
Przyznam się bez bicia, że nie czytam literatury. I nie mówię tego z dumą, raczej z pewnym zakłopotaniem. Dzieciństwo kojarzy mi się bardziej z grami i muzyką niż z kartkami książek. Jasne, były wyjątki — pamiętam jak z wypiekami na twarzy pochłaniałem kolejne tomy Kronik Pradawnego Mroku Michelle Paver. Do dziś mam do nich sentyment, choć nie jest to już to samo. Potem przyszedł Dr. Jekyll i Pan Hyde, który zrobił na mnie spore wrażenie, ale już inne teksty Stevensona szybko mnie znużyły. I tak mijały lata. Wszyscy mi mówili, że jeżeli nie czytam to będę miał braki w inteligencji – nawet nauczyciel od historii w liceum wyśmiał mnie raz, że „widać po mnie”, że nie czytam książek. Wielokrotnie prosiłem rodziców, aby kupili mi jakąś książkę, po czym próbowałem ją przeczytać i – niesamowicie znużony – kończyłem ją na 50 stronie po to, żeby nigdy więcej nawet do niej nie zajrzeć. Literatura po prostu nie jest w stanie mnie wciągnąć. Poezja jest świetna, sam czasem piszę poezję w ramach relaksu, ale proza to mój arcywróg. Jednak pewnego dnia, za sprawą nawiązującego do niego wykonawcy muzycznego, przewinął mi się gdzieś Jacek Dukaj.
Jacek Dukaj i Król Bólu
Całkowicie szczerze powiem, że zbiór opowiadań Król Bólu kupiłem dlatego, że spodobała mi się nazwa i okładka. Brzmi mało intelektualnie, wiem. A jeszcze mniej intelektualne było moje pierwsze wrażenie po rozpakowaniu paczki: „O rany, co to za kloc?”. Prawie tysiąc stron. Książka, którą spokojnie można byłoby zabić konia, gdyby spadła mu na głowę z odpowiedniej wysokości. Nie zakładałem, że ją przeczytam. A już na pewno nie zakładałem, że zrobię to wielokrotnie.
Pierwsze podejście było dla mnie niczym droga krzyżowa. Czytałem ten zbiór prawie rok. Nie dlatego, że się nudziłem — wręcz przeciwnie. Problem w tym, że ja go po prostu… nie rozumiałem. Nie ogarniałem, jak skonstruowane są zdania. Nie ogarniałem połowy słów. Części dlatego, że brakowało mi literackiego obycia, ale części dlatego, że Dukaj tworzy własny język. Dosłownie. Niekiedy trzeba było znać zasadę działania i architekturę rury wydechowej, żeby pojąć, o co chodzi w jednej nazwie. Inne słowa były tak poetycko-precyzyjne, że brzmiały jak wymyślone — a przecież miały sens, tylko trzeba było go wykopać spod warstw znaczeń, kontekstów i technologicznych aluzji. Sens ukrywał się pod warstwami – trzeba było rozmontować sam konstrukt słowa, zrekonstruować jego etymologiczną trajektorię, by dotrzeć do znaczenia.
Ale najdziwniejsze było to, że kiedy już wbiłem się w rytm jednego opowiadania, gdy zrozumiałem styl, przyjąłem gramatykę tego konkretnego świata — kolejne opowiadanie było napisane zupełnie inaczej. Kompletnie inny język, inna składnia, inny Dukaj. Styl u niego nie jest czymś stałym. Styl to narzędzie, które zmienia się w zależności od tego, jaki świat ma zbudować. Drugie opowiadanie było zupełnie inne od pierwszego, a trzecie — chyba nazywało się Oko potwora — było tak gęste leksykalnie, tak przytłaczająco dziwne, że odpuściłem. Pominąłem je i obiecałem sobie, że może kiedyś, gdy będę mądrzejszy, wrócę.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ten stan — kompletnego zagubienia, frustracji, fascynacji i umysłowego przeciążenia — stanie się dla mnie czymś na kształt mojego jedynego literackiego uzależnienia. To było coś, co całkowicie zmieniło sposób, w jaki przetwarzam słowa. Od tego momentu przeczytałem Extensę, Starość Aksolotla, a potem Perfekcyjną Niedoskonałość. I ku mojemu zdziwieniu — podobało mi się to. Nie mimo trudności, lecz dzięki nim.
Dukaj i jego dukaizmy jako językowy ekosystem
Z czasem zacząłem zauważać, że u Dukaja wszystko ma swoje miejsce i swoje znaczenie — również (a może przede wszystkim) język. To nie jest tylko środek przekazu. To jest tworzywo rzeczywistości. W jego tekstach słowo nie opisuje świata, tylko go stwarza. Dlatego każde opowiadanie, każda powieść, wymaga od czytelnika nie tyle lektury, co translacji — jakby język książki był obcy, ale możliwy do nauczenia się przy odpowiednim samozaparciu. To właśnie tu zaczynają się dukaizmy. Nie chodzi tylko o neologizmy czy technosłownictwo, ale o cały sposób budowania rzeczywistości językiem. „Rzeczywistość kwantowa” z Perfekcyjnej Niedoskonałości nie działa bez słów, które Dukaj dla niej stworzył. „Cyfrowy plankton” ze Starości Aksolotla nie istnieje poza tym, jak o nim pisze. Zawiłość leksykalna tych utworów nie jest estetyczną ozdobą, a fundamentem, który buduje nowe ontologie.
Przy czym: te słowa są często nieprzystępne. Nie da się ich „po prostu zrozumieć”. Trzeba je przegryźć, rozebrać, zrekonstruować w głowie. I dopiero wtedy coś kliknie. Przeczytasz jedno zdanie dziesięć razy. Potem piętnaście. A jak przeczytasz pięćdziesiąty raz, nagle zrozumiesz, że ono jest jak równanie — da się je rozwiązać, ale tylko jeśli zaakceptujesz inne prawa fizyki niż te, do których przyzwyczaiły cię inne książki. To wyjątkowy rodzaj twórczości, w których słowa istnieją dlatego, że funkcjonują w obrębach wykreowanego świata. Jacek Dukaj nie opisuje świata po to, żebyśmy go zrozumieli; tutaj jest zupełnie na odwrót. Dukaj każe nam zrozumieć świat wykreowany, aby zrozumieć opisy tego świata. W książkach Dukaja świat nie istnieje zanim nie zostanie nazwany. Nie ma w nich miejsca na standardowe opisy czy narracyjne skróty. Wszystko musi zostać wymyślone od nowa — rzeczywistość, czas, podmiot, logika przyczynowo-skutkowa. A skoro wszystko trzeba stworzyć, to również język musi być nowy. Dlatego tak wiele w jego twórczości neologizmów, pojęć autorskich, zdań wielokrotnie złożonych, które zachowują się jak pułapki logiczne — i tylko cierpliwość czytelnika może je rozbroić.
Z czasem zaczynasz zauważać, że Dukaj operuje nie tyle własnym stylem, co własnym językiem. Dukaizmy — te wszystkie neologizmy, sklejki znaczeń, pojęcia spoza naszego epistemicznego horyzontu — nie są dla niego ekstrawagancją. One są niezbędne. Bo jak opisać świat, w którym nie ma już biologii, ale są cybernetyczne ontologie? Jak mówić o świadomości, która nie mieści się w człowieku, a została przeniesiona na formy istnienia, których jeszcze nie znamy?
To dlatego jego język jest tak intensywny. Bo próbuje opisać coś, czego jeszcze nie ma, a co może się wydarzyć. I co więcej — może się wydarzyć naprawdę. Czytałem Starość Aksolotla w nocy. Skończyłem ją i nie spałem do rana. Bo to, co tam przeczytałem, nie brzmiało jak fantastyka. To brzmiało jak realistyczna wizja dalekiej przyszłości, ale jednocześnie tak abstrakcyjna, że nie potrafiłem jej objąć umysłem.
W Perfekcyjnej Niedoskonałości nie ma klasycznej narracji. Jest gęsta masa informacji, pojęć, relacji, które układają się w coś, co nie jest linearną historią, lecz strukturą. Można ją oglądać z różnych stron, przechodzić przez nią wielokrotnie, za każdym razem widząc coś nowego. Ten sposób pisania sabotuje linearność. Nie da się przejść przez tekst Dukaja „na raz”. Trzeba się cofać, zatrzymywać, wertować strony do tyłu. Czytanie staje się procesem spiralnym, a nie liniowym. I to zmienia wszystko. Nie jesteś już odbiorcą treści. Jesteś uczestnikiem procesu poznawczego. I może właśnie dlatego tak bardzo mnie to wciąga — bo nie przypomina to żadnej innej książki.

Słowotwórstwo jako narzędzie światotwórstwa
Dukaj nie zadowala się istniejącym słownictwem. Bo język, którym posługujemy się na co dzień, nie jest w stanie opisać światów, które on tworzy. Dlatego musi tworzyć własny. Pojęcia jak postfizyka, symbion, realium, dwoistość aksjologiczna — nie są językowym popisem. Są koniecznością. Próbą uchwycenia tego, czego nie da się wyrazić starymi słowami. To język zaprojektowany do funkcji — jak narzędzie, które powstało wyłącznie w celu rozwiązania konkretnego problemu w strukturze świata przedstawionego. A przez to styl Dukaja jest jednocześnie opresyjny i wyzwalający. Opresyjny, bo nie pozwala na bierne czytanie. Wyzwalający, bo rozciąga zdolność rozumienia, wymusza przekroczenie granic poznawczych. Język, choć absolutnie kluczowy, to tylko narzędzie do jeszcze większego eksperymentu – światotwórstwa totalnego. Dukaj nie pisze opowiadań ani powieści w klasycznym sensie. On konstruuje światy, w których wszystko – od praw fizyki, przez społeczne struktury, aż po filozofię istnienia – jest przemyślane i zaprojektowane od zera. A skoro wszystko działa inaczej, to i sposób opowiadania historii musi być inny.
Dukaj i światy, które wykreował
Weźmy choćby Perfekcyjną Niedoskonałość. To książka, która dzieje się w rzeczywistości postludzkiej, gdzie istoty są wynikami ewolucji technologicznej, a ich tożsamości zmieniają się jak wersje oprogramowania. Świat ten operuje w tzw. postfizyce – rzeczywistości, która rządzi się własnymi regułami, niekoniecznie przystającymi do tego, co my rozumiemy jako prawa natury. Czas i przestrzeń są tu względne, logika działania bytu – nieoczywista, a pojęcie „człowieka” traci swoje znaczenie. To nie jest „futurologia”, to jest zupełna przebudowa fundamentów myślenia. I właśnie dlatego ta książka nie mogłaby być napisana językiem tradycyjnej literatury. Ona musiała dostać swój własny, wewnętrznie spójny system pojęć.
Z kolei w Starości Aksolotla świat, w którym ludzkość już nie istnieje w cielesnej formie, przenosi się do struktur mechanicznych. Świadomości ludzi zostają zapisane cyfrowo i funkcjonują w egzoszkieletach – mechanicznym planktonie dryfującym przez opustoszałą Ziemię. Wyobraź sobie, że twoje „ja” jest tylko algorytmem symulującym osobowość w maszynie, a tożsamość staje się funkcją pamięci i kompatybilności z oprogramowaniem. Brzmi jak cyberpunk? Może. Ale u Dukaja to raczej cyberontologia – próba odpowiedzi na pytanie, czy po śmierci człowieka zostaje jeszcze coś, co można nazwać „życiem”.
W Extensie mamy rzeczywistość, która może zostać zmieniona przez sam akt woli, dzięki tytułowej technologii rozszerzenia świadomości. Ludzie stają się „extensami”, jednostkami zdolnymi do manipulowania percepcją tak dalece, że zmieniają zasady funkcjonowania rzeczywistości wokół siebie. Granice między światem obiektywnym a subiektywnym się zacierają – a pytania o realność, czas, tożsamość przestają mieć oczywiste odpowiedzi.
Podobnie rewoltująca dla wyobraźni jest Inne pieśni. Na pierwszy rzut oka to alternatywna historia starożytności, ale to tylko złudzenie – prawdziwa różnica tkwi nie w chronologii, lecz w ontologii. Świat tej powieści funkcjonuje według zasad arystotelesowskiej fizyki i metafizyki. Tu nie obowiązuje grawitacja, lecz forma. Istnieją heksy, czyli pola wpływu emanowane przez silne osobowości – dowódców, filozofów, wojowników – które dosłownie kształtują rzeczywistość wokół nich. Jeśli dowódca jest potężny, jego żołnierze stają się silniejsi, a teren bitewny układa się zgodnie z jego wolą. To świat, w którym nauka nie poszła ścieżką empiryczno-naukową, ale została przejęta przez filozofię form i potencjalności. I znowu: nie da się tego opowiedzieć „normalnie”. Musi być stylizacja, musi być język, który oddaje inną strukturę myśli, inną logikę świata.
Albo Lód. Przeskok jeszcze inny. Historia alternatywna, w której świat zatrzymał się w czasie, bo w wyniku tajemniczego zjawiska zwanego Zimą Wszechświata, nie tylko klimat, ale i sama fizyka, logika i filozofia uległy zamrożeniu. Rozszerza się imperium rosyjskie, „logika Lodu” zamienia świat w system hierarchii, stagnacji i deterministycznej filozofii – wszystko można przewidzieć, zapisać, wykalkulować. Przeciwstawiony temu jest Stan Ciepły, czyli świat zmian, losowości, chaosu. To już nie tylko światotwórstwo, to fizykofilozoficzna alegoria o sposobach rozumienia rzeczywistości – i znów: język się zmienia, metafory się zmieniają, sama narracja musi dopasować się do ontologii świata.
Przykłady słowotwórstwa
- Prechist – z Perfekcyjnej Niedoskonałości; istota, która istnieje jeszcze przed osiągnięciem świadomości, byt niedoskonały, ale o ogromnym potencjale.
- Postfizyka – nowy paradygmat rzeczywistości, w której prawa fizyki nie są stałe, lecz mogą być programowane.
- Gnoz – z Starości Aksolotla; kod źródłowy świadomości, coś w rodzaju cyfrowej duszy.
- Formy i heksy – z Innych pieśni; siły determinujące materię i zachowania w świecie opartym na filozofii formy.
- Luterształt – z Lodu; forma lodowa o właściwościach narracyjnych i filozoficznych, przekształcająca rzeczywistość na sposób lodowy (czyli deterministyczny).
- Noczniki – maszyny analizujące sen i podświadomość, pojawiające się w mikropowieściach Dukaja.
I co ciekawe – te pojęcia nie są tylko ornamentem. Nie są jakimś egzotycznym lukrem dla świata przyszłości. One są konieczne. Bo Dukaj w każdej swojej książce zmienia nie tylko świat przedstawiony, ale cały fundament jego funkcjonowania: fizyczny, logiczny, ontologiczny, epistemologiczny. Zwykłe słowa nie wystarczają, by opisać niezwykłe światy.
W efekcie, każde z jego dzieł jest jak osobna planetka, z własnym słownikiem, własną logiką, czasem nawet składnią. Czytanie Dukaja to nie tyle kontakt z historią, co doświadczenie bycia obcym w nowym świecie – i konieczność adaptacji, dekodowania, uczenia się od nowa. A to, co wydaje się na początku nieprzejrzyste i nieprzyjazne, z czasem staje się jedynym możliwym językiem opisu.
Czytam tylko Dukaja
I tak, kiedy słyszę, że jestem „głupi”, bo czytam tylko Dukaja — uśmiecham się. Może rzeczywiście nie połykam książek jedna po drugiej, nie mam wyrobionych opinii o literackich nowościach i nie rozwijam się według szkolnych wskaźników „czytelniczego obycia”. Ale to, co daje mi Dukaj, przekracza wszystkie te ramy. Nie szukam już literatury, która ma mnie „rozwinąć”, nie zadaję sobie pytania, czy wystarczająco dobrze „rozumiem” książkę. Wciągam się w języki, które każą mi myśleć inaczej. Wchodzę w światy, które są zbyt złożone, by po prostu o nich czytać, bo trzeba je przetrawić, rozkodować, zamieszkać w nich. To już nie jest kwestia tego, co się czyta, ale jak się czyta. I dlatego nie czuję już potrzeby, by szukać dalej. Nie z lenistwa. Z pełni. Bo jeśli już mam wchodzić w literaturę, to tylko taką, która burzy mój sposób myślenia i zmusza mnie do budowania go na nowo. A to potrafi, jak dotąd, tylko Jacek Dukaj.
Podziwiam Twoje podejście do książek Dukaja. Ja połykam książki, czytam codziennie i jest to dla mnie najlepsza forma relaksu. Przez Dukaja nie przebrnąłam….