę dźwięków, próbując wyłowić pojedyncze wersy, dopasować słowa do melodii, krzyku, szeptu. Czasem to się udaje – tekst objawia się jak wytarta dedykacja na stronie tytułowej zapomnianej książki. Ale bywa, że jest to zadanie niemożliwe. Istnieją utwory trwające po 20 minut, w których głos jest wszechobecny – a jednak nikt do dziś nie zdołał spisać nawet połowy słów, często nawet ani jednego słowa.

O intymnej naturze tych utworów świadczy nie tylko ich bezkompromisowa forma, ale też emocjonalna różnorodność, która je przenika. Choć na Kulturalnych Bzdurach często piszę o muzyce eksplorującej ból, depresję i destrukcję – to w przypadku Sadness trudno mówić wyłącznie o negatywnych emocjach. W ostatnich kilku latach Ojeda nagrywa przede wszystkim o miłości. O swojej ukochanej. O tym, jak bardzo ją kocha i jak nie wyobraża sobie życia bez niej. Niegdyś ten sam alias służył do opowiadania o samobójstwie i samotności. Dziś jest czymś zupełnie innym – i właśnie dlatego twórczość Ojedy przypomina nie katalog, a dziennik. Każdy nowy album to dosłowny zapis jego aktualnego stanu mentalnego. Przeżywanego tu i teraz, nieskrywanego, nietłumionego. Takiego, jaki jest.

Bo może – i tu dochodzimy do sedna – te utwory w ogóle nie są dla nas.

Nie powstały z myślą o odbiorcy. Nie zostały stworzone, by zdobywać odtworzenia, recenzje, miejsca na playlistach. One są wynikiem potrzeby. Czystej, nagiej potrzeby wyrażenia emocji. Tak, jak nie piszemy pamiętnika dla kogoś – tylko dla siebie, dla ulgi, dla zrozumienia – tak Ojeda tworzy muzykę. W ten sposób przetwarza świat. Nie tłumaczy jej. Nie dba o to, by była zrozumiała, bo nie musi być. A jeśli akurat ktoś usiądzie za kierownicą samochodu w pierwszy dzień wiosny i usłyszy ten jeden utwór, który wstrzyma rozmowę na całą drogę do Dino – to dobrze. Ale nie to jest celem.

Ojeda – człowiek orkiestra

Damian Anton Ojeda to twórca, który nie tylko komponuje, ale również wykonuje wszystkie elementy swoich utworów samodzielnie. W przeciwieństwie do wielu artystów, którzy polegają na współpracy z innymi muzykami, Ojeda tworzy w pełni autonomicznie, nagrywając każdy instrument i wokal z osobna. Dzięki temu jego muzyka ma wyjątkową, osobistą jakość – brzmi jak czysty, niezakłócony przekaz emocjonalny, gdzie każdy dźwięk jest odzwierciedleniem jego własnych uczuć i myśli.

Od zawsze pozostaje postacią zagadkową. Zamiast skupić się na budowaniu swojej marki i promowaniu swojego wizerunku, całą swoją energię wkłada w same kompozycje. Nie zależy mu na rozgłosie, a jego artystyczna podróż jest ukierunkowana wyłącznie na twórczość. Co więcej, nie ogłasza nowych projektów, nie zapowiada nadchodzących płyt, a koncerty gra niezwykle rzadko – to, co liczy się dla niego, to czysty proces tworzenia.

To artysta, który nie szuka uznania ani sławy, lecz po prostu tworzy. Jego muzyka jest świadectwem nie tylko jego umiejętności, ale i odwagi – by nie podążać za żadnym nurtem, by być sobą i w pełni oddać siebie w każdej kompozycji. Choć niewielu ma szansę poznać go osobiście, jego twórczość pozostaje jednym z najczystszych, najbardziej autentycznych wyrazów artystycznej pasji, które można znaleźć w dzisiejszym świecie muzyki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *