Jak internet robi z nas idiotów? Poradnik piśmienności medialnej

Uważam się za człowieka medialnie kompetentnego. Z nawykiem weryfikacji, z odruchem sceptycyzmu, z wyrobionym filtrem na szum. Na Kulturalnych Bzdurach piszę głównie o zjawiskach kulturowych – o grach, kinie, narracjach, muzyce. Obecnie internet stał się narzędziem formatującym nasze nawyki radykalniej niż literatura czy teatr. Mimo to pojęcie media literacy (dosł. piśmienność medialna) w dyskursie publicznym działa raczej na prawach przypisu, o którym wspomina się z obowiązku.

Czym jest w istocie? Najprościej: zdolnością do deszyfrowania przekazów, rozumienia ich intencji oraz oddzielania faktów od konstrukcji perswazyjnych. Jej rdzeniem jest krytyczne myślenie. Samo pojęcie krytycznego myślenia bywa zresztą mylące przez potoczne konotacje słowa „krytyka”. W codziennym języku krytykować oznacza wytykać błędy, negować cudze racje albo po prostu zachowywać się jak buc przekonany o własnej wyższości intelektualnej. Termin oznacza coś innego, a konkretniej zawieszenie automatycznego osądu i poddanie analizie cudzych słów oraz własnych reakcji. To systematyczna procedura sprawdzania, skąd informacja pochodzi, w jakim celu została skonstruowana, jakie niesie w sobie luki logiczne i dlaczego wywołuje w nas akurat takie emocje.

Ta dyscyplina stała się konieczna (a raczej: powinna być), ponieważ przekształciło się środowisko informacyjne. Niegdyś proces tworzenia przekazu masowego wymagał studia telewizyjnego, redakcji, sprzętu nagraniowego, koncesji, kapitału. Wymuszało to wieloetapową weryfikację i choć nie eliminowało manipulacji, to ograniczało liczbę nadawców. A teraz do wyprodukowania materiału o zasięgach przewyższających nakłady tradycyjnej prasy wystarczy telefon w kieszeni albo komenda wpisana w generatorze treści (AI). Internet stał się otoczeniem zalewającym nas fekaliami. Problem przesunął się z braku dostępu do danych na niemożność ich hierarchizacji.

Poniższy tekst napisałem w formie poradnika, aby zwiększyć świadomość społeczną w temacie u moich czytelników, czyli głównie mojej mamy, jej koleżanek z pracy oraz babci (pozdrawiam).

„Widziałem to” nie znaczy „to się wydarzyło”

Ludzki aparat poznawczy ukształtował się w warunkach, w których bodziec wzrokowy stanowił pewne kryterium prawdy. No bo jak widzieliśmy to na własne oczy, to na pewno jest to fakt biologiczny i relacyjny. Wynalazek fotografii, a później filmu, przeniósł ten odruch na nośniki mechaniczne, więc przez niemal półtora wieku kadr pełnił funkcję dokumentu. Mógł być tendencyjnie ustawiony albo pozbawiony kontekstu, lecz sam w sobie rejestrował fizyczne odbicie światła. To orzech ciężki do zgryzienia, ale ta reguła już nie działa. Obraz nie jest dowodem na zaistnienie czegokolwiek.

Wystarczy prześledzić kilka precedensów z ostatnich lat, by zobaczyć, jak szybko zatarła się granica między dokumentacją a syntezą. Profil DeepTomCruise na TikToku pokazał, że mimika, tembr głosu i gestykulacja konkretnego człowieka mogą zostać nałożone na ciało innego aktora w sposób nieodróżnialny dla oka odbiorcy przeglądającego treści na ekranie telefonu. Fotografia papieża Franciszka w białej, designerskiej kurtce puchowej obiegła media dlatego, że wyglądała poprawnie pod względem kompozycji. Obraz spełniał wszystkie formalne kryteria reportażu fotograficznego, nie mając przy tym żadnego związku z faktami. Jeszcze bardziej problematyczne stają się generowane przez modele dyfuzyjne rzekome materiały historyczne: sztucznie postarzane kadry z wojen, katastrof czy nieistniejących ekspedycji archeologicznych, które zaczynają występować w obiegu sieciowym jako źródła ikonograficzne.

Wniosek dla odbiorcy jest trudny do wdrożenia na poziomie odruchów. Zdjęcie nie jest dowodem, nagranie wideo też nie, a zrzut ekranu – jako najprostszy do spreparowania – nie ma już żadnej wartości. Argument typu „mam nagranie” jest równie bezwartościowy. Każdy materiał audiowizualny należy traktować jako artefakt o nieznanym pochodzeniu, dopóki jego autentyczność, metadane oraz łańcuch dystrybucji nie zostaną potwierdzone przez niezależne od siebie źródła.

Weryfikacja źródła, a nie nośnika

Podstawowy błąd odbiorcy polega na utożsamieniu miejsca znalezienia treści z jej źródłem. Platforma społecznościowa, agregator newsów czy profil na X nie są źródłem ani instancją, która gwarantuje prawdziwość przekazu. Jeśli w serwisie pojawia się post zaczynający się od „badania naukowe dowodzą”, to źródłem nie jest ani autor wpisu, ani algorytm serwisu, tylko jakaś mistyczna publikacja akademicka, o ile w ogóle istnieje. Powoływanie się na bezimienną „naukę” jest powszechne w ramach funkcji perswazyjnej: nadaje komunikatowi powagi, zwalniając czytelnika z odruchu sprawdzenia, czy cytowane badanie (jeśli zostało podane) przeszło recenzję naukową, na jakiej próbie zostało przeprowadzone i czy jego autorzy faktycznie wyciągnęli wnioski, które przypisuje im autor posta.

Zjawisko to ulega zwielokrotnieniu w tradycyjnych portalach informacyjnych, które w pogoni za ruchem nie stosują już redakcyjnej weryfikacji. Anonimowy wpis na platformie społecznościowej zostaje podchwycony przez jeden serwis w formie artykułu z pytajnikiem w tytule. Następnie kolejne portale przedrukowują tę samą informację, powołując się na portal poprzedni. W ciągu kilkunastu godzin powstaje zamknięta pętla cytowań, w której dziesiątki witryn legitymizują wzajemnie własne doniesienia. Dla czytelnika powstaje wrażenie konsensusu; przecież skoro o sprawie piszą wszyscy, zdarzenie miało miejsce. Tak naprawdę ten łańcuch mógł powstać z wpisu z anonimowego konta, a liczba powtórzeń jest dowodem na lenistwo redakcji, nie zaś na prawdziwość tezy.

Rozwinięciem tego procederu jest przemysłowa produkcja narracji geopolitycznych oparta na automatyzacji. Zjawisko to analizował zespół Digital Forensic Research Lab (DFRLab), badając sieć kanałów na YouTube – takich jak profile działające pod szyldami w rodzaju „Expert News” – fabrykujących treści dotyczące konfliktów zbrojnych. Materiały te wykorzystują prezenterów wygenerowanych przez sztuczną inteligencję, syntezatory mowy oraz skrypty pisane przez wielkie modele językowe na bazie doniesień prasowych. Kanały zgromadziły setki milionów wyświetleń, oferując odbiorcom idealną symulację formatu telewizji informacyjnej. Całość infrastruktury została zaprojektowana tak, aby wykorzystać podświadome zaufanie widza do konwencji programu publicystycznego, podczas gdy treść stanowiła zlepek halucynacji nastawionych na zaniepokojenie odbiorcy.

Przeciwdziałanie temu mechanizmowi wymaga wdrożenia procedury przy każdym kontakcie z newsem. Składa się ona z czterech pytań: kto formułuje tę tezę? Na jakiej podstawie i z jakiego materiału dowodowego czerpie wiedzę? Czy w tekście podano odnośnik do danych wyjściowych? Czy jestem w stanie dotrzeć do źródła pierwotnego – czyli do nagrania wypowiedzi, tekstu ustawy, raportu instytucji lub dokumentu? Jeśli odpowiedź na ostatnie dwa pytania jest negatywna, treść należy uznać za hipotezę, niezależnie od liczby wyświetleń i powagi nośnika.

Przecież on tylko pokazuje materiał. Sam zdecyduj

Bardziej podstępnym zjawiskiem niż kłamstwo jest sytuacja, w której nadawca zrzeka się odpowiedzialności za interpretację faktów, pozornie oddając całą władzę w ręce widza. Tutaj na myśl przychodzi mi kanał Nuke’s Top 5 – popularny w serwisie YouTube, gromadzący wielomilionową widownię wokół zestawień nagrań wideo rzekomo dokumentujących zjawiska paranormalne, anomalie czy nawiedzenia. Prowadzący przyjął manierę narracyjną opartą na formule „you decide” – sam zdecyduj. Autor deklaruje wprost, że nie weryfikuje prawdziwości prezentowanych zjawisk i pozostawia ich ocenę rozsądkowi odbiorcy, rzekomo nie narzucając żadnych gotowych tez.

Wszelkie zarzuty o brak rzetelności czy manipulację natychmiast rozbijają się o ścianę komentarzy wiernych widzów powtarzających jak mantrę: przecież autor nikogo do niczego nie zmusza, on tylko pokazuje materiał, sam masz wyciągnąć wnioski. W ten sposób odpowiedzialność za wiarygodność treści została przerzucona na odbiorcę. Z czasem okazało się jednak, że granica między obserwatorem a reżyserem została przekroczona. Przy materiałach mało spektakularnych twórcy zdarzało się wzbogacać ścieżkę audio o efekty dźwiękowe – jak choćby odległy krzyk pośród leśnej ciszy – po czym w komentarzu rzucać pozornie wyważone pytanie: czy to zjawisko nadprzyrodzone, czy może tylko dzikie zwierzę? Internauci zidentyfikowali te próbki dźwiękowe w ogólnodostępnych bazach efektów.

Dobry materiał (niestety po angielsku), w którym w kontekście media literacy omawiany jest przypadek Nuke’s Top 5

Nawet jeśli pominiemy te jawne fałszerstwa montażowe, sam zabieg ujawnia istotę problemu, czyli kadrowanie przekazu, z języka angielskiego framing. Mechanizm, w którym sposób zaprezentowania informacji decyduje o jej odbiorze. Trzeba zauważyć, że montaż jest wypowiedzią perswazyjną. Wycięcie kilkunastu sekund z wielogodzinnego nagrania, nałożenie przybliżenia na ciemny kąt pokoju, podbicie basów w audio i dodanie pytania ukierunkowującego uwagę buduje sugestię.

Nie trzeba kłamać. Wystarczy odpowiednio pokazać prawdę

Większość ludzi utożsamia dezinformację z kłamstwem. To błąd, przez który jesteśmy bezbronni wobec metod wyrafinowanych. Dezinformacja zamiast tworzyć nieprawdziwe informacje, zarządza elementami prawdy tak, by stworzyć narrację. Kłamstwo łatwo obalić; wystarczy wskazanie braku pokrycia w faktach. Prawda odpowiednio spreparowana staje się natomiast narzędziem niemożliwym do podważenia przez kogoś, kto nie weryfikuje przekazu w myśl krytycznego myślenia.

Narzędziem tego typu jest recykling materiałów wizualnych poprzez nadanie im fałszywego kontekstu czasowego lub przestrzennego. Prawdziwe nagranie paniki tłumu z 2019 roku, zrealizowane podczas zamieszek na innym kontynencie, zostaje opublikowane jako relacja z wydarzeń rozgrywających się kilkanaście minut temu w centrum Warszawy. Ten sam zabieg stosuje się w sferze słowa. Wycięcie zdania z wystąpienia publicznego pozwala przypisać mówcy intencje wprost przeciwne do deklarowanych, jeśli tylko pominie się zdanie następne, które unieważniało poprzednią frazę lub nadawało jej charakter ironiczny.

Ujawnia to słabość naiwnie rozumianego fact-checkingu. Weryfikacja treści nie może sprowadzać się do testu na to, czy dane zdanie padło, czy zdjęcie istnieje. Badanie faktów pozbawione badania kontekstu nie jest nic warte.

Badanie naukowe też nie jest prawdą objawioną

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Ktoś w dyskusji internetowej wypisuje bzdury. Dla świętego spokoju prosimy więc o źródło, licząc na to, że autor rzekomych głupot nie odpowie, albo potknie się i wystawi na atak, odpowiadając nierzetelnym źródłem pokroju Pudelka lub X. A on odpowiada prawdziwym badaniem naukowym, opublikowanym w czasopiśmie. Mają je prawdziwi autorzy, są wyniki, wykresy, metodologia. No i co teraz? Łatwo uznać, że sprawa jest zamknięta. Udowodnił nam, że to nasza opinia jest błędna, bo jego teza jest otulona badaniem naukowym! Prawda?

Tyle że istnienie badania nie oznacza, że przedstawiona teza jest prawdziwa. Badanie jest pierwotnym źródłem informacji, czyli super, pierwszy krok do sukcesu. Ale trzeba jeszcze sprawdzić, czego dotyczyło, jak zostało przeprowadzone i czy jego wyniki uzasadniają wniosek przedstawiony w dyskusji. To ostatnie jest szczególnie ważne, bo internauci lubią nadinterpretować wyniki badań. Do tego dochodzą kuriozalne sytuacje, w których ktoś napisał tezę, a dopiero po prośbie o źródło zaczął przeszukiwać internet, aby znaleźć na szybko badanie zdolne poprzeć twierdzenie (zwykle mało miarodajne są takie badania w kontekście dyskusji xD).

Pierwsze pytanie może dotyczyć próby badawczej. Ilu uczestników wzięło udział w badaniu? Kogo obejmowała grupa? Czy była wystarczająco liczna i dobrana w taki sposób, żeby wyniki były rzetelne? Badanie przeprowadzone na kilkudziesięciu osobach z określonej grupy może być wartościowe (zależnie od przedmiotu badań), ale w wielu przypadkach nie będzie wystarczające, aby jego wyniki przypisywać populacji.

Dochodzi do tego jeszcze kwestia powtarzalności wyników. Załóżmy, że ktoś przedstawia badanie potwierdzające określoną tezę. A co jeśli istnieje piętnaście innych badań, które nie potwierdzają tego samego wniosku? A co, jeśli wyniki są mieszane i zależą od zastosowanej metody? W takiej sytuacji wskazanie jednej publikacji nie rozstrzyga sporu.

Algorytm pokazuje ci twój świat

Kolejna iluzja dotyczy neutralności interfejsu aplikacji. Ekran smartfona traktujemy jak okno wychodzące na rzeczywistość, zapominając, że platformy społecznościowe zostały zaprojektowane w innym celu niż dostarczanie obiektywnego obrazu otoczenia. Ich jedynym zadaniem jest maksymalizacja czasu przed ekranem, zatrzymanie uwagi użytkownika. Serwują tylko bodźce, które mają utrudnić odłożenie urządzenia.

Paliwem dla tego mechanizmu okazują się skrajne emocje, ze szczególnym uwzględnieniem oburzenia i lęku. Zjawisko ragebaitu – celowego konstruowania treści w sposób prowokujący gniew – jest podstawą modelu biznesowego opartego na monetyzowaniu kliknięć. Użytkownik wciągnięty w spiralę doomscrollingu, czyli wielogodzinnego pochłaniania negatywnych doniesień, dostarcza algorytmom danych na temat swoich lęków i uprzedzeń. W ten sposób powstaje Ouroboros: im silniejsza reakcja emocjonalna, tym bardziej radykalny staje się strumień kolejnych rekomendacji. To uruchamia w naszej psychice błąd konfirmacji, czyli tendencję do wyszukiwania i zapamiętywania wyłącznie faktów potwierdzających wcześniejsze założenia.

Jeśli obejrzysz kilka materiałów z pytaniem, czy dany twórca lub polityk jest oszustem, algorytm zinterpretuje to jako sygnał popytu i podsunie kolejne dziesięć nagrań eksploatujących ten sam wątek. Po godzinie spędzonej przed ekranem pojawia się poczucie, że sprawa stała się tematem numer jeden w debacie publicznej, a wszyscy mówią dokładnie to samo. W rzeczywistości nikt poza tobą i grupą sprofilowanych w ten sam sposób użytkowników może nie wiedzieć o istnieniu tego sporu. Platforma wygrała – znalazła najtańszy sposób na zatrzymanie cię wewnątrz aplikacji. Sam tak miałem wielokrotnie, że znajomy zarzucał mi, że żyję pod kamieniem, bo nie słyszałem o popularnym instagramowym trendzie, a potem się okazywało, że nikt z całego grona o nim nie słyszał.

AI zmienia zasady gry

Obecnie cały proces – od wygenerowania zarysu narracji, przez syntezę głosu lektora, animację twarzy, stworzenie sekwencji wideo, aż po muzykę i cięcie pod algorytmy retencji – może zamknąć się w potoku wykonawczym, w którym nie brał udziału człowiek. Tak powstają twory, które pod względem formy, tempa i oprawy spełniają wszystkie kryteria dokumentu czy materiału popularnonaukowego, a jednak nimi nie są.

Najbardziej uderzającym przykładem tej fabryki są kanały historyczne i astronomiczne zalewające serwis YouTube. Znamienny jest przypadek masowo produkowanych filmów wojennych o tytułach formatu „Dlaczego niemieckie działa przeciwlotnicze panicznie bały się amerykańskich bombowców”. Głos odczytuje tekst pełen zmyślonych faktów technicznych i pseudohistorycznych bzdur, podczas gdy w tle wyświetlają się fotorealistyczne, wygenerowane przez modele wideo sekwencje walk powietrznych z okresu II wojny światowej. Odbiorca widzi kadr stylizowany na archiwalny, słyszy ton lektora i podświadomie zakłada, że za materiałem stoi badacz lub pasjonat, który przekopał wojskowe archiwa. Podobny mechanizm pożera niszę astronomiczną (z którą najbardziej lubię obcować): wielogodzinne audycje relacjonujące odkrycia teleskopów kosmicznych, które w rzeczywistości są halucynacjami.

Jeden z AI kanałów, w którym wygenerowany lektor opowiada niezweryfikowane tezy na temat astronomii

To zjawisko zostało określone mianem content farms, tzn. farm treści. Przenika ono również do twórczości ludzi z krwi i kości, zacierając granicę między autorską refleksją a recyklingiem. Dobrze ilustruje to popularny kanał Spinosnack, skupiony głównie wokół paleontologii. Choć przed mikrofonem występuje młody twórca, struktura wypowiedzi, charakterystyczna składnia oraz specyficzna rytmika wywodu wyraźnie zdradzają, że warstwa merytoryczna została w całości wyrzygana przez duży model językowy. W tym wypadku nie jestem pewien, czy jest to atrapa wiedzy. Autor może sam robić research i wspierać się AI w celu napisania skryptu. To wszystko trzeba weryfikować.

Jeżeli uważasz się za osobę podatną na tego typu manipulacje, zachęcam do lektury na blogu kolegów po fachu, która zainspirowała mnie do tego wpisu =)

Deepfake: „widzę, więc wiem”

W 2021 roku na TikToku zadebiutowało konto DeepTomCruise. Seria krótkich materiałów, w których Tom Cruise wykonuje sztuczki iluzjonistyczne, potyka się czy opowiada anegdoty, wygenerowała dziesiątki milionów wyświetleń. Odbiorcy nie oglądali jednak gwiazdy kina, lecz efekt nałożenia cyfrowej maski wygenerowanej przez sztuczną inteligencję na ciało innego aktora, Milesa Fishera.

Kadry z vlogów DeepTomCruise

Przypadek ten był przełomem, ponieważ wprowadził technologię DeepFake pod kciuki użytkowników smartfonów. Nie chodziło o polityczną prowokację ani wyłudzenie finansowe; projekt powstał jako demonstracja technologicznej dojrzałości narzędzia. Ujawnił jednak wady naszego aparatu percepcyjnego. Mózg wychowany na telewizji nie posiadał mechanizmu obronnego przeciwko obrazowi, który porusza się, mruga i mówi dokładnie tak, jak znany od czterdziestu lat człowiek.

Pojawia się zatem pytanie o konsekwencje tego przesunięcia technologicznego dla samej struktury zaufania społecznego. Skoro przez całe życie byliśmy tresowani do traktowania fotografii i nagrania jako dowodu materialnego, to co właściwie dzieje się z przestrzenią publiczną, w której wygenerowanie obu tych nośników sprowadza się do kliknięcia przycisku? Tworzy się tutaj alibi kłamcy. Każde nagranie może być kreacją, więc sprawca zbrodni, korupcji czy kompromitującej wypowiedzi może stwierdzić, że kompromitujący go materiał jest po prostu deepfake’iem. W ten sam sposób można kogoś oskarżyć o coś, czego nie zrobił.

Ale AI to nie jedyny problem…

Łatwo ulec pokusie technopesymizmu i sprowadzić problem do lamentu nad ekspansją algorytmów. Sam jej ulegam jako certyfikowany hejter robotów. Taka perspektywa jest jednak z gruntu fałszywa. No bo co, przed sztuczną inteligencją żyliśmy w epoce racjonalizmu? Nie, ludzki aparat poznawczy był infekowany dłuuuugo przed wynalezieniem tranzystora. Każdy mechanizm, który dziś budzi grozę w kontekście cyfrowym, posiada swój prototyp w klasycznej propagandzie wojennej, dziewiętnastowiecznej prasie brukowej lub manipulacjach marketingowych z połowy ubiegłego wieku.

Selektywny montaż to odpowiednik cięcia taśmy celuloidowej i techniki retuszu fotograficznego, którą reżimy wymazywały niewygodnych dygnitarzy z kronik. Zjawisko clickbaitu to kontynuacja opartych na lęku nagłówków żółtej prasy, sprzedającej gazety na rogach ulic w epoce wiktoriańskiej. Wybiórczy dobór faktów pod z góry ustaloną tezę, manipulowanie emocjami poprzez wywoływanie zbiorowej histerii, fabrykowanie pseudonaukowych dowodów czy powoływanie się na pozorny autorytet – ubrany w lekarski kitel aktor z czarno-białej reklamy papierosów z lat pięćdziesiątych przekonujący o korzyściach dla dróg oddechowych – to ta sama technika, którą dziś wykorzystują twórcy internetowi.

Rola sztucznej inteligencji w tym procesie polega na obniżeniu progu wejścia. To, co niegdyś wymagało sztabu partyjnych cenzorów, agencji public relations, budżetu reklamowego, tygodni planowania, dziś zostaje zredukowane do pojedynczego zapytania tekstowego.

Najważniejsza umiejętność: zatrzymanie się

W całej dyskusji o algorytmach i modelach generatywnych naszym narzędziem obronnym zawsze będzie interwencja biologiczna w formie wymuszenia pauzy. Sieć została zaprojektowana tak, aby skrócić dystans między bodźcem a reakcją do ułamka sekundy. Oprogramowanie wymusza kliknięcie, podanie dalej, skomentowanie w afekcie. Odzyskanie kontroli nad impulsami wymaga więc świadomego opóźnienia – dziesięciu sekund bezruchu przed powieleniem treści.

W tym krótkim oknie czasowym polecam uruchomić sobie w głowie kwestionariusz weryfikacyjny. Zamiast pytać, czy treść zgadza się z naszym światopoglądem, sprawdzamy tożsamość nadawcy, drogę dojścia do danych oraz obecność materiałów źródłowych. Weryfikujemy, czy powołane źródło rzeczywiście potwierdza tezę autora, czy też służy jedynie za dekorację, a także czy krzykliwy nagłówek ma jakiekolwiek pokrycie w treści samego materiału. Ważne jest zdiagnozowanie wektora emocjonalnego: jeśli komunikat wywołuje silne emocje, to na pewno został tak zaprojektowany. Odrębną kwestią pozostaje weryfikacja aktualności i integralności pliku – ustalenie, czy obcujemy z pełnym zapisem, czy jedynie z preparowanym fragmentem innego fragmentu. Wreszcie pytanie, które weryfikuje naszą własną uczciwość intelektualną: co konkretnie musiałoby się wydarzyć, jaki twardy dowód musiałby zostać przedstawiony, abym zmienił zdanie w tej sprawie? Musimy sobie odpowiedzieć na to pytanie, bo inaczej tkwimy w dogmacie.

„A co na to GPT?”

Do tego dochodzi martwiący mnie outsourcing procesów myślowych na rzecz modeli językowych. Ostatnio obserwuję to z bliska u znajomej ze studiów. Gadaliśmy na przerwie, rozmowa zeszła na kwestię matematyczną – ktoś rzucił pytanie, czy w butelce o zawartości czterech i pół procent alkoholu znajduje się go tyle samo w wariancie trzysta trzydzieści, co w pięciuset mililitrach. Innymi słowy, czy upijemy się tym samym alkoholem tak samo nawet jeżeli kupimy mniejszą butelkę. Zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć, padła kwestia wypowiedziana z pełną powagą: „a co na to GPT?”. Prawie się złapałem za głowę, ale żeby nie wyjść na dziada i zrzędę, umilkłem. Zawsze tak robię, bo to nie był odosobniony incydent. Ta sama koleżanka prowadzi dziś z modelem domorosłe sesje terapeutyczne, zamiast iść do lekarza diagnozuje objawy na czacie, pytania na egzaminy z psychologii opracowuje za pomocą promptów, a do tego robi sobie testy psychologiczne, które wysyła do GPT w celu uzyskania interpretacji.

To zły pomysł na tak wielu płaszczyznach, że nawet nie wiem od czego zacząć. Po pierwsze – strzał w stopę, bo sama chce być psycholożką. Po drugie – modele językowe popełniają błędy. Gdy sztuczna inteligencja nie znajdzie lub nie posiada w bazie danych informacji, to nam tego nie powie, tylko ją wymyśli. Czasem nawet poda źródło, ale gdy w nie klikniemy, okaże się, że strony nie znaleziono. Co gorsza, AI takie jak ChatGPT mają zwracać ciąg znaków i cyfr, który ma największe szanse na zadowolenie użytkownika (czyli potwierdzające jego tezę).

Husk to twórca treści, który pokazuje halucynacje AI. Na przedstawionym nagraniu prosi ChatGPT, aby obliczył mu czas, w jakim na piechotę przejdzie cały kraj. AI nie ma funkcji stopera (ale zarzeka się, że ma). Po paru sekundach mówi: i co? jaki mam czas?, a AI podaje uśredniony czas, w którym człowiek dałby radę przejść kraj. Nawet po zwróceniu uwagi zarzeka się, że dokładnie policzył czas i na pewno nie popełnił błędu.

Nie odrzucajmy całkowicie dobrodziejstw technologicznych i sztucznej inteligencji. Taki odruch byłby bezrefleksyjny tak samo, jak bezgraniczne zachwycanie się AI. Ograniczmy jego obecność tam, gdzie go nie potrzebujemy. Nie czytajmy podsumowania Google wygenerowanego przez AI, jeśli możemy wejść w kilka źródeł i sami wyciągnąć wnioski. Nie pytajmy GPT o coś, co możemy znaleźć w wyszukiwarce w trzydzieści sekund. Jeżeli potrafimy coś zrobić samodzielnie, zróbmy to samodzielnie. Nie oddawajmy kolejnych kawałków własnego myślenia tylko dlatego, że maszyna zrobi to szybciej.

Sam zacząłem też zwracać uwagę na to, z jakiej wyszukiwarki korzystam. Zamiast zdawać się na Google, polecam Startpage, czyli wyszukiwarkę, która z AI całkowicie rezygnuje. Używam jej na komputerze osobistym i telefonie.

Jest w tym zresztą pewna ironia. Pokolenie starsze od mojego od lat ostrzega, że media społecznościowe odbierają dzieciom zdolność skupienia, każą im potrzebować ciągłej stymulacji oraz utrudniają samodzielne myślenie. Ci sami ludzie teraz wpadają w pułapkę, gdzie zamiast samemu coś przeczytać, poproszą o streszczenie; zamiast coś policzyć, poproszą o wynik; zamiast zastanowić się nad problemem, poproszą o gotową odpowiedź.

Zgaduję, że za kilka lat badania pokażą, że korzystanie z modeli językowych osłabiło nasze zdolności do samodzielnego wykonywania części zadań. Być może okaże się, że nie potrafimy już zrobić rzeczy, które wcześniej były dla nas oczywiste.

A co, jeśli nie wiem?

Środowisko sieciowe wytresowało w nas przekonanie, że brak stanowiska jest kompromitujący. Wybierz stronę sporu, kliknij odpowiednią reakcję, zostaw komentarz, podaj wpis dalej i przede wszystkim – posiadaj opinię. W tym przymusie zajmowania pozycji umyka fakt, że elementem kompetencji medialnej pozostaje prosta, niemal zapomniana fraza: „nie wiem, bo nie mam wystarczających danych, by to ocenić”. W świecie podszytym zjawiskami paranormalnymi z YouTube oznacza to odmowę spekulacji nad zmontowanym cieniem. W zderzeniu z nową technologią – powstrzymanie się od wyroku, czy oglądany kadr jest prawdziwym nagraniem, czy wygenerowanym. W sferze polityki i wydarzeń bieżących – zgodę na stan niepewności do czasu spłynięcia niezależnych raportów. Powiedzenie: „nie wiem, nie chciało mi się tego sprawdzać” jest paradoksalnie mniej leniwe niż obranie jednej ze stron bez zastanowienia.

Nie wolno jednak wpaść w pułapkę paranoi. Najbardziej karykaturalną wersją sceptycyzmu jest przekonanie, że skoro manipulacja stała się tania i wszechobecna, to wszystko bez wyjątku stanowi kłamstwo, a zaufanie instytucjom, nauce czy jakiemukolwiek źródłu jest naiwne. Pisałem o tym zresztą na początku, ale taka postawa nie ma nic wspólnego z myśleniem krytycznym; jest inną odmianą lenistwa, w której wysiłek weryfikacji zastępujemy odrzuceniem rzeczywistości. Negacjonizm domaga się stuprocentowej pewności, a świat jest z natury probabilistyczny, więc jest to niemożliwe. Krytyczne myślenie pyta o metodę dojścia do konkluzji; o to, skąd rzecz wiemy i jaki materiał dowodowy trzyma tę tezę. Celem piśmienności medialnej jest wyrobienie w sobie nawyku, by nie brać pozoru za dowód, nie mylić echa z konsensusem, nie oddawać własnego rozumu ani podstępnemu montażyście, ani modelowi językowemu.

Dotarliście do końca? Oto wasz certyfikat piśmienności medialnej.

One Reply to “Jak internet robi z nas idiotów? Poradnik piśmienności medialnej”

  1. Ola says:

    Jak zwykle bardzo mądry artykuł. Mnie przeraża jeszcze i to, że ludzie często wolą rozmowę z AI niż z drugim człowiekiem, bo jest łatwiejsza i przyjemniejsza w odbiorze, GPT nie będzie z Tobą dyskutował, tylko raczej przyklaskiwał. Relacja z człowiekiem stawia opór. Druga osoba ma własne potrzeby, granice, humor, zmęczenie i doświadczenia. Może nas źle zrozumieć, zakwestionować albo nie mieć ochoty rozmawiać. Bywa to frustrujące, lecz w tym procesie uczymy się empatii, kompromisu, znoszenia nieporozumień i odpowiedzialności za drugą osobę. Tego nigdy nie da GPT, który zawsze dopasuje się do nastroju rozmówcy. Trudno nawet myśleć, jak bardzo przekłamane mogą być jego porady terapeutyczne. Niestety człowiek łatwo daje się zmanipulować i niepotrzebnie rezygnuje ze skorzystania z najcenniejszej rzeczy, którą jest obdarzony – z własnego rozumu.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *