
Gdybyśmy mieli wskazać moment, w którym horror przestał być gatunkiem transgresyjnym, a stał się produktem skrojonym pod sprzedaż pluszowych zabawek i licencjonowanych plecaków, musielibyśmy cofnąć się o dobrą dekadę, choć dopiero teraz, u schyłku 2025 roku, widzimy pełną, groteskową skalę tego zjawiska. Gatunek ten, z definicji mający naruszać nasze poczucie bezpieczeństwa, konfrontować z abiektem i wywlekać na wierzch to, co wyparte, został skutecznie wykastrowany. Nie mamy już do czynienia z kinem niepokoju, lecz z kinem lunaparkowym, gdzie potwór nie jest już ucieleśnieniem egzystencjalnej pustki czy traumy, ale kolejnym assetem do wykorzystania w grze wideo albo nadrukiem na koszulce z sieciówki. Proces ten, który roboczo nazwijmy disneyizacją, sprawił, że groza stała się stylizowana, bezpieczna i, co najgorsze, przewidywalna do porzygu. Oglądając współczesne „hity” gatunku, nie czujemy lęku; czujemy co najwyżej lekkie ukłucie ekscytacji, podobne do tego, które towarzyszy zjazdowi kolejką górską, o której wiemy, że ma potrójne zabezpieczenia i atest Unii Europejskiej. W poniższym tekście przyjrzymy się, jak do tego doszło i dlaczego najnowsze produkcje, mimo wysokich budżetów, są emocjonalnie puste jak wydmuszka.
Nostalgia jako opium dla mas, czyli kazus Stranger Things
Nie sposób rozmawiać o infantylizacji horroru bez wywołania do tablicy Stranger Things. O ile pierwszy sezon był sympatycznym hołdem dla lat 80., tak sukces tej produkcji stał się przekleństwem dla całego gatunku. Bracia Duffer, a za nimi cały legion naśladowców, wmówili widowni, że horror to nie beznadzieja i osamotnienie w obliczu nieznanego, ale neony, syntezatory i grupa dzieciaków na rowerach. Zjawisko to jest o tyle szkodliwe, że zredukowało grozę do estetyki „przytulnego horroru”. Oglądamy to po to, żeby poczuć ciepełko nostalgii za czasami, w których większość odbiorców nawet nie żyła. Ów eskapizm jest fundamentalnie sprzeczny z naturą horroru, który powinien być konfrontacyjny. W Stranger Things i jego klonach Demogorgon czy inny Vecna nie są realnym zagrożeniem; są przeszkodą w grze przygodowej, którą trzeba pokonać. Taki popkulturowy recykling, w którym lęk został zastąpiony przez nastawienie na rozpoznawalność… Widzimy potwora i myślimy: „O, fajny design, kupiłbym taką figurkę”, zamiast czuć atawistyczną chęć ucieczki. Ta amerykanizacja lęku, sprowadzenie go do formatu kina nowej przygody Spielberga, sprawiła, że horror stracił zęby.
Klaun w pudełku z Happy Mealem – przypadek To Andy’ego Muschiettiego
Stephen King w swojej monumentalnej powieści To stworzył monstrum, które było ucieleśnieniem kosmicznego zła, czymś, co żerowało nie tylko na ciele, ale i na samej strukturze rzeczywistości i umysłu. Pennywise był bytem lovecraftowskim. Tymczasem adaptacja Muschiettiego, zwłaszcza jej druga część, a także późniejsze eksploatowanie tej marki, sprowadziło to pradawne zło do roli cyrkowego straszaka, którego można pokonać, wyzywając go od głupków. Pennywise stał się ikoną popkultury, memem, tańczącym klaunem z TikToka. To jest właśnie esencja disneyizacji – odarcie antagonisty z jego metafizycznego ciężaru. Kiedy zło staje się „cool”, przestaje być złem. Filmowe To zamieniło psychologiczną głębię traumy (którą King, mimo swojego grafomaństwa, potrafił ująć) na serię jump scare’ów rodem z domów strachów w wesołym miasteczku. To jest kino lunaparkowe w najgorszym tego określenia znaczeniu. Sceny mają działać mechanicznie: cisza, cisza, nagły dźwięk, wyskakuje morda. Koniec sceny. Nie ma tu miejsca na budowanie atmosfery gęstej jak smoła, nie ma miejsca na niepokój, który zostaje z widzem po seansie. Jest za to popcornowa rozrywka dla całej rodziny, z lekkim dreszczykiem.

Ulica Strachu 2025 — bal maturalny w plastikowym piekle
Dochodzimy wreszcie do tego nieszczęsnego tworu, który zadebiutował na platformach streamingowych w tym roku. Najnowsza odsłona Ulicy Strachu: Królowa Balu (czy jakkolwiek to tłumaczyli nasi dystrybutorzy) to absolutne apogeum omawianego problemu. O ile trylogia z 2021 roku (szczególnie część osadzona w 1978 i 1666) miała w sobie pewien pazur i szacunek do slasherowej tradycji, tak tegoroczna produkcja to czysty, destylowany korporacyjny produkt. To nie jest film tylko content. Wygląda to tak, jakby scenariusz napisał model AI nakarmiony serialami z Disney Channel i pociętymi fragmentami Krzyku, ale pozbawionymi jakiejkolwiek ironii czy samoświadomości. Wszystko w tym filmie jest sterylne. Postacie są tak jednowymiarowe, że przy nich bohaterowie Scooby Doo wydają się postaciami z Dostojewskiego, a samo zło jest tak bezpieczne i ugrzecznione, że można by ten film puszczać w przedszkolu, gdyby nie parę wymuszonych przekleństw. To jest właśnie disneyizacja w pełnej krasie: bierzemy markę kojarzoną z horrorem, wycinamy z niej wszystko, co mogłoby kogoś faktycznie zniesmaczyć, obrzydzić lub wywołać realny dyskomfort, i serwujemy papkę o „toksycznych relacjach w liceum”, gdzie morderca jest tylko tłem dla dram nastolatków.

Nawet indie nie jest święte – basenowa pułapka w Coś za mną chodzi
Żeby nie było, że pastwię się wyłącznie nad produkcjami odlewanymi z korporacyjnej sztancy – ta plaga dotyka nawet kina, które aspiruje do bycia czymś więcej i które, nie będę ukrywał, całkiem lubię. Weźmy na tapet Coś za mną chodzi (It Follows). To film pod wieloma względami świetny, z gęstą atmosferą i syntezatorowym soundtrackiem, który bardzo ładnie wybrzmiewa. A jednak i tutaj, w finale, twórcy nie wytrzymali ciśnienia. Mamy do czynienia z bytem nieubłaganym, niemal metafizycznym fatum. I co robią nasi bohaterowie? Zamiast skonfrontować się z beznadzieją, urządzają na demona zasadzkę na basenie, używając sprzętu AGD, niczym w Kevinie samym w domu wersja dla dorosłych. Sprowadzenie walki z nieznanym do poziomu fizycznej potyczki, którą grupa „sprytnych dzieciaków” może wygrać (lub przynajmniej zremisować) dzięki sprytowi i pułapkom, to bolesny cios dla filmu, który do tej chwili był świetny. To moment, w którym egzystencjalny horror zamienia się w odcinek Scooby Doo, gdzie potwora można złapać w siatkę, jeśli tylko bardzo się tego chce. Zakończenie, choć nie do końca jednoznaczne, pozostawia ten nieprzyjemny, cukierkowy posmak – że nawet przedwieczne zło da się oszukać, jeśli ma się zgraną paczkę i dostęp do krytego basenu.

Sterylność kontra jasność, czyli dlaczego plastik nie straszy
Problem z stylizacją współczesnego horroru mainstreamowego nie polega na tym, że jest on zbyt „czysty”. Midsommar Ariego Astera był filmem zrealizowanym w pełnym słońcu, sterylnie białym i ukwieconym, a mimo to przerażał do szpiku kości. Tamta jasność była bezlitosna, obnażała okrucieństwo. Tymczasem disneyhorror oferuje nam sterylność plastikową, sztuczną, okraszoną wyświechtaną już nostalgią do lat 80. Przypomina to filtr z Instagrama nałożony na kamerę. Każdy kadr w produkcjach typu Stranger Things czy nowa Ulica Strachu musi być idealnie oświetlony neonem, dym musi snuć się w sposób fotogeniczny, a bohaterowie, nawet po walce o życie, wyglądają, jakby wyszli od fryzjera. Zatraciliśmy gdzieś po drodze elementarny naturalizm na rzecz teledyskowej formy. Ta plastikowa otoczka sprawia, że horrory tracą swoją teksturę. Wszystko jest gładkie, cyfrowe i nienamacalne. Brakuje ciężaru gatunkowego, który sprawiłby, że uwierzylibyśmy w to, co widzimy na ekranie.
Siła przyjaźni jako Deus Ex Machina
Największym grzechem disneyizacji, który doprowadza mnie do szału bardziej niż cokolwiek innego, jest wszechobecny motyw siły przyjaźni jako ostatecznej broni przeciwko złu. Mamy oto pradawne byty, demony istniejące od eonów, kosmiczne monstra pożerające światy – i nagle okazuje się, że można je pokonać, trzymając się za ręce i wierząc w siebie. Co drugi współczesny horror opowiada o grupie nastolatków (lub, o zgrozo, dzieci), którzy swoją więzią interpersonalną niwelują zagrożenie. To jest infantylizacja na poziomie kreskówek My Little Pony. Zło w horrorze powinno być przytłaczające, często niepokonane, a w najlepszym razie – odroczone wielką ofiarą. Sprowadzenie finałowej konfrontacji do grupowego uścisku i motywacyjnej gadki kastruje antagonistę z jakiejkolwiek potęgi. Jak mamy się bać Vecny czy innego Pennywise’a, skoro wiemy, że wystarczy, iż bohaterowie przypomną sobie, jak bardzo się lubią, i zło pierzchnie? To trywializuje samą koncepcję grozy, zamieniając egzystencjalne starcie w odcinek serialu młodzieżowego z morałem.
Horror maskotkowy i infantylizacja odbiorcy
Warto wspomnieć o nowotworze, który z gier wideo przerzucił się na kino – tzw. maskotkowy horror (vide: Five Nights at Freddy’s). Choć sam film o morderczych animatronikach nie był tragiczny, to scementował on trend robienia horrorów dla dwunastolatków. I nie byłoby w tym nic złego (gęsia skórka dla każdego), gdyby nie fakt, że ten wybór artystyczny zaczyna dominować w produkcjach skierowanych rzekomo do dorosłych. Studia filmowe zauważyły, że „straszne maskotki” sprzedają się lepiej niż skomplikowane historie o opętaniu czy szaleństwie. Mamy więc wysyp filmów o morderczych lalkach (M3GAN i jej klony), które są pisane tak, by generować memy na TikToku. Początkowo poważny film zawiera scenę tańca morderczej lalki, która staje się ważniejsza niż samo morderstwo. To jest właśnie moment, w którym horror zjada własny ogon. Zamiast budować napięcie, twórcy zastanawiają się, jaki fragment filmu najlepiej się wypromuje w formie rolki na Instagramie. Infantylizacja odbiorcy postępuje – traktuje się nas jak dzieci, którym trzeba pomachać przed oczami kolorową zabawką, żeby nie przełączyły kanału. A jeżeli film się przyjmie przynajmniej nienajgorzej, to będzie można masowo sprzedawać pluszowe maskotki i figurki z podobizną mordercy; może nawet uda się zrobić zestaw z zabawką w McDonaldzie!

Shudder – ziemia obiecana za cyfrowym murem
Na szczęście, pośród tego oceanu przeciętności i plastiku, istnieje wyspa, która stara się temu wszystkiemu przeciwdziałać. Mowa o serwisie streamingowym Shudder, który – choć w Polsce niedostępny (co zmusza fanów do cyfrowej partyzantki i grzebania w mniej legalnych zakątkach internetu) – jest fenomenem. To tam uciekł duch prawdziwego horroru. Produkcje z logo Shudder Original to często współczesne klasyki, filmy, które nie boją się być dziwne, brutalne i niewygodne. Zamiast disneyizować, dają swoim twórcom wolną rękę. Znajdziemy tam dzieła, które pamiętają, że horror ma prawo być zły, brudny i pozbawiony happy endu. Oglądając te filmy, zdobyte gdzieś w odmętach sieci, człowiek odzyskuje wiarę w gatunek. To właśnie Shudder jest tą kontrsiłą, która przypomina, że horror to nie tylko lifestylowy dodatek do popcornu, ale medium, które potrafi wciąż skutecznie wytrącić nas z równowagi. Szkoda tylko, że w naszym kraju dostęp do tej kultury wciąż wymaga kombinowania rodem z lat 90., ale może właśnie ta niedostępność dodaje tym seansom smaku zakazanego owocu?
Wyprane z metafizyki
Najbardziej boli jednak to, co disneyizacja robi z metafizyką horroru. Klasyczne horrory zawsze zadawały pytania o naturę zła, o to, co jest „po drugiej stronie”, o granice poznania. Nawet proste slashery miały w sobie pewien fatalizm. Współczesne, ugrzecznione produkcje są całkowicie zdesakralizowane. Zło jest tu problemem technicznym. Demona nie egzorcyzmuje się wiarą czy ofiarą, ale „znalezieniem sposobu”, najlepiej przy pomocy mądrego kolegi z kółka naukowego. Magia w tych filmach przypomina systemy z gier wideo – ma swoje zasady, paski energii i słabe punkty. Tajemnica została zastąpiona przez ekspozycję. W Stranger Things czy nowej Ulicy Strachu wszystko musi zostać wyjaśnione, nazwane i skatalogowane. Nie ma miejsca na niedopowiedzenie, na to, co Lovecraft nazywał lękiem przed nieznanym. Tutaj nieznane jest po prostu czymś, co zaraz zostanie nam łopatologicznie wyjaśnione. Owa demitologizacja sprawia, że świat przedstawiony staje się płaski, materialistyczny do bólu i pozbawiony tej metafizycznej grozy, która sprawia, że po zgaszeniu światła boimy się wyjść do toalety.
To nie jest narzekanie na „dzisiejszą młodzież”
Żebyśmy się dobrze zrozumieli i żebym nie wyszedł na zgorzkniałego dziadersa, który krzyczy na chmury – nie mam nic przeciwko istnieniu horrorów lżejszych, mniej wymagających czy stricte młodzieżowych. Wręcz przeciwnie, potrafię się świetnie bawić na seansach takich filmów jak kinowe wersje Goosebumps (Gęsia skórka) czy absolutnie genialna, kampowa Opiekunka (The Babysitter). Te produkcje znały swoje miejsce w szeregu, bawiły się konwencją i oferowały czystą, bezpretensjonalną rozrywkę dla potencjalnie młodszych odbiorców kina grozy. Problem, który tu diagnozuję, nie leży w istnieniu takich filmów, ale w tym, że po sukcesie Stranger Things ta stylistyka stała się obowiązującą doktryną, działającą na branżę niczym plaga. Mierzi mnie ta monokultura, ten korporacyjny przymus, by wszystko ociekało synthwavem i estetyką lat 80., tylko dlatego, że jest to popularne na Instagramie i TikToku. Kiedy cały gatunek zaczyna wyglądać jak jeden wielki teledysk z 1985 roku, a twórcy boją się wyjść poza ten bezpieczny, neonowy schemat, to mamy problem. Nie przeszkadza mi zabawa w horrorze; przeszkadza mi, gdy ta zabawa staje się jedyną dostępną opcją, wypierając mrok i powagę.
Śmierć transgresji i tryumf konformizmu
Podsumowując ten festiwal frustracji – horror AD 2025 (w swoim głównym nurcie) stał się ofiarą własnego sukcesu. Wychodząc z niszy do mainstreamu, musiał zrzucić skórę drapieżnika i założyć kostium Myszki Miki, tyle że pochlapany czerwoną farbą (albo raczej neonowym glutem). Produkcje takie jak najnowsza Ulica Strachu czy niekończące się spin-offy uniwersów Kingowskich to produkty czekoladopodobne. Smakują słodko, wyglądają ładnie, ale nie mają żadnych wartości odżywczych, a po ich spożyciu czujemy tylko mdłości. Disneyizacja zabrała horrorowi jego najważniejszą broń: transgresję. Zamiast przekraczać granice, nowe filmy pilnują, by nikogo nie zniesmaczyć, nie przestraszyć zbyt mocno i by zmieścić się w bezpiecznych ramach algorytmu. Oczywiście, wciąż istnieje kino niezależne, wciąż istnieją filmy found footage, A24 wciąż dowiezie czasem coś dziwnego, a w podziemiu działa wspomniany Shudder, ale „masowa wyobraźnia” została już skolonizowana przez bezpieczne, pluszowe potwory, które boją się siły przyjaźni. I to jest w tym wszystkim najbardziej przerażające – że przestaliśmy wymagać od horroru, by nas przerażał, a zadowalamy się tym, że nas po prostu bawi. A to, moi drodzy, jest ostateczna śmierć gatunku.