Toksyczna inspiracja: przemoc ukryta w motywach rozwoju

Mem o coachach

Niektórzy budzą się o czwartej rano, żeby wypić zielony koktajl, przebiec dziesięć kilometrów i napisać na Instagramie o tym, jaką mają wdzięczność wobec życia. Inni – oglądają ich posty z podkulonymi nogami, obwiniając się, że sami nie potrafią tak „żyć pełnią życia”. W tej drugiej grupie jest więcej osób, niż się wydaje. I coraz więcej tych, którzy czują, że inspiracja stała się pułapką.

Mam na co dzień kontakt z tym tematem także przez studia z psychologii. Na jednej z pierwszych integracyjnych rozmów – takich, gdzie każdy mówi kim jest, co robi i po co tu przyszedł – usłyszałem od jednej osoby, że od pięciu lat „prowadzi terapię” jako coach motywacyjny, a na studia przyszedł tylko po to, żeby uzupełnić braki. I szczerze się we mnie zagotowało. Nie tylko dlatego, że nazywanie tego terapią jest (albo powinno być) nielegalne, ale też dlatego, że sprzedawca pozytywnego myślenia porównał się do specjalisty od zdrowia psychicznego.

W kulturze przesyconej narracjami o wzroście osobistym, produktywności i „stawaniu się najlepszą wersją siebie” łatwo nie zauważyć momentu, w którym rozwój przestaje być drogą, a zaczyna być przymusem. A kiedy rozwój staje się obowiązkiem – staje się też formą przemocy. Subtelną, opakowaną w uśmiechy i cytaty z Paulo Coelho, ale jednak przemocą.

Dzisiejszy tekst będzie o przemocy ukrytej w języku rozwoju osobistego. O tym, jak motywacyjne narracje, podcasty, poradniki i coaching potrafią niszczyć psychicznie właśnie wtedy, gdy obiecują ratunek. Chcę się przyjrzeć temu zjawisku z kilku perspektyw: popkulturowej, psychologicznej i osobistej. Będzie tu miejsce na przykłady w rodzaju Jordana Petersona, Atomic Habits, girlbossowych sloganów i skrajnie toksycznych postaci takich jak Andrew Tate. Pojawi się też temat coachów, którzy udzielają „terapii” bez żadnych kwalifikacji. I w końcu – temat języka, którym się to wszystko mówi, bo słowa, którymi opisujemy samych siebie, mają realny wpływ na to, co z nami robią.

Krótki słowniczek terminów

W tym artykule pojawi się trochę terminów, których czytelnicy mogą nie kojarzyć, dlatego uprzedzę go wyjaśnieniami.

Coach
Osoba wspierająca innych w osiąganiu określonych celów osobistych lub zawodowych. Coach nie musi mieć wykształcenia psychologicznego ani terapeutycznego – jego rola polega na zadawaniu pytań, mobilizowaniu i towarzyszeniu w procesie zmiany. Coaching bywa stosowany w biznesie, edukacji, sporcie i rozwoju osobistym. W artykule skupiamy się na coachingu motywacyjnym i tym od rozwoju osobistego.

Coaching
Proces rozwojowy polegający na indywidualnej pracy z coachem, który wspiera klienta (tzw. coachee) w określeniu i realizacji celów. Coaching może mieć charakter motywacyjny, zawodowy, życiowy (life coaching), a także specjalistyczny (np. dietetyczny, menedżerski). Nie jest terapią psychologiczną ani formą leczenia.

Rozwój osobisty
Ogólne określenie działań, których celem jest poprawa jakości życia, efektywności, relacji czy dobrostanu psychicznego. Może obejmować m.in. czytanie poradników, uczestnictwo w warsztatach, praktykowanie nawyków czy samorefleksję. Współcześnie często wiąże się z kulturą produktywności i „samodoskonalenia”.

Motywacyjne slogany / cytaty motywacyjne
Krótki, zwięzły przekaz mający na celu zmotywowanie odbiorcy do działania lub zmiany nastawienia. Często opierają się na uproszczonym przekazie („Możesz wszystko!”, „Nigdy się nie poddawaj”), który ma dawać impuls do działania, ale bywa też krytykowany za ignorowanie indywidualnych uwarunkowań.

Mindset (nastawienie, sposób myślenia)
Sposób postrzegania siebie, świata i wyzwań. W psychologii Carol Dweck popularne stały się pojęcia growth mindset (nastawienie na rozwój) i fixed mindset (nastawienie statyczne). W popkulturze słowo „mindset” często bywa nadużywane jako synonim pozytywnego myślenia lub „mentalności zwycięzcy”.

Lifehack / life hacking
Strategia lub technika pozwalająca uprościć codzienne czynności, zaoszczędzić czas lub zwiększyć efektywność. Lifehacki bywają prezentowane jako „sprytne triki na życie”, np. jak lepiej organizować dzień, zapamiętywać informacje czy zdrowiej się odżywiać.

Atomic Habits
Popularna książka Jamesa Cleara, przedstawiająca model zmiany nawyków oparty na małych krokach, powtarzalności i systematyczności. Stała się bestsellerem w nurcie literatury motywacyjnej i często przywoływana jest w kontekście codziennego samodoskonalenia.

Jordan Peterson
Kanadyjski psycholog i autor książki „12 życiowych zasad”, który zyskał popularność jako komentator społeczno-kulturowy. Znany z konserwatywnego podejścia do kwestii tożsamości, samodyscypliny i struktury społecznej. Dla jednych – autorytet w dziedzinie samorozwoju, dla innych – kontrowersyjna postać ideologiczna.

Andrew Tate
Były sportowiec i influencer internetowy, znany z agresywnych wypowiedzi dotyczących męskości, sukcesu i relacji damsko-męskich. Promuje styl życia oparty na dominacji, pieniądzach i sile, co budzi szerokie kontrowersje i krytykę.

Girlboss
Pojęcie spopularyzowane w mediach społecznościowych i popkulturze, opisujące kobietę odnoszącą sukces zawodowy i „przejmującą kontrolę nad swoim życiem”. Początkowo miało wydźwięk feministyczny, z czasem zaczęło być krytykowane jako neoliberalne i powierzchowne ujęcie empowermentu.

Produktowość (ang. productivity)
Umiejętność efektywnego zarządzania czasem i zadaniami. W kontekście kultury samorozwoju często utożsamiana z wartością moralną: produktywny = dobry, leniwy = zły. Stała się częścią estetyki mediów społecznościowych (np. „ucz się ze mną”, „produktywna poranna rutyna”).

Journaling
Codzienne lub regularne zapisywanie swoich myśli, celów, emocji czy planów. Praktyka popularna zarówno w psychologii (np. jako technika autorefleksji), jak i wśród zwolenników rozwoju osobistego. Często stylizowana wizualnie w mediach społecznościowych.

Afirmacje
Krótkie, pozytywne zdania wypowiadane lub zapisywane w celu wzmocnienia poczucia własnej wartości, zmiany przekonań lub poprawy samopoczucia. Przykład: „Jestem wystarczający”, „Zasługuję na szczęście”. Technika stosowana m.in. w psychologii pozytywnej, ale także w praktykach rozwoju duchowego.

Neoliberalizm (w kontekście rozwoju osobistego)
Model społeczno-ekonomiczny kładący nacisk na indywidualną odpowiedzialność, przedsiębiorczość i samodzielność jednostki. W kontekście rozwoju osobistego oznacza przekonanie, że sukces lub porażka zależą wyłącznie od własnego wysiłku, bez uwzględnienia czynników strukturalnych (jak klasa, zdrowie, sytuacja rodzinna).

Rozwój osobisty jako religia neoliberalizmu

W klasycznym modelu rozwoju psychicznego (np. u Maslowa czy Eriksona), wzrost wewnętrzny to naturalny proces, związany z potrzebami, relacjami i egzystencjalnym dojrzewaniem. Ale to, co dziś określamy jako „rozwój osobisty”, rzadko bywa z nim tożsame. W jego dzisiejszej wersji – obecnej w coachingu, poradnikach, motywacyjnych podcastach i viralowych TikTokach – rozwój nie polega na stawaniu się bardziej sobą, tylko bardziej efektywnym, atrakcyjnym, zaradnym, lepiej funkcjonującym w świecie. Przypomina raczej tuning psychiki niż jej wsłuchiwanie się w siebie.

W tym sensie rozwój osobisty staje się narzędziem systemu: nie ma cię uszczęśliwić, tylko dopasować cię do realiów, które nie były projektowane z myślą o twoim szczęściu. Jesteś przemęczony? Pracuj nad zarządzaniem czasem. Czujesz się samotny? Praktykuj wdzięczność. Masz depresję? Wstań wcześniej, zimny prysznic ci pomoże (albo się przewietrz, idź pobiegać, nie masz depresji a psychiatra się myli!). System nie ma się zmienić. Ty masz się zmienić, żeby go znosić.

Coaching, czyli przemoc w języku wsparcia

Nie każdy coach jest szkodliwy. Ale każdy, kto bez cienia wątpliwości mówi drugiej osobie, że jej cierpienie to efekt braku odpowiedniego mindsetu, porusza się po cienkiej granicy między pomocą a przemocą. Coaching często oferuje iluzję kontroli: skoro wszystko zależy od ciebie, to możesz wszystko. Ale z tej samej logiki wynika, że jeśli nie możesz, to jesteś sam sobie winien.

Motywacyjne slogany – „Nie narzekaj, działaj!”, „Sukces to kwestia decyzji”, „Jeśli inni mogą, ty też możesz” – mogą brzmieć jak wsparcie. Ale dla osoby zmagającej się z wypaleniem, depresją, chronicznym stresem czy nieprzepracowaną traumą, są jak miecz. Nie uwzględniają kontekstu, nie dopuszczają niuansu, nie zostawiają miejsca na autentyczny ból.

W efekcie osoby w kryzysie przestają sięgać po pomoc. Bo skoro nie działają „lifehacki”, to znaczy, że to one są wadliwe. Coaching mówi im: twój problem to ty sam. A to potrafi zniszczyć zaburzonego człowieka jeszcze bardziej.

Mem o coachach

Instagramowa produktywność: estetyka sukcesu, neuroza porównań

W wersji internetowej ta presja staje się jeszcze silniejsza. Na TikToku i Instagramie powstał cały estetyczny nurt wokół produktywności: filmy z porannymi rytuałami, listami celów, planowaniem tygodnia w estetycznym notesie, minimalistyczne biurka z podpisem „tryb skupienia”. W tych treściach nie chodzi już nawet o rozwój, tylko o jego estetyzację, o performowanie rozwoju.

Widz ogląda to jak reklamę sukcesu. Porównuje swoje chaotyczne, trudne, niewyspane życie do kogoś, kto codziennie robi „journaling” przy kawie z mlekiem migdałowym i ma czas na afirmacje. Zamiast się zainspirować, czuje się winny. Wchodzi w mechanizm autoagresji podszytej zazdrością.

Nie masz czasu? To twoja wina

Toksyczność tych narracji opiera się na absolutyzowaniu kontroli: „Skoro ktoś osiągnął sukces mimo przeciwności, ty też możesz”. Zasada brzmi: każda wymówka to tylko wymówka. Nie masz czasu? Nie umiesz planować. Masz dzieci? Ludzie z dziećmi robią doktoraty. Masz depresję? Ludzie z depresją założyli firmy. Masz raka? Steve Jobs miał raka, a zobacz jaki bogaty. Żadna przeszkoda nie zwalnia cię z obowiązku osiągania.

W tej logice nie ma miejsca na przypadek, nierówności strukturalne, kwestie klasowe, choroby, neuroatypowość, ani najzwyklejsze ograniczenia. Nie każdy ma zasoby. Nie każdy ma wsparcie. Nie każdy ma ciało, które działa. Ale kultura sukcesu tego nie przyjmuje do wiadomości, bo wtedy musiałaby przyznać, że nie wszystko jest kwestią „chcenia”.

Rozwój staje się lękiem

W pewnym momencie rozwój, zamiast dawać wolność, zaczyna ją odbierać. Jeśli codziennie musisz „rozwijać się”, żeby nie czuć, że marnujesz życie, to nie jesteś wolny. Jesteś uzależniony od poczucia progresu. A każde potknięcie zaczyna być porażką, która wymaga natychmiastowego zadośćuczynienia. To, co kiedyś miało ci pomóc – zaczyna cię niszczyć. Przestajesz robić rzeczy, bo je lubisz; robisz je, bo „powinieneś”. Rozwój staje się wewnętrznym tyranem. Już nie dążysz do czegoś, tylko uciekasz od bycia kimś gorszym.

Wtedy rozwojowy mindset przypomina religijny rygor: z codziennymi rytuałami, pojęciem winy, z poświęceniem, z obietnicą zbawienia („kiedyś będzie lepiej, ale tylko jeśli wytrwasz”). A przecież rozwój nie musi tak wyglądać.

Kiedy samodoskonalenie staje się religią: od „Atomic Habits” do Andrew Tate’a

Toksyna narracji samodoskonalenia nie bierze się znikąd. Wokół tego istnieje cały ekosystem, który dociera do setek milionów ludzi przez książki, podcasty, TikToki, poradniki, wykłady, subskrypcje newsletterów i rolek motywacyjnych z dramatyczną muzyką w tle. A jego prorocy to nie tylko Jordan Peterson, James Clear czy Andrew Tate, ale też cała rzesza mniej znanych, ale równie wpływowych postaci, które skutecznie uczyniły z motywu „stań się najlepszą wersją siebie” (nienawidzę tej frazy) nową religię XXI wieku.

Na pierwszy rzut oka Atomic Habits Jamesa Cleara może wydawać się niewinnym poradnikiem. Rzeczywiście, zawarte tam zasady nie są z gruntu złe. Problem zaczyna się wtedy, gdy nawyki zostają sprowadzone do moralności. Gdy każda chwila rozkojarzenia, zmęczenia czy odpoczynku staje się grzechem wobec świętego rytuału produktywności. Clear nie każe ci dosłownie pracować do upadłego, ale kultura, która wyrosła wokół jego książki, już tak. Bo skoro „codzienna konsekwencja” i „nieustanny progres” są kluczem do sukcesu, to znaczy, że porażka nie jest przypadkiem, lecz twoją winą. Nie jesteś zmęczony – jesteś słaby. Nie masz depresji – po prostu nie chcesz codziennie wstawać o 5:00 rano.

Okładka książki Atomic Habits
Okładka książki Atomic Habits

Jordan Peterson w swoich wykładach idzie jeszcze dalej. Mówi językiem, który do złudzenia przypomina narrację psychoterapeutyczną, ale z ideologicznym twistem. Przykrywa konserwatywne przekonania językiem osobistej odpowiedzialności, przemawiając do tych, którzy czują się zagubieni. W jego opowieści świat jest uporządkowany hierarchicznie, a cierpienie jest ceną za nieprzystosowanie. Depresja? Może po prostu nie masz porządku w domu. Jeśli nie widzisz sensu w życiu to twoja wina – najwyraźniej niewystarczająco się starałeś, żeby go znaleźć. Samodoskonalenie u Petersona nie jest sposobem na życie, tylko obowiązkiem, a jego odmowa – rodzajem moralnej porażki. Wymaga dyscypliny i posłuszeństwa wobec abstrakcyjnego porządku świata, co w praktyce rymuje się z ideą posłuszeństwa wobec ideologii.

Teraz wejdźmy na naprawdę mroczny teren.

Andrew Tate to ikona przemocy ubrana w garnitur samorozwoju, który jawi się internautom jako konserwatywny mentor czy poradnikowy guru. Promuje obraz męskości, który opiera się na dominacji, pogardzie wobec słabości, mizoginii i instrumentalnym traktowaniu ludzi. Słowo „przegryw” nie funkcjonuje tu jako opis sytuacji życiowej, a jako wyrok. Cały czas musisz walczyć o pozycję prawdziwego SAMCA ALFA, bo jeżeli wyjdziesz na przegrywa, to twój koniec. I w tym sensie nie przesadzam pisząc, że Andrew Tate zepsuł generację mężczyzn. Młodzi chłopcy, którzy jeszcze kilka lat temu uczyli się, jak rozmawiać o emocjach, dzisiaj uczą się jak „być alfą”, jak „nie być cuckiem”, jak „nie pozwolić kobiecie wejść sobie na głowę”. A to wszystko pod sztandarem rozwoju osobistego. O nim będzie zresztą osobny artykuł, bo temat zasługuje na dużo głębsze potraktowanie.

Na przeciwnym biegunie, ale w tej samej grze, działa mit girlboss, mówiący o tym, że kobiecość można zrealizować najlepiej, gdy staje się kopią męskiego modelu sukcesu: zimna, ambitna, niezależna, „nieprzepraszająca za siebie”. „Girlbossing” staje się nową wersją patriarchalnej przemocy, tylko że zapakowaną w estetykę self-love, różowe plakaty i kubki z napisem „CEO własnego życia”. Ale istota zostaje ta sama: jesteś tyle warta, ile osiągniesz. A jeśli nie osiągasz, to znaczy, że nie jesteś dość silna, zdeterminowana, wystarczająco „zrobiona”.

Moja ulubiona forma inspiracji to taka, która jasno mówi: to twoja wina, że cierpisz.

Andrew Tate - niebezpieczny guru młodych mężczyzn
Andrew Tate – niebezpieczny guru młodych mężczyzn

Kiedy coach staje się terapeutą… bez przeszkolenia

Ale problem nie kończy się na TikToku. On sięga dużo głębiej: do realnych ludzi, realnych spotkań, realnych pieniędzy i realnych konsekwencji.

Mówię tu o coachach rozwoju osobistego – tych, którzy oferują indywidualne spotkania, prowadzą warsztaty motywacyjne i reklamują się hasłami typu: „Pomogę ci odnaleźć siebie”, „Pomogę ci przepracować blokady”, „Zmienisz swoje życie w 5 sesji”. Język coachingu coraz częściej zbliża się niebezpiecznie do języka psychoterapii, mimo że coachowie nie mają żadnych kwalifikacji z zakresu zdrowia psychicznego. A co gorsza, niektórzy z nich wręcz otwarcie mówią, że prowadzą… terapię. Mówiłem o tym we wstępie i naprawdę mnie to mierzi, bo to nie jest drobna nieścisłość. To jest nieetyczne, niebezpieczne i potencjalnie szkodliwe zachowanie zarówno dla osób, które potrzebują realnej pomocy psychologicznej, jak i dla całej dyscypliny. Taki coach nie ma ani superwizji, ani kodeksu etycznego, ani przygotowania do pracy z traumą, depresją czy zaburzeniami lękowymi. A jednak bardzo często trafiają do niego osoby właśnie z takimi problemami – bo „nie chcą iść do psychologa”, bo „nie wierzą w psychiatrię”, bo „lepiej się czują przy kimś, kto nie ocenia”.

Tylko że dobry terapeuta też nie ocenia. A coach, który nie zna mechanizmów obronnych, transferu, retraumatyzacji czy funkcjonowania układu nerwowego, może nieświadomie pogłębić cierpienie, którego nie rozumie i nie rozpoznaje. I nie ma tu znaczenia, jak bardzo jest „dobry w gadaniu”, jak dużo przeczytał książek, ani jak bardzo czuje ludzi. To po prostu nie jest wystarczające, nawet nie jest blisko.

To wszystko składa się na nowy pejzaż przemocy. Przemocy, która nie jest fizyczna, nie jest krzycząca, ale jest ubrana w motywacyjne slogany, podcasty i minimalistyczne slajdy z napisem „you got this”. Kulturowa maszyna rozwoju osobistego produkuje nadzieję, ale też lęk, wstyd i poczucie winy.

Obrazek pokazujący słowa mentor, coach, trener, doraca, mówca motywacyjny obok słowa psychoterapeuta.
Na tym obrazku naprawdę ktoś postawił te wszystkie posady obok psychoterapeuty…

Motywacyjne bagno ma milion masek. I wszystkie kłamią

Problem z tą całą „motywacyjnością” polega na tym, że ona nie jest już niszą. Ja naprawdę nie przesadzam kiedy mówię, że jest dosłownie wszędzie. Jest tak wszechobecna, że nawet jeśli nie chcesz jej widzieć, to ona znajdzie ciebie. YouTube Shorts, TikTok, Instagram Reels, wszystkie te formaty są dosłownie zaorane klipami, w których faceci w drogich garniturach albo kobiety w stylu minimalistyczno-girlbossowym wygłaszają złote myśli, które mogą zaciekawić, ale przy uważnym odsłuchaniu szybko okazują się absolutnym pustosłowiem. „Musisz wierzyć w siebie. Ale też musisz się zmieniać. Ale też musisz być sobą. Ale też musisz wstać o piątej. Ale też nie słuchaj nikogo. Ale też bądź pokorny.” Słuchasz tego i nie jesteś już pewien, czy masz się stać mentalnym gladiatorem, czy medytującym płatkiem śniegu. Ale każdy z tych „ekspertów” ma podcast. Każdy z nich napisał książkę. Każdy z nich ma markę, hasło przewodnie, styl ubierania się i własny program transformacyjny. Tworzą systemy, które nie są po to, żeby ci pomóc, tylko po to, żeby cię od siebie uzależnić. Od tej jednej konkretnej wersji „idealnego życia”.

Co gorsza, to bagno jest świetnie zalgorytmizowane. Porady, jakie dostaniesz, zależą od tego, jakim algorytmem jesteś karmiony. Możesz trafić na typa, który na poważnie tłumaczy, że „dzień tak naprawdę trwa tylko 6 godzin, więc od 6:00 do 12:00 to jeden dzień, a od 12:00 do 18:00 to drugi dzień, więc jeśli tak żyjesz, masz dwa razy więcej dni niż przeciętny człowiek aby się rozwijać!”. On naprawdę istnieje i serio ma wyznawców. Ludzie mu dziękują za zmianę życia. Pytanie brzmi: skoro tak, to czy wieczór to trzeci dzień? Czyli mamy 3 dni w dobie? A zatem rok trwa 365 razy 3, czyli 1095 dni? A co się dzieje z godzinami 0:00-6:00, tam następuje jakaś próżnia i czasoprzestrzeń się załamuje, czy może mamy jednak 4 dni w dobie? Czyli gość żył już 2730 lat i jest świętym średniowiecznego zakonu produktywności? Jeśli nie trafisz na tego, to może pojawi się inny – taki, który wrzeszczy, że musisz ZAPIEPRZAĆ 24/7, bo tylko wtedy osiągniesz sukces, bo jak śpisz, to ktoś inny robi pieniądze. Albo kobieta, która uczy inne kobiety, że emocje są słabością, że trzeba być zimną suką, dominować i nie pozwolić sobie na żadną chwilę słabości. Girlbossowość jako kult wewnętrznego wypalenia. A jeśli masz pecha, trafisz na Andrew Tate’a – faceta, o którym pisałem, że zniszczył całe pokolenie młodych mężczyzn. To jest człowiek, który mówi nastolatkom, że „prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze”, że „nigdy w życiu nie uronił łzy”, że „musi się bić, chodzić na siłownię, podrywać kobiety, masturbować się cztery razy dziennie i pić wrzątek”, bo to właśnie znaczy być samcem alfa. Brakuje tylko topora i palenia wiosek. Ale i na to przyjdzie czas, bo dziś bycie „męskim” oznacza być wojownikiem memicznego nihilizmu. A jeśli nie jesteś żadnym z powyższych typów, to może wciągnie cię wersja z drugiej strony spektrum, czyli coach od energii, astrologii, uzdrawiających czakr i rytuałów manifestacyjnych, który nie mówi ci, żeby zapieprzać, tylko żeby „odpuścić”, ale też bez żadnych realnych narzędzi, bo według niego depresję leczy się oddechem, a cierpienie wynika z tego, że nie wykonałeś wieczornego journalingu w zeszycie z afirmacjami. Puszcza ci audiobooki z muzyką do medytacji i sprzedaje kadzidła jako substytut psychiatrii.

Nie jest ważne, do której frakcji trafisz – żadna z nich nie rozwiązuje problemów. One tylko oferują narrację. I ta narracja działa dokładnie tak, jak każda ideologia: daje ci proste odpowiedzi na złożone pytania, pierze ci mózg swoim światopoglądem, przekonuje cię, że jesteś wciąż nie dość dobry, że to z własnej winy, a jednocześnie odpycha cię od poszukiwania prawdziwej pomocy. Tak właśnie powstaje uzależnienie.

Mem o cytatach motywacyjnych

Język coachingu jako nowomowa

Gdy George Orwell pisał o nowomowie, miał na myśli język, który nie służy komunikacji, lecz kontroli. Język, który nie pozwala nazwać rzeczy po imieniu, bo to imię już zostało wcześniej zastrzeżone, przekształcone, oswojone, unieszkodliwione. W nowomowie nikt nie umiera, bo ludzie „przechodzą na drugą stronę”. Nikt nie głoduje, a po prostu „cierpi niedobory”. I nikt nie cierpi psychicznie, tylko ma „wewnętrzną blokadę”, którą można „przepracować” na warsztatach motywacyjnych za 299 zł. A jak nie masz czasu na warsztaty, to kup książkę motywacyjnego guru w atrakcyjnej cenie, bo na stronie jest przecena z 400 złotych na 69,69 złotych!

Coaching posługuje się nowomową w najczystszej postaci. To język miękki, gładki i uniwersalny, który działa jak opakowanie: ma sprawić, że wszystko wygląda lepiej niż jest. Nie masz depresji tylko brak spójności z własną wizją życia. Nie jesteś przytłoczony tylko odciąłeś się od swojej energii sprawczej. Nie masz zespołu stresu pourazowego tylko przechodzisz przez trudny etap transformacji.

Coach nie powie ci, że masz problem. Zamiast tego powie, że masz „pole do wzrostu”. Nie powie ci, że się boisz, tylko że funkcjonujesz z poziomu lęku zamiast z poziomu obfitości. Nawet gdy płaczesz, cierpisz i nie możesz wstać z łóżka, język coachingu znajdzie sposób, by to upupić, rozmyć i rozczarować: „To część procesu. Twoja dusza właśnie się przebudowuje.”

To język, który działa jak placebo i znieczulenie jednocześnie: niby coś robi, niby pomaga, ale przede wszystkim oddziela cię od realnego doświadczenia. Wmówiono nam, że każde cierpienie da się ogarnąć afirmacjami i dziennikiem wdzięczności. Że wszystko da się przetłumaczyć na język sukcesu. Że nie trzeba nazwać depresji depresją – wystarczy „ustawić swoje intencje”.

A tymczasem język ma znaczenie. Jeśli nie nazywasz rzeczy po imieniu, nie możesz ich zmienić. Jeśli twój lęk zostaje przemianowany na „niskowibracyjne przekonanie”, to nie ma już powodu, by szukać pomocy – wystarczy zmienić mindset. Tylko że zaburzenia psychiczne to nie kwestia mindsetu. I jeśli nowomowa staje się dominującym sposobem mówienia o problemach to odcina nas od możliwości ich rzeczywistego przepracowania.

Mem o nowomowie guru motywacyjnych.

Wystarczy.

Wbrew temu, co sugeruje retoryka rozwoju osobistego, nie każdy moment stagnacji oznacza porażkę, a niechęć do nieustannego przekraczania siebie nie musi być objawem lenistwa czy braku ambicji. Wiele problemów, które próbuje się dziś rozwiązywać afirmacjami i motywacyjnymi nagraniami, ma charakter głęboko psychologiczny albo wręcz kliniczny. I wymaga profesjonalnej pomocy – terapii, diagnozy, leczenia – a nie kolejnego e-booka o produktywności.

Presja, by „robić więcej” i „być kimś więcej”, często nie bierze pod uwagę ani indywidualnych predyspozycji, ani kontekstu życiowego. Tymczasem rozsądnym i nieraz dojrzalszym wyborem bywa nie przekraczanie granic własnych możliwości, ale ich realistyczne rozpoznanie. Nie każdemu służy życie na najwyższych obrotach. Nie każdy powinien celować w to samo. Czasem to, co nazywa się „staniem w miejscu”, w rzeczywistości jest procesem stabilizacji, odbudowy albo po prostu trwania, które samo w sobie bywa wartością.

Zamiast podążać za uniwersalnymi receptami na sukces, lepiej uważnie przyglądać się sobie. Co przychodzi z trudem, a co z naturalnością? Gdzie kończy się rozwój, a zaczyna wypalenie? Odpowiedzi na te pytania nie znajdziemy u coachów ani w mediach społecznościowych. Raczej w ciszy, w terapii, w relacjach z ludźmi, którzy nas naprawdę znają. I w uznaniu, że nie musimy za wszelką cenę sięgać dalej. Czasem wystarczy sięgnąć tam, gdzie naprawdę mamy realną szansę dojść.

Głupi slogan coachingowy.
A kto umarł ten nie żyje.

3 Replies to “Toksyczna inspiracja: przemoc ukryta w motywach rozwoju”

  1. Edyta says:

    Super tekst Kacper 🙂 niestety tych 'terapeutów’ bez profesjonalnego przeszkolenia faktycznie nie brakuje – chyba wystarczy profil na Instagramie i samozwańczy tytuł. Widocznie popyt jest, to i podaż się znalazła. Można odnieść wrażenie, że dziś psychologiem zostaje się po przeczytaniu dwóch e-booków i medytacji na macie od sponsora.

    Odpowiedz
  2. Ola says:

    Bardzo poruszający i potrzebny tekst. Dziękuję za tak trafne ujęcie tematu, który często pozostaje niewidoczny – a przecież „motywacja” potrafi ranić równie mocno jak otwarta krytyka. Czuć tu wrażliwość i głęboką refleksję. Czekam na kolejne teksty w tym duchu!

    Odpowiedz
  3. Gal says:

    Ten tekst bardzo do mnie przemówił. Znam osoby, które – mimo braku jakiegokolwiek przygotowania psychologicznego – uzurpują sobie rolę coauch’a „eksperta od życia”. Osoby te uwielbiają pouczać, doradzać i „motywować”, często przy tym używając retoryki zaczerpniętej z coachingowych frazesów. Niestety, nie zauważą, jak wiele cierpienia zadają najbliższym swoją nachalną „mądrością”, ocenianiem i brakiem empatii. Artykuł trafnie pokazuje, że toksyczność nie zawsze przyjmuje formę agresji czy wrogości – bywa opakowana w język pozornej troski, rozwoju czy „dobrych intencji”. Efektem nie jest żadna inspiracja, lecz poczucie winy, zamieszanie i emocjonalne zmęczenie wśród najbliższych.Tym bardziej warto uważnie przyglądać się nie tylko treściom, jakie głoszą samozwańczy mentorzy internetowi, ale też konsekwencjom ich działań w relacjach z innymi.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *