Obecność: Ostatnie Namaszczenie – horror dla ludzi, którzy nie oglądają horrorów (recenzja)

Plakat promocyjny filmu Obecność

Seria Obecność od ponad dekady zajmuje w świecie horroru miejsce szczególne. Nie jest to cykl, który podzielił widzów na fanatyków i krytyków – jak bywa w przypadku bardziej niszowych czy eksperymentalnych produkcji – tylko taki, który stał się dla wielu współczesnym punktem odniesienia w gatunku. Jeśli ktoś mówi: „idziesz na horror do kina?”, w dziewięciu na dziesięć przypadków rozmowa dotyczy właśnie Obecności albo któregoś z jej spin-offów. James Wan i jego następcy stworzyli coś w rodzaju marki: rozpoznawalnej, łatwo przyswajalnej, bezpiecznej w swojej strukturze, a jednocześnie umiejętnie podszytej obietnicą mocnych wrażeń.

Mój stosunek do tej serii od zawsze był ambiwalentny. Byłem na każdej części w kinie i, co ciekawe, zawsze wychodziłem z seansu średnio zadowolony, choć nigdy też nie czułem się rozczarowany do końca. To coś w rodzaju sinusoidy: pierwsza połowa filmu prawie zawsze przyprawiała mnie o zachwyt, momentami nawet o ciarki (niekoniecznie ze strachu, ale z czystej satysfakcji, że ktoś tak dobrze umie wyreżyserować napięcie). Potem jednak następowała druga połowa, w której wszystko się wykolejało: zamiast grozy dostawaliśmy festiwal absurdów, przerysowane efekty i rozwiązania fabularne tak niepoważne, że czasami trudno było je traktować inaczej niż jak niezamierzoną parodię. Ta charakterystyczna dla Obecności nierówność zawsze mnie fascynowała i zawsze sprawiała, że na kolejną część szedłem z przekonaniem, że tym razem może się uda.

Ostatnie Namaszczenie wpisuje się w ten schemat niemal idealnie. To film, który w pierwszej połowie pokazuje, dlaczego Obecność przez lata stała się serią rozpoznawalną na całym świecie, a w drugiej – dlaczego wielu zagorzałych fanów gatunku patrzy na nią z lekkim pobłażaniem.

Wzorcowy horror

Zacznę od tego, że dawno nie widziałem w mainstreamowym horrorze tak dobrze rozpisanego i wyreżyserowanego build-upu (*build up – budowanie napięcia), jak w Ostatnim Namaszczeniu. Sceny z rodziną Smurl – jeszcze przed pojawieniem się Warrenów – są momentami wręcz podręcznikowe. Mamy tu stopniowe odkrywanie niepokojących sygnałów, subtelne przesunięcia w codzienności bohaterów, atmosferę napięcia, która narasta z każdą minutą. Nie ma od razu wybuchających efektów czy tanich straszaków, jest za to konsekwentnie budowana groza, która naprawdę potrafi wciągnąć widza w świat przedstawiony.

To, co w tej serii zawsze było jej mocną stroną, tutaj wypada szczególnie dobrze: umiejętność łączenia intymnej historii konkretnej rodziny z elementami nadnaturalnymi. Widzimy ludzi, którzy mogliby być naszymi sąsiadami, walczących z czymś, czego nie rozumieją i nad czym nie mają kontroli. Ta przyziemność, zestawiona z narastającym koszmarem, działa tu naprawdę przekonująco. I to nie tylko na zasadzie „straszenia”, ale wręcz wciągania widza w doświadczenie tej rodziny.

Ogromnym plusem są także poboczne duchy, które urozmaicają fabułę. Nie skupiamy się tylko na jednym demonicznym przeciwniku (którego imienia, w przeciwieństwie do Valaka z drugiej części, tym razem nawet nie poznajemy), ale dostajemy kilka odrębnych historii. Szczególnie duch dzierżący młot wybija się tutaj na pierwszy plan. Jego obecność dodaje filmowi slasherowego posmaku – elementu brutalności i fizycznego zagrożenia, który dobrze kontrastuje z bardziej klasycznymi scenami nadprzyrodzonymi. To poszerza paletę emocji: nie tylko strach przed tym, co niewidzialne, ale też poczucie, że ktoś w każdej chwili może dosłownie zgnieść bohatera.

Obecność
Duch z młotem

Trzeba też pochwalić efekty specjalne. Ostatnie Namaszczenie wygląda świetnie. Sceny są dopracowane wizualnie, dźwięk i obraz współgrają, a całość ma momentami prawdziwie filmowy rozmach. I choć w dalszej części recenzji będę krytykował efekciarstwo, w pierwszej połowie działa to idealnie: podbija napięcie, nie przytłaczając go jeszcze fajerwerkami.

To właśnie w tej fazie filmu przypominałem sobie, dlaczego w ogóle chodzę na Obecności do kina. Napięcie, dramaturgia, klimat, wszystko tu grało. I przez te kilkadziesiąt minut siedziałem w fotelu naprawdę zadowolony, myśląc: „może w końcu się udało, może tym razem druga połowa nie zniszczy tego, co zostało tak pięknie wprowadzone”.

Absurd goni absurd

I wtedy przychodzi ten moment, kiedy cała konstrukcja zaczyna się sypać. Obecność: Ostatnie Namaszczenie po raz kolejny powtarza grzech, który dręczy tę serię od samego początku: zamiana atmosferycznego horroru w karykaturę samego siebie. O ile pierwsza połowa konsekwentnie trzyma się reguł budowania napięcia, o tyle druga zamienia się w pokaz efektów specjalnych. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby efekciarstwo szło w parze z grozą, ale tu idzie w parze z absurdem.

Najbardziej rażą przewidywalne straszaki. To schemat, który każdy widz, mający za sobą więcej niż dwa mainstreamowe horrory, zna na pamięć: muzyka narasta, potem zapada cisza, a następnie następuje głośne „łubudubu”. Po raz pierwszy może to działać, po piątym razie człowiek zaczyna się nudzić, a po dziesiątym wręcz czeka, żeby zobaczyć, jak film znowu sięga po tę samą sztuczkę. Trudno mówić tu o prawdziwym strachu, bo to raczej odruch warunkowy, coś jak reakcja psa Pawłowa, tylko zamiast ślinotoku jest podskok w fotelu.

Jeszcze bardziej komiczne okazują się sceny z latającymi przedmiotami. Lustro, lalka-niemowlę, przedmioty wirujące w powietrzu… Serio, nie wiem co się stało, że reżyser się tak nakręcił na lewitujące przedmioty. Miało to straszyć, a wywoływało salwy śmiechu. I nie tylko u mnie: cała sala reagowała podobnie. W pewnym momencie nie dało się tego traktować inaczej niż jak slapstickową wstawkę. To jeden z wielu problemów serii: moment, w którym widownia synchronicznie wybucha śmiechem w scenach grozy, to dowód, że film całkowicie stracił kontrolę nad tonem.

Absurdu dodają też niekonsekwencje fabularne. Scena, w której Tony zostaje brutalnie zraniony w nogę, jest tak realistyczna i drastyczna, że można by pomyśleć, iż film wreszcie zdecyduje się na poważniejsze konsekwencje dla bohaterów. Zażartowałem nawet do dziewczyny, która ze mną była, że „niestety tutaj już zostaje tylko amputacja”. Ale nie: kilka minut później Tony chodzi prawie normalnie, z prowizorycznym bandażem, jakby rana była najwyżej zadrapaniem. To przypomina logikę gier komputerowych: bohater dostaje obrażenia krytyczne, ale wystarczy apteczka i już biegnie dalej. W filmie, który stara się budować powagę i grozę, taki zabieg całkowicie rozwala wiarygodność.

Podsumowując: druga połowa Ostatniego Namaszczenia to ciąg absurdów, które zamieniają horror w coś na kształt czarnej komedii, tylko nie do końca świadomej. A to chyba największy problem, bo twórcy najwyraźniej nadal chcą, żebyśmy się bali, podczas gdy widzowie siedzą i chichoczą.

Obecność: Ostatnie Namaszczenie i prowadzenie postaci

Ciekawiej wypadają postacie, bo tu widać pewien postęp względem poprzednich części. Największą zaletą jest rozwinięcie relacji między Edem a Lorraine Warren. Po raz pierwszy w serii dostajemy ich nie tylko jako pogromców demonów, ale też jako małżeństwo i rodziców. Widzimy ich wykonujących codzienne czynności, zmagających się z problemami zdrowotnymi, rozmawiających o życiu poza nawiedzeniami. To bardzo odświeżające, bo wreszcie ktoś wpadł na to, żeby nadać im bardziej ludzkiego wymiaru. Dzięki temu ich sceny wydają się autentyczne, a chemia między aktorami naprawdę się wybija.

Świetnie wypadają też sceny z Tonym, które mają naturalny, lekko komediowy charakter. To te momenty, w których film odpuszcza na chwilę patos i pozwala bohaterom być po prostu sobą. Komediowe akcenty są tu na miejscu i nie rozbijają narracji – przeciwnie, nadają jej lekkości, której w Obecności zawsze trochę brakowało.

Niestety, nie można tego powiedzieć o postaci Judy. Choć teoretycznie wokół niej kręci się spora część fabuły, to sama bohaterka wypada wyjątkowo blado. Brakuje jej charyzmy, brakuje ciekawego konfliktu wewnętrznego, jest po prostu kolejną figurą, przez którą przechodzą wydarzenia. Kontrast z Tonym jest tu aż nadto widoczny: on jako postać drugoplanowa wnosi więcej życia i energii niż Judy jako jedna z centralnych postaci filmu.

W rezultacie relacje bohaterów są nierówne: tam, gdzie pojawiają się Ed, Lorraine i Tony, film ożywa i nabiera rumieńców, a tam, gdzie na pierwszy plan wychodzi Judy, fabuła staje się płaska i przewidywalna. To trochę tak, jakby scenarzyści sami nie wiedzieli, co chcą z nią zrobić, poza tym, że musi istnieć, żeby napędzać intrygę.

Obecność ma sporo zalet

Mimo całej mojej krytyki, nie da się zaprzeczyć, że Ostatnie Namaszczenie ma naprawdę mocne strony. Przede wszystkim build-up – i tu muszę to podkreślić po raz kolejny – jest najlepszy w historii serii. Sceny z rodziną Smurl przed przyjazdem Warrenów to momenty, w których horror działa tak, jak powinien: cicho, konsekwentnie, krok po kroku rozkręcając atmosferę niepokoju. To ta część filmu, w której czuje się prawdziwą siłę serii Obecność jako marki, bo kiedy już umieją straszyć, to naprawdę niewiele mainstreamowych horrorów jest w stanie im dorównać.

Drugim mocnym punktem jest różnorodność duchów. W poprzednich częściach mieliśmy zazwyczaj jedno główne zło, które dominowało narrację (Valak z dwójki był wręcz ikoną tej serii). Tym razem dostajemy nie tylko centralnego demona, ale też kilka mniejszych, wyrazistych postaci. Duch z młotem to strzał w dziesiątkę: wnosi klimat slasherowy, wywołuje poczucie realnego zagrożenia fizycznego i kontrastuje z bardziej metafizycznymi strachami. To sprawia, że film przynajmniej na chwilę zyskuje świeżość, której w tej serii zawsze trochę brakowało.

Trzeci plus to chemia pomiędzy bohaterami. Ed i Lorraine są w tej części najlepiej napisani w całej serii. Są bardziej ludzcy, bardziej autentyczni, z problemami i wątpliwościami, a nie tylko jako egzorcystyczny duet na usługach fabuły. Ich relacja nadaje filmowi emocjonalnego ciężaru, który działa niezależnie od tego, co akurat lata po ekranie. A sceny z Tonym pokazują, że nawet w horrorze można przemycić nutę humoru bez psucia klimatu, ba, można go nawet uwiarygodnić.

No i trzeba przyznać, że efekty specjalne stoją tu na wysokim poziomie. Choć później film tonie w efekciarstwie, to wizualnie wiele scen robi naprawdę duże wrażenie. Widać pieniądze i rzemieślnicze umiejętności ekipy, nawet jeśli te umiejętności zostały ostatecznie wykorzystane do stworzenia czegoś przesadzonego.

Podsumowując zalety: kiedy Ostatnie Namaszczenie działa, to działa bardzo dobrze. I przez tę pierwszą godzinę można pomyśleć, że to będzie najlepsza część serii.

Ale ma też wiele wad…

Niestety, później przychodzą wszystkie bolączki, które od lat ciągną w moich oczach Obecność w dół. Najbardziej irytują dłużyzny. Mimo świetnego budowania napięcia, niektóre sceny są rozciągnięte ponad miarę, do tego stopnia, że miałem momenty, w których prawie przysypiałem. To paradoks: film jednocześnie potrafi idealnie budować klimat i zaraz potem męczyć widza niepotrzebnym przeciąganiem wątków.

Kolejna wada to straszaki, które są boleśnie przewidywalne. Kiedy widz zna już rytm narastającej muzyki, ciszy i głośnego uderzenia, trudno mówić o prawdziwym strachu, bo zostaje co najwyżej mechaniczna reakcja i poczucie, że oglądamy odgrzewany kotlet. A horror, który nie potrafi zaskoczyć, traci połowę swojej siły.

Do tego dochodzi absurdalność drugiej połowy: latające lustra, lalka kręcąca się w powietrzu, czy inne „atrakcje”, które zamiast wywoływać ciarki, prowokują do śmiechu. I to nie jest śmiech oczyszczający, jak w dobrze napisanej horror-komedii, tylko śmiech wynikający z zażenowania. Widać, że film celował w patos i grozę, a skończył w rejonach slapsticku.

Ogromnym problemem jest też brak konsekwencji fabularnych. Scena brutalnego zranienia Tony’ego mogła być momentem, w którym film postawiłby na realizm i konsekwencję, ale chwilę później bohater chodzi niemal normalnie. To psuje nie tylko wiarygodność, ale i emocjonalne zaangażowanie. Skoro nic się tu nie trzyma logiki, to po co mam się przejmować losem postaci? To już notoryczny problem Obecności. Od samego początku serii nikt ważny nigdy nie ginie, a obrażenia bohaterów prędzej czy później okazują się powierzchowne. Ostatecznie wszyscy wychodzą cało, co nadaje tym filmom dziwnie familijny klimat. I to nie jest tylko moje odczucie, bo na Ostatnim Namaszczeniu w sali obok mnie siedziała wycieczka licealistów z nauczycielką, jakby to był film edukacyjny albo szkolny wypad na kino familijne, a nie horror.

Oczywiście zaraz ktoś powie: „ale przecież to film na podstawie prawdziwych wydarzeń, a Tony nie miał amputowanej nogi w prawdziwym życiu, więc twórcy musieli być konsekwentni wobec faktów”. Tylko że jeśli Tony w rzeczywistości nie odniósł aż tak poważnych obrażeń, to po co w ogóle pokazywać je w ten sposób na ekranie? Reżyser Obecności i tak notorycznie nagina i wyolbrzymia fakty z życia Warrenów oraz spraw, które prowadzili, byle tylko wzmocnić efekt filmowy. A kiedy ktoś wytknie nielogiczność albo przesadę, zawsze pojawia się ten sam kontrargument: „bo to film na faktach”. Tyle że trudno jednocześnie naginać rzeczywistość do granic absurdu i zasłaniać się autentycznością, kiedy zaczyna brakować konsekwencji.

Na minus wypada również postać Judy, która była kluczowa dla fabuły, a jednak kompletnie nijaka. Widz nie ma powodu, żeby się nią przejmować, bo nie niesie ze sobą ani wyrazistych emocji, ani konfliktu. Gdyby jej w ogóle nie było, film niewiele by stracił.

Ostatecznie więc wady biorą górę: dłużyzny, przewidywalność, przesadzone efekciarstwo, brak konsekwencji i słabe postacie poboczne. To one sprawiają, że finał Ostatniego Namaszczenia ogląda się raczej jak groteskowy spektakl niż jak horror.

Horror dla ludzi, którzy nie oglądają horrorów

W gruncie rzeczy Obecność: Ostatnie Namaszczenie nie jest ani najgorszym, ani najlepszym filmem w serii. Powiedziałbym nawet, że wszystkie części trzymają mniej więcej ten sam poziom. To nie jest cykl, w którym trafiamy na wybitny majstersztyk obok totalnego dna. Każda część działa na podobnych zasadach: pierwsza połowa jest rewelacyjna, druga pogrąża się w absurdzie, a po seansie pozostaje mieszanka satysfakcji i lekkiego zażenowania. Ostatnie Namaszczenie nie wybija się z tego schematu, choć ma kilka świeżych pomysłów, których w poprzednich odsłonach brakowało. Niestety, zaraz potem nadrabia to rozwiązaniami gorszymi niż wcześniej, zwłaszcza jeśli chodzi o przewidywalność i groteskowość finału.

I tutaj wracam do mojego tytułu: Obecność od zawsze była horrorem dla ludzi, którzy nie oglądają horrorów. To filmy, które mają wszystkie podstawowe elementy grozy: duchy, nawiedzone domy, demoniczne opętania. Jednak wszystko to jest podane w formie przystępnej, oswojonej i bezpiecznej. Nie znajdziemy tu radykalnych rozwiązań znanych z kina niszowego ani prawdziwego poczucia zagrożenia, które towarzyszy najlepszym horrorom. Zamiast tego mamy filmową przejażdżkę kolejką w domu strachów: trochę podskoków, trochę ciemnych korytarzy, kilka momentów, które robią wrażenie, a potem katharsis w postaci szczęśliwego zakończenia, gdzie bohaterowie wychodzą z opresji niemal bez szwanku. To horror, który nikogo nie urazi i nikogo nie zniszczy psychicznie, a jednocześnie daje widzowi iluzję, że przeżył coś „strasznego”.

Dlatego na seansie obok mnie mogła siedzieć szkolna wycieczka z nauczycielką i nikomu nie wydało się to dziwne. Bo Obecność to właśnie taki typ kina grozy: film, który można oglądać z rodziną albo znajomymi, nawet jeśli na co dzień nie ma się ochoty na horrory. To kino zrobione tak, żeby nikt nie wyszedł zbyt przerażony ani zbyt mocno poruszony.

Ostatnie Namaszczenie kontynuuje tę tradycję, i to zarówno w swoich najlepszych, jak i najgorszych momentach. Z jednej strony dostajemy mistrzowsko poprowadzone sceny budowania napięcia, świetne akcenty w postaciach i kilka nowych rozwiązań. Z drugiej strony dostajemy absurdalne efekciarstwo, przewidywalne jumpscare’y i groteskę, która skutecznie odbiera całości powagę. Moja ocena? Stabilne 5.5/10. Średniak, ale taki, na którym w kinie można się bawić – szczególnie w grupie, bo reakcje publiczności stają się częścią widowiska.

Obecność: Ostatnie Namaszczenie to więc film, który pokazuje wszystkie mocne i słabe strony serii. Horror, który straszy tylko trochę, bawi nie zawsze wtedy, kiedy powinien, i zostawia widza z mieszanką przyjemności i frustracji. Horror dla ludzi, którzy nie oglądają horrorów – i w tym sensie, jak zawsze, spełnia swoją rolę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *