
Podczas moich studiów dziennikarskich miałem (nie)przyjemność uczęszczać na zajęcia z filozofii, prowadzone przez wyjątkowo wrednego i rygorystycznego wykładowcę. Dla zewnętrznego obserwatora moja uniwersytecka kariera na tym polu mogłaby wyglądać jak narodziny nowego Kanta. Z tych zajęć – jako jedynych w całej mojej akademickiej historii – wyszedłem z gładką, okrągłą piątką. Co tydzień pisaliśmy referaty i co tydzień moje prace wracały z maksymalną notą. Na kolokwiach brylowałem, otrzymując najwyższe oceny bez żadnej nauki, a w dyskusjach byłem aktywny. Osoba postronna mogłaby pomyśleć, że jestem wytrawnym koneserem epistemologicznych debat.
Prawda była jednak znacznie bardziej prozaiczna, bo zawsze uważałem to za stek bzdur, ale byłem w tym po prostu dobry. Moje wybitnie oceniane referaty składały się bowiem w dużej mierze z losowych, pompatycznie brzmiących głupot. Pisałem rzeczy, które dla mnie samego nie miały najmniejszego sensu, z rozmysłem łącząc trudne, abstrakcyjne pojęcia w karkołomne konstrukcje zdaniowe. Pan profesor był zachwycony głębią mojej myśli.
Z tego akademickiego doświadczenia wyciągnąłem jedną istotną lekcję dotyczącą mechaniki uprawiania klasycznej filozofii. Z definicji polega ona na tym, że bierzesz coś całkiem oczywistego i rozkładasz to na milion zagmatwanych czynników. Rzucasz na przykład pytanie: „czy Hitler był złem absolutnym?”, po czym przez dwieście stron dumasz nad ontologiczną oraz metafizyczną definicją „zła absolutnego”, szukając w tym drugiego dna – i proszę bardzo, oto stajesz się w oczach gawiedzi wielkim myślicielem. Rzecz w tym, że o ile istnieją na tym świecie zjawiska, które bezwzględnie należy rozłożyć na czynniki pierwsze, by móc je w ogóle pojąć (jak mechanika kwantowa czy makroekonomia), o tyle istnieją również takie, których dekonstrukcja czyni z ciebie po prostu pretensjonalnego buca. I to właśnie w tej drugiej kategorii klasyczna filozofia (szczególnie ta zmagająca się z naturą rzeczywistości) czuje się najlepiej.
Jaskinia pełna cieni i piec Kartezjusza
Gdy cofniemy się do starożytności, łatwo zauważyć, że ojcowie założyciele zachodniej myśli mieli jeden poważny deficyt, czyli brak jakiejkolwiek aparatury badawczej. Platon, szkicując swoją słynną alegorię jaskini – w której widzialny świat to tylko cienie rzucane na ścianę, a prawdziwe „idee” są niedostępne naszym zmysłom – stworzył piękną bazę pod literaturę science-fiction. Były to jednak również podwaliny pod tysiąclecia intelektualnego eskapizmu. Jeśli prawda zawsze leży gdzie indziej, a świat fizyczny to ułuda, rzeczywistość przestaje mieć znaczenie. Zaczynamy ignorować to, co przed nami, na rzecz abstrakcyjnych fantazji, które mają zerowe znaczenie.
Wieki później pałeczkę przejął Kartezjusz. Zamknąwszy się w małym, ogrzewanym piecem pokoju, postanowił metodycznie zwątpić we wszystko. W swoje zmysły, w istnienie świata, a nawet w pryncypia matematyki, zakładając eksperymentalnie, że może istnieć złośliwy demon, który bez przerwy go oszukuje. Jego ostatecznym wnioskiem było słynne Cogito, ergo sum – myślę, więc jestem. Fundament nowożytności.
Tyle że z dzisiejszej, odartej z romantyzmu perspektywy, ten wielki triumf umysłu wydaje się rozpaczliwie pusty. Kartezjusz wpadł w pułapkę egocentryzmu. Myśliciele jego pokroju ubóstwiają przeceniać własną świadomość, ignorując jednocześnie prawa fizyki.
Syndrom uderzonego palca u nogi
Dlaczego tak radykalnie odrzucam te koncepcje i uważam, że rozważania typu „czy to krzesło naprawdę istnieje” to zajęcie dla erudytów o zbyt dużej ilości wolnego czasu? Przez to, co autorsko nazywam Syndromem Uderzonego Palca.
Możesz napisać rewelacyjny, opasły traktat o tym, że materia jest jedynie iluzją generowaną przez nasz umysł, a świat zewnętrzny to konstrukt pozbawiony obiektywnej rzeczywistości. Możesz ubrać to w najpiękniejsze, wielokrotnie złożone zdania o solipsyzmie, za które mój dawny wykładowca z miejsca wpisałby ci piątkę. Jednak w momencie, w którym idąc w nocy do kuchni po szklankę wody, uderzysz z pełnym impetem małym palcem u stopy w nogę od komody, cała twoja wyrafinowana ontologia sypie się jak domek z kart.
Noga od komody ma w absolutnym, fizykalnym, namacalnym poważaniu to, czy w nią wierzysz, czy w nią wątpisz. Obezwładniający sygnał bólowy wędrujący przez twój układ nerwowy jest ostatecznym weryfikatorem rzeczywistości, z którym nie da się polemizować z poziomu akademickiej abstrakcji. Klasyczna filozofia w tym wydaniu przypomina bohatera powieści, który używając wydrukowanych na kartce słów, wygłasza monolog o tym, że papier i tusz tak naprawdę nie istnieją. To absurdalne, bo do podważania podwalin rzeczywistości używasz dokładnie tego samego systemu, na którym została ona zbudowana.
Asynchroniczna telepatia (meta-eksperyment na Twoim mózgu)
Jeśli jednak odczuwacie nieodpartą potrzebę podważania rzeczywistości, zróbmy to na warunkach adekwatnych do XXI wieku. Zostawmy w spokoju rozważania na temat wątpliwej bytowości stołów i krzeseł. Spójrz na to, co dzieje się z Tobą dokładnie w tej sekundzie.
Twój mózg, uwięziony w całkowitych ciemnościach przestrzeni pod Twoją czaszką, dekoduje właśnie w czasie rzeczywistym serię abstrakcyjnych, czarnych pikseli na podświetlonym ekranie. Następnie, całkowicie bezwiednie, zamienia te piksele w głos w Twojej głowie. Słyszysz teraz w myślach słowa, które brzmią jak Twój własny wewnętrzny monolog, ale tak naprawdę narzucają Ci mój rytm, moje pauzy i moje intencje. Jesteśmy połączeni swoistą, asynchroniczną telepatią przez kable, kilometry światłowodów i farmy serwerów.
A teraz zejdźmy o poziom głębiej, bo skąd masz pewność, że w ogóle czytasz ten tekst z własnej, nieprzymuszonej woli? Skąd wiesz, że nie dotarłeś tutaj tylko i wyłącznie dlatego, że chłodny algorytm precyzyjnie obliczył na podstawie tysięcy Twoich poprzednich kliknięć, iż ten konkretny zbiór znaków wywoła w Twoim układzie nagrody wyrzut dopaminy wystarczający, by zatrzymać Twój kciuk przed dalszym przewijaniem ekranu?
Naszym „złośliwym demonem” nie jest dziś metafizyczny teoretyczny byt z koszmarów Kartezjusza. Jest nim globalny system rekomendacji, kapitalizm inwigilacji, który zna mapę naszych lęków, pragnień oraz mikrozachowań lepiej niż my sami. I to jest prawdziwy, współczesny problem, przy którym rozważania o tym, czy meble znikają, gdy zgasimy światło, brzmią boleśnie infantylnie.
Pragmatyzm brudnych rąk
Żebyśmy mieli jasność – na świecie istnieją prawdziwe, twarde dziedziny naukowe, które faktycznie pomagają ludzkości, rozwiązują realne problemy i walczą o coś istotnego. Istnieją również fascynujące, wartościowe odnogi samej filozofii – chociażby te, które, czerpiąc pełnymi garściami z astrofizyki i nauki o kosmosie, snują rozważania na temat życia we wszechświecie czy naszego miejsca w nieskończonej pustce. To są poszukiwania, które mają swój ciężar gatunkowy i realnie poszerzają nasze horyzonty.
Jednak ta najbardziej podstawowa, rzekłbym wręcz prymitywna wersja filozofii, w której dorosły człowiek z namaszczeniem zastanawia się nad tym, czy krzesło, na którym siedzi, naprawdę istnieje, to czysty intelektualny eskapizm. Tego typu rozważania są całkowicie obdarte z jakiegokolwiek znaczenia. Dosłownie niczego nie wnoszą do dyskursu, nie niosą za sobą żadnej wartości poznawczej i nie zmieniają niczego. To po prostu intelektualna wydmuszka, która daje iluzję głębi, zwalniając nas z konieczności mierzenia się z prawdziwym, twardym światem. Znacznie łatwiej jest przecież usiąść w welurowym fotelu i dumać nad naturą własnej percepcji, niż wejść do sterylnego laboratorium aby zgłębić zawiłą, bezlitosną neurobiologię kory wzrokowej.
W starciu z klasykami zawsze staję po stronie naukowego pragmatyzmu, niezwykle bliskiego temu, co zwykł mawiać wybitny pisarz science-fiction (i umysł nieporównywalnie bystrzejszy od wielu utytułowanych myślicieli), Philip K. Dick: „Rzeczywistość to to, co nie znika, kiedy przestajesz w to wierzyć”.
Żyjemy w świecie potężnych, namacalnych kryzysów. Rozbijanie oczywistości na atomy tylko po to, by popisać się erudycją, nie czyni z nas wielkich myślicieli. Czyni z nas ludzi, którzy ignorują pożar własnego domu, bo są zbyt zajęci debatowaniem nad ontologiczną definicją ognia. Więc jeśli kiedykolwiek natraficie na domorosłego myśliciela, który z namaszczeniem kwestionuje istnienie krzesła, na którym siedzicie – przypomnijcie sobie moje referaty ze studiów. Skonstruujcie najdłuższe, najbogatsze w trudne słowa i najbardziej pozbawione sensu zdanie, jakie tylko przyjdzie Wam do głowy. Gwarantuję, że Wasz rozmówca będzie wniebowzięty. Wy natomiast będziecie mogli w spokoju oprzeć się wygodnie na meblu, pamiętając, że grawitacja jest odporna na nasz intelektualny snobizm.